Cyfrowe biblioteki a prawa autorskie: spór

Czyli o uniwersytetach, które chciałyby, zgodnie z przeznaczeniem, gromadzić wiedzę i autorach chcących bronić swoich praw.

Uprowadzone książki

Pięć amerykańskich uniwersytetów zostało pozwanych przez australijskich, brytyjskich i kanadyjskich autorów za stworzenie cyfrowych bibliotek składających się z milionów zeskanowanych książek. Głównym oskarżonym jest Uniwersytet Michigan, którego cyfrowa biblioteka HathiTrust pozwala studentom i pracownikom naukowym korzystać z tzw. "osieroconych książek" (określa się tak dzieła, do których prawa autorskie prawdopodobnie nie wygasły, ale jednocześnie nie ma możliwości skontaktowania się z ich właścicielami). Pozostałymi wymienionymi w pozwie szkołami wyższymi są Uniwersytety Kalifornii, Wisconsin, Indiany i Nowego Jorku (Cornell).

Autorzy, którzy rzeczony pozew wystosowali, twierdzą, że grupa uniwersytetów nie ma prawa decydować, kiedy i jak wygasają prawa autorskie do konkretnych dzieł. "To nie są osierocone książki, to książki uprowadzone", mówi Angelo Loukakis z Australijskiego Zrzeszenia Autorów. "Jeśli te placówki tworzą własne reguły, czy nie będą chciały robić tego samego wszystkie szkoły i uniwersytety, w każdym kraju?" - pyta Daniele Simpson, prezydent kanadyjskiego stowarzyszenia autorów.

Prawo a wiedza

Ten pozew to jednak nie pierwszy tego typu przypadek na świecie. Wręcz przeciwnie. Tak się składa, że skanowaniem książek na Uniwerystecie w Michigan zajmuje się Google (do formy cyfrowej przeniesiono już pięć milionów tytułów z tamtejszej biblioteki, a kilka kolejnych milionów jeszcze na to czeka). Sprawa wpisuje się więc w trwający od sześciu lat spór między Google a amerykańską Gildią Autorów oraz Zrzeszeniem Amerykańskich Wydawców.

Rzecz nie jest tak błaha, jak w pierwszej chwili mogłoby się wydawać. Z jednej strony mamy autorów, którzy chcieliby bronić swoich przywilejów i otrzymać wynagrodzenie za swoją pracę. Z drugiej strony ciężko zarzucić uniwersytetom złe intencje: książki skanowane są przecież w celach naukowych.

Prawo do wiedzy?

Problem cyfrowych bibliotek jest ciężki do rozstrzygnięcia. Instytucja biblioteki jako taka znana jest od tysięcy lat. Jak powinno się traktować jej internetową wersję? Czy znacząco różni się od tradycyjnych, niewirtualnych "wersji"? Pod względem celu: na pewno nie. Z drugiej strony, jeśli zgodzimy się na digitalizowanie książek i udostępnianie ich w takiej formie, czy nie powinniśmy zrobić tego samego z innymi dziełami kultury, jak np. muzyką? Czym w takim wypadku różniłoby się to od jakiejś formy legalizacji piractwa?

Tego typu sprawy najlepiej uzmysławiają, że w czasach Internetu prawa autorskie mogą się okazać pod wieloma względami nieaktualne. Czy czas zmienić ich system? To problem ciężki do rozstrzygnięcia. Co najmniej tak ciężki, jak rzeczony pozew sądowy: w przypadku autorów rozsianych po całym świecie w grę wchodzi nie jeden, ale co najmniej kilka różnych systemów prawnych. Ustalenie, co tak naprawdę jest, a co nie jest zgodne z prawem, może być dla sądu wyjątkowo trudne.

źródło: BBC