Nie chcę chodzić do wypożyczalni, czyli gdzie jest polskie VOD?

Wideo na żądanie - sprawdzamy jak działa w Polsce i zastanawiamy się nad przyszłością tego rozwiązania

Dzień powoli się skraca, chłodne wieczory nie skłaniają do wychodzenia na dwór, a coraz szybsze łącza internetowe gwarantują, że film ściągniemy w kilka minut. Dodatkowo, biorąc pod uwagę fakt, że w ponad 700 tys. polskich domów nie ma telewizora, bądź służy on tylko jako ekran do urządzeń typu odtwarzacz czy konsola, to najwyższy czas na przejrzenie oferty VOD (video on demand = wideo na żądanie) dostępnej na naszym podwórku.

Kto pamięta rewolucję wideo z przełomu lat 80. i 90., rozliczne wypożyczalnie kaset VHS i pierwsze odtwarzacze? O ile płyty winylowe czy magnetofony szpulowe wciąż mają swoich zagorzałych wielbicieli, o tyle VHS zostało skutecznie wyparte przez płyty DVD. Te ostatnie z kolei dość powoli, ale jednak, ustępują miejsca technologii Blu-ray. Czy błękitne dyski na dłuższą metę okażą się sukcesem? Myślę, że nie będzie nam dane tego sprawdzić. Bo tak jak kiedyś ignorowany przez wytwórnie muzyczne format mp3 i cyfrowa dystrybucja muzyki stopniowo zwyciężają nad płytami CD, tak cyfrowa dystrybucja treści wideo wraz z coraz szybszymi łączami internetowymi w ciągu kilku lat zdominuje rynek filmowy.

Rewolucja pod znakiem ugryzionego jabłka

Cyfrową dystrybucję praktycznie tak szybko, jak było to możliwe, zaczął wykorzystywać Apple. Na początku był iPod i program iTunes. Później pojawiały się kolejne urządzenia, a sama aplikacja iTunes postawiła do góry nogami rynek dystrybucji i sprzedaży muzyki, a później także filmów. Sytuacja, która się wytworzyła, była na tyle odmienna od tego, co do tej pory znaliśmy, że nawet muzycy swoimi wypowiedziami próbowali "nawrócić nas do starego".

Raptem miesiąc temu (a ponad 10 lat od premiery) cieszyliśmy się z faktu, że iTunes zawitał do Polski. Zawitał w sposób, który większość osób przyjęła chłodno. Bo szybko okazało się, że udostępnienie muzycznej oferty Polakom nie jest efektem dogłębnych analiz rynku, a jedynie realizacją nakazu ze strony Unii Europejskiej. Na muzycznej ofercie się nie skończyło. 27. września najwięksi fascynaci produktów Apple od rana dzielili się nowiną, że oto obok muzyki pojawiły się także filmy. Sytuacja się dość dynamicznie zmienia, bo o ile rano dostęp do nich był tylko przez wyszukiwarkę, o tyle wieczorna wizyta w iTunes rozpoczęła się od tego widoku:

iTunes

VOD idealne, czyli jakie?

Wracając jednak do meritum. Skoro już ogłosiłem, że VOD lada chwila raz na zawsze zmieni rynek dystrybucji ruchomego obrazu, to zanim przyjrzymy się ofercie dostępnej dziś w Polsce, warto byłoby określić cechy idealnej usługi na żądanie. Każdy może dopisać swoje kryteria, niemniej jednak w oparciu o własne doświadczenia zwróciłbym uwagę na następujące kwestie:

  • bardzo szeroka stała, bądź dość często zmieniana ograniczona oferta;
  • filmy dostępne zarówno w formacie standardowym, jak i Full HD;
  • możliwość wyboru ścieżki dźwiękowej - oryginalnej, oryginalnej z napisami, bądź lektorem w formacie 2.0, 2.1 czy 5.1;
  • opłaty - dla oglądających sporadycznie mikropłatności, a dla kinomaniaków abonament;
  • wieloplatformowa - możliwość tworzenia własnej biblioteki z dostępem zarówno za pomocą komputera (Windows, MacOS, Linux), smartfona oraz przeglądarki/widżeta w telewizorze/konsoli;
  • dostępność - usługa niezależna, dostępna dla każdego, kto posiada szybkie stałe łącze internetowe.

A jak jest naprawdę?

VOD

Co wynika z tabelki? Poza aplikacją ipla, choć też potrafi sprawić psikusa, niestety żaden z serwisów nie wychodzi poza stacjonarną platformę Windows/MacOS. Wyjątkiem jest tu oczywiście iTunes, ale ze zrozumiałych względów ogranicza się on tylko do produktów firmy Apple. Ponadto na dzień dzisiejszy oferta iTunes to tylko i wyłącznie filmy anglojęzyczne, które tylko czasem dostępne są z napisami. Z kolei dla miłośników oryginalnych wersji filmów wspieranych polskimi napisami wybór jest jedynie między kinoplex i iplex. Jednocześnie w przypadku wymienionych serwisów mamy do czynienia z dość ograniczonym repertuarem.

W tym miejscu trzeba zauważyć, że obecnie żaden z serwisów nie oferuje opcji wypożyczenia offline czyli pobrania i zapisania filmu na dysk w celu obejrzenia go kiedy dostępu do internetu nie mamy. Półśrodkiem jest oferta iTunes, która najzwyczajniej w świecie sprzedaje filmy - ceny niestety jednak skutecznie odstraszają. Sytuacja ta pewnie długo jeszcze nie ulegnie zmianie, a wynika to z faktu, że poza uciążliwym zabezpieczeniem DRM nie znaleziono żadnego innego, skutecznego rozwiązania chroniącego przed dalszym kopiowaniem. Co to znaczy dla użytkownika? Że mimo cyfryzacji, wciąż decydując się na przysłowiowy wypad za miasto musi zabierać ze sobą filmy na oryginalnych nośnikach, a mobilny Internet sytuacji nie ratuje.

Oprócz VOD "przez komputer" warto też wspomnieć o wypożyczalniach, które są integralną częścią platform cyfrowych i dostawców kablowych. Na dzień dzisiejszy praktycznie każdy operator ma w swojej ofercie także VOD. Wiąże się to jednak z kosztami nie tylko wynajmu, ale także dzierżawy bądź zakupu dedykowanego dekodera. Istotną zaletą usług zintegrowanych z w/w platformami jest fakt, że praktycznie każdy film otrzymujemy zarówno w wersji oryginalnej, jak i z napisami lub lektorem, a całość jest w formacie Dolby Surround. Oprócz oferty na żądanie zintegrowanej z usługą telewizyjną jest także propozycja HBO GO. Niestety jej zawiłość powoduje, że korzystanie z niej jest nie lada wyczynem.

Ile to kosztuje?

Opłaty za korzystanie z usług VOD są dość zróżnicowane. W serwisach internetowych ceny zaczynają się od pięciu złotych (vod.tvp.pl) a kończą na małych kilkunastu. W iTunes większość filmów wypożyczymy za trzy euro, ale zdarzają się też pozycje za cztery euro. W przypadku ofert VOD dostawców kablowych czy satelitarnych stawki są dość ujednolicone i oscylują w przedziale 8-12 złotych. Dodatkowo co dwa tygodnie albo miesiąc mamy do wyboru kilka filmów za darmo, bądź w promocyjnej cenie. Mimo faktu, że ceny za większość filmów są naprawdę przystępne, to można odnieść wrażenie, że grono zainteresowanych oglądaniem za darmo, czyli po prostu piratów, nie maleje.

Napster* - od piractwa do biznesu

Każdy medal ma dwie strony. Życie pokazało, że dystrybucja cyfrowa idąca w parze z szybkim internetem to także istotne zwiększenie piractwa zapoczątkowane na dużą skalę przez serwis Napster. Zanim internet zaczął przyśpieszać królowały, chronologicznie, następujące protokoły wymiany plików: bbs, p2p, torrenty, serwisy w stylu rapidshare. Ostatnimi czasy w internecie jest z kolei swoisty wysyp serwisów takich jak megavideo, megaupload i podobnych, które działają na granicy prawa. Z jednej strony w regulaminie znajdują się zapisy o zakazie umieszczania treści chronionych prawem autorskim, z drugiej to na użytkowników przerzucona jest odpowiedzialność. Ponieważ sprawa jest niejasna, wiele osób w efekcie korzysta z nich nieświadomie stając się piratem, paserem, łącznie z niżej podpisanym, który niestety raz skutecznie dał się wprowadzić w błąd.

Żeby nie być gołosłownym, to w regulaminach wspomnianych serwisów znaleźć można takie oto zapisy:

(...) zezwala użytkownikom na przesyłanie filmów i innych materiałów oraz na ich przechowywanie, udostępnianie i (lub) publikowanie. Odpowiedzialność za materiały oraz konsekwencje ich przesyłania oraz publikowania ponosi wyłącznie użytkownik. Zamieszczając materiały, użytkownik potwierdza/gwarantuje, że:
jest właścicielem lub posiada odpowiednie licencje, prawa, zezwolenia oraz upoważnienia do używania (...)

 

W innym znajdujemy z kolei taki zapis:

Użytkownicy zapewniają, że jakiekolwiek korzystanie przez nich za pośrednictwem Serwisu z materiałów chronionych prawami autorskimi na rzecz osób trzecich, w tym ich kopiowanie, przesyłanie i publiczne udostępnianie w Internecie odbywa się za zgodą uprawnionych podmiotów.
Użytkownik zapewnia, że będzie korzystał z Serwisu, zarówno w zakresie odbioru jak i przesyłania informacji, wyłącznie w sposób zgodny z obowiązującym prawem, zasadami współżycia społecznego i dobrymi obyczajami, w poszanowaniu dla praw własności intelektualnej.

 

Ponadto korzystając z takich serwisów nie możemy liczyć na gwarantowaną jakość usług:

(...) zastrzega, że korzystanie z Serwisu odbywa się wyłącznie na koszt i ryzyko Użytkownika, nie udziela żadnej gwarancji, że korzystanie to przebiegało będzie bez błędów, wad, czy przerw jak i co do tego, że rezultat poszukiwań w Internecie sprosta oczekiwaniom Użytkownika.

 

Cóż. Jest to kolejny przykład na wykorzystywanie luk w prawie, które nie nadąża za rozwojem technologii. O ile serwisy takie jak YouTube czy nasza lokalna wrzuta.pl tego rodzaju zjawiska tępią, o tyle wciąż jest spore grono "przedsiębiorców", którzy taki właśnie sposób na życie znaleźli.

Wspominany w nagłówku Napster był swego rodzaju pionierem jeśli chodzi o masową, ale nielegalną wymianę muzyki online. Bardzo szybko stał się silną marką, symbolem cyfrowego udostępniania muzyki, a może i wolności w Internecie. Jego sukces jednak nie trwał długo, bo dwa lata po jego uruchomieniu, w 2001 roku decyzją sądu został zamknięty, a wypłacone odszkodowania sięgnęły kwoty 26 milionów dolarów. Mimo tych perturbacji siła marki, pozwoliła właścicielom Napstera na jej sprzedaż, by pod skrzydłami Bertelsmanna w 2003 roku odrodził się jako legalny sklep z muzyką.

Historia lubi się powtarzać

Z bliżej nieokreślonych przyczyn nasz piękny kraj nad Wisłą od samego początku cyfryzacji był skutecznie omijany przez tzw. potentatów. W efekcie w 2005 roku bardzo zimny prysznic zaliczył serwis ebay, który wchodząc na dobrze rozwinięty polski rynek aukcyjny (allegro i świstak) sugerował, że nauczy Polaków co to znaczy "internetowe aukcje". Realną korzyścią było tylko to, że wraz z ebay.pl Polacy zyskali dostęp do PayPal.com.

Dwa lata później z wielkim hukiem wszedł na polski rynek serwis aol.com (dawn. America On Line). Dziś wstukanie adresu www.aol.pl przekierowuje na aol.co.uk. Epic fail!

Wszystko wskazuje na to, że tak jak w przypadku głównych polskich portali czy serwisu aukcyjnego, międzynarodowe koncerny medialne prześpią temat i będziemy mieli naszych lokalnych liderów na miarę amerykańskiego Netflix czy iTunes. Sposób wejścia tego ostatniego na nasz rynek dobitnie pokazuje, że nie jesteśmy traktowani poważnie. W sumie tylko się cieszyć, w końcu Polacy nie gęsi i swoje VOD mają :) Wracając jeszcze raz do tabelki, gdzie zestawiłem chyba wszystkie liczące się na polskim rynku usługi, można zaryzykować stwierdzenie, że liderem ze względu na swoją wszechstronność jest ipla. Konkurenci jednak też nie mają się czego wstydzić, tym bardziej, że nie ma usługi idealnej i każdy może wykorzystać tę czy inną niszę. A rynek niezmonopolizowany jest w naszym, czyli klienta, interesie. Tylko szerszej oferty zagranicznych seriali brak...

*serwis Napster mimo przejścia na jasną stronę mocy próby czasu nie wytrzymał.