Mikrobomba dla amerykańskich dron

Amerykański gigant przemysłu zbrojeniowego, Raytheon, ogłosił przeprowadzenie udanych testów kieszonkowej bomby dla bezzałogowych pojazdów latających, takich jak Predator.

Do tej pory amerykańskie latające roboty bojowe zabijały swoje cele przy pomocy rakiet Hellfire, ważące 45 kg i uzbrojone w głowicę zawierającą 8 kilogramów materiału wybuchowego. Poza faktem, że spory wybuch takiej rakiety (zdolnej do zniszczenia czołgu) przy zwalczaniu celów typu samochód osobowy czy ciężarówka może powodować niepożądane efekty uboczne, takie jak na przykład zabijanie osób postronnych (określane w amerykańskim żargonie wojskowym jako "collateral damage", czyli straty uboczne), mają one jeszcze jedną istotną wadę - koszt, dochodzący do 65 tysięcy dolarów.

Stworzona przez Raytheona bomba (a w zasadzie bombka) STM, czyli Small Tactical Munition (mały pocisk taktyczny) waży w sumie niecałe 6 kg, ma trochę ponad pół metra długości i jest wyposażona w podwójny system naprowadzania. W pierwszej fazie lotu, po zwolnieniu z zaczepu pod bezzałogowcem opada naprowadzana przez wbudowany odbiornik GPS, a w końcowej fazie lotu naprowadza się precyzyjnie na plamkę laserowego desygnatora celu. Podczas testów przeprowadzonych z użyciem bezpilotowego pojazdu Raytheon Cobra obie bomby trafiły w oświetlony laserem cele.

Z jednej strony taka mikrobomba pozwoli amerykańskim siłom na zmniejszenie strat wśród osób postronnych, co z pewnością można uznać za pozytyw, jednak z drugiej strony, będzie tańsza i latający robot bojowy będzie mógł przenosić ich więcej, więc osobom odpowiedzialnym za podejmowanie decyzji o zaatakowaniu kogoś łatwiej będzie pociągnąć za spust - czy też raczej w tym przypadku nacisnąć na przycisk na joysticku.

[Aviation.com, via The Register]

Leszek Karlik

Więcej o: