W imię ochrony dzieci będziemy cię szpiegować - jak Rosja inwigiluje internet

Przeszło dwa tygodnie temu w Rosji w życie weszło prawo, które ustanowiło "wspólny rejestr stron zakazanych". Cel? Ochrona dzieci przed pornografią, pedofilią czy narkotykami w sieci. Narzędzie realizacji? Inwigilacja sieci.

1 listopada ustawa podpisana przez prezydenta Rosji Władimira Putina powołała do życia "wspólny rejestr stron zakazanych". Cel jego istnienia jest prosty - ma chronić dzieci przed szkodliwymi dla nich informacjami. Głównie chodzi o pornografię, narkotyki czy wskazówki dotyczące samobójstwa.

W wyniku prawnych regulacji każda osoba może anonimowo przesłać do organizacji Roskomnadzora donos na podejrzaną stronę. Ta, z pomocą ekspertów, go rozpatrzy, i w przypadku potwierdzenia podejrzeń wpisze serwis do rejestru (od czego można się odwołać do sądu).  W tym momencie firma hostująca stronę powinna usunąć ją ze swoich zasobów, ale jeśli tego z jakiś powodów nie uczyni, to zadanie zablokowania treści przejmują dostawcy internetu.

Zapewne to rozwiązanie niektórym się skojarzyło z polskim projektem Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, który upadł dwa lata temu po głośnym sprzeciwie internautów. Rosyjski projekt od polskiego różni nie tylko to, że został przyjęty (mimo protestów rosyjskojęzycznej Wikipedii czy VKontakte >>rosyjskiego odpowiednika Facebooka<<), ale także ważny, techniczny szczegół - DPI.

Wiemy, co przeglądasz

Siedziba FSB - fot. aut. NVO / WikipediaSiedziba FSB - fot. aut. NVO / Wikipedia

DPI, czyli Deep Packet Inspection (Głęboka Inspekcja Pakietów) - technologia ta nie została wspomniana w nowoprzyjętym prawie, ale rosyjskie Ministerstwo Łączności zapowiedziało, że skorzystanie z tego rozwiązania będzie konieczne, bo tylko przy jego pomocy wprowadzenie zakazu w życie będzie możliwe. A to oznacza dwie rzeczy - albo rząd rosyjski jest najbardziej "prodziecięcym" rządem na świecie, inwestującym grube miliony rubli w najnowocześniejsze rozwiązania, albo chodzi nie tylko o ochronę najmłodszych.

Dlaczego DPI jest tak ważne? W sieci komunikacja przebiega za pomocą pakietów, które składają się z nagłówka (zawierającego informacje na temat nadawcy i odbiorcy) oraz części z danymi. Typowe sposoby monitorowania są w stanie zajrzeć tylko do nagłówka. DPI sięga głębiej. Inżynier zajmujący się tą technologią w rozmowie z Wired użył obrazowego porównania:

Dzięki DPI otwierasz kopertę i czytasz jej zawartość, a nie tylko sprawdzasz skąd przyszła i dokąd zmierza.

Rosyjski rząd jest zainteresowany tą technologią od lat i z wielką uwagą przyglądał się pierwszym próbom jej zaadaptowania. W Rosji rozgościło się wiele firm dostarczających konieczny sprzęt i oprogramowanie - amerykańskie Cisco i Procera, chiński Huawei, izraelski Allot i kanadyjski Sandvine. Firmy te nie mogą narzekać na brak klientów - szczególnie chętni byli operatorzy mobilni.

Operatorom DPI było potrzebne do blokowania torrentów. Przepustowość raczkującego internetu mobilnego nie należała do najwyższych, więc rosyjscy piraci byli kłopotliwi. Inaczej było w przypadku tradycyjnych dostawców internetowych, którzy się tym zazwyczaj nie przejmowali.

Z czasem jednak DPI stało się na tyle powszechne, że we wrześniu 2012 roku kilku dostawców sieci na żądanie rosyjskiej prokuratury było w stanie zablokować niezwykle kontrowersyjny i obrażający muzułmanów zwiastun filmu "Innocence of Muslims" na YouTubie bez blokowania całego serwisu. "Piękno" DPI objawiło się w całej swej postaci - dostawcy byli w stanie zidentyfikować pakiety z filmem i wyłączyć je z obiegu. Wcześniej, bez wglądu w pakiety danych, musieliby zablokować cały serwis.

Tłamsząc w zarodku

Grudniowe protesty w Rosji - fot. aut. Bogomolov.PL / WikipediaGrudniowe protesty w Rosji - fot. aut. Bogomolov.PL / Wikipedia

Postęp w rozwoju DPI rosyjskie służby powitały z otwartymi rękoma. Arabska wiosna 2011 roku, możliwa w dużej mierze dzięki internetowi i sieciom społecznościowym, przeraziła rosyjskie władze. Kiedy w grudniu 2011 roku, podczas wyborów prezydenckich, grupy Rosjan organizowały za pomocą sieci protesty przeciwko powrotowi Putina do władzy, Federalna Służba Bezpieczeństwa była na tyle bezsilna, że z konieczności sięgnęła po najbanalniejsze rozwiązanie - wysłała faks założycielowi VKontakte, aby ten zablokował grupy protestujących. Odmówił.

Dzięki nowym rozwiązaniom takie odmowy nie będą już miały znaczenia. W wyniku przyjętej ustawy każdy dostawca sieci powinien zaopatrzyć się w sprzęt i oprogramowanie umożliwiające zastosowanie DPI. Koszt tego przekracza 100 tys. dolarów, więc wiele mniejszych firm decyduje się na rozwiązania używane lub... po prostu je kradnie. Brzmi to paradoksalnie, ale muszą to robić, bo są zobligowani do usuwania nielegalnych materiałów za ich pomocą. W tym celu otrzymali dostęp do specjalnej strony rejestru, na której znajdą informacje na temat stron zakazanych.

DPI łatwo można połączyć z wcześniejszymi rozwiązaniami monitorowania telekomunikacji przez rosyjski rząd, tworząc tym samym "genialne" narzędzie do inwigilacji. Jak stwierdził bez ogródek Aleksander Szkalikow, pracownik Inline Telecom Solutions i jeden z zaangażowanych w tworzenie systemu, w wywiadzie dla Wired:

Zrobiliśmy to. Dzięki DPI możemy mieć wgląd w ten ruch, nie musimy go przekierowywać. Jest to bardzo wygodne, ponieważ dzięki temu nie musimy kopiować całego transferu, ale tylko określoną część, ruch konkretnych osób. Dla przykładu, jeśli Alexei Navalny, jeden z najsłynniejszych liderów opozycji, jest klientem znanego operatora, można skopiować cały jego ruch dzięki DPI. W ten sposób można dowiedzieć się nawet, jakie strony odwiedza.

Myślozbrodnia

Kreml - fot. aut. NVO / WikipediaKreml - fot. aut. NVO / Wikipedia

Być może więc najwięcej szkód rosyjskiemu internetowi wyrządzi wcale nie rejestr stron zakazanych tylko tłamsząca świadomość, że wszystko, co robię w sieci, FSB może podejrzeć. W końcu to, że z rosyjskiej Nonsensopedii (żartobliwej wersji Wikipedii) zniknął wpis o samobójstwie, da się ostatecznie przeboleć, natomiast poczucie inwigilacji może doprowadzić do autocenzury, dobrowolnego ograniczenia swoich działań w obawie przed represjami. A od tego niedaleko już do wykształcenia się orwellowskiej "myślozbrodni".

Dlatego nie dziwią doniesienia takie, jak te autorstwa Russia Today - w Rosji rośnie niezadowolenie z przyjętego prawa. Czy jednak rosyjscy internauci zdołają się przeciwstawić władzy i zatrzymają nie tylko cenzurę w sieci, ale autorytarne zapędy władzy (ustawa o internecie jest tylko jedną z serii wielu ostatnio przyjętych, które budzą sprzeciw obrońców praw człowieka)? Można być sceptycznym, ale arabska wiosna pokazała, jak niewiele brakuje, żeby rozniecić rewolucję.