Śpieszmy się kochać prawdziwych aktorów, tak szybko stają się kupką pikseli

Nie wierzcie w nic, co widzicie na filmach i w telewizji. Nawet jeśli jest to piękna kobieta lub znany Wam aktor. Lada chwila będą to tylko zbiory zer i jedynek, a świat zaleją cyfrowi aktorzy, którym nawet śmierć nie przeszkodzi w zdobyciu Oscara.

To już pewne, lada chwila dojdziemy do momentu, w którym zdigitalizowani aktorzy zaleją ekrany naszych kin i telewizorów. Technologia renderowania fotorealistycznych ludzi i zmieniania wyglądu postaci w filmach, serialach oraz telewizji gna do przodu tak bardzo, że to kwestia kilkunastu lat, a nie wielu dekad.

Do niedawna cyfrowe modyfikowanie postaci było albo niewielkie, albo oczywiste. Gollum z Władcy Pierścieni robił ogromne wrażenie, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to tylko sztuczka speców od efektów specjalnych połączona z umiejętnościami aktorskimi Andy'ego Serkisa.

Wszystko idzie jednak w kierunku wirtualnego odwzorowania również zwykłych ludzi. Początki takich rozwiązań są czasem dość zabawne. Na przykład Jessica Alba zagrała w filmie Maczeta scenę pod prysznicem w bieliźnie, a w kinie oglądaliśmy ją ze sztucznie nałożoną, cyfrową nagością. Podobne sztuczki zastosowano w przypadku filmu The Change-Up, w którym Olivia Munn dorobiła się cyfrowego sutka lub w zwiastunie komedii Your Highness, którego różne wersje miały nie tylko mniej przekleństw, ale też więcej ubrania na pupie Natalie Portman.

Zabawy z golizną są jednak tylko przystawką, przed głównym daniem jakim będzie w pełni cyfrowy aktor. Rozwój w tej dziedzinie jest ogromny! W 2010 roku Joseph Kosinski stworzył wirtualnego Jeffa Bridgesa na potrzeby filmu TRON: Legacy. Efekt robił wrażenie, ale nadal pachniał komputerem.

Wyjątkowe w TRONie było to, że cyfrowa postać Clu była widoczna na ekranie dość długo i w dużych zbliżeniach. Rok wcześniej McG pokazał nam cyfrowego Arnolda Schwarzeneggera w Terminator Salvation, ale trwało to tylko chwilę. Szybki strzał z granatnika w głowę przeciwnika i zaoszczędzono kilka milionów dolarów na generowaniu cyfrowej twarzy.

Podobnie jest w najnowszym Terminator: Genisys z tą różnicą, że po sześciu latach cyfrowy Arnold jest praktycznie nie do odróżnienia od samego siebie z roku 1984.

Jeśli nie czujecie należnego podziwu dla tych scen, to dla porównania spójrzcie jak podobne efekty wyglądały w 2001 roku. W niesławnej scenie z filmu The Mummy Returns, w której pojawia się cyfrowy Dwayne Johnson, animacja postaci wygląda trochę jak z dzisiejszych gier wideo. To efekt, uznawany za jeden z najgorszych w historii CGI, ale pamiętajmy, że było to 14 lat temu.

Dzisiaj, gdy technologia pognała do przodu, budżety urosły, a specjalistów przybyło, cyfrowe postaci są wykorzystywane coraz częściej. Póki co głównie do odmładzania lub zmieniania aktorów. Obecnie w kinach możecie zobaczyć przykład na to w Ant-Manie. Na samym początku filmu pojawia się młody Michael Douglas. Piksele aż wylewają się z ekranu! Efekt jest tak dobry, że przez chwilę możecie zacząć się zastanawiać czy to aby na pewno CGI, czy może twórcy filmu znaleźli po prostu sobowtóra.

Efekty tego typu stają coraz tańsze i prostsze w użyciu. Do tego stopnia, że niedługo będą je stosowali nawet amatorzy. Spójrzcie chociażby na poniższy filmik, którego autor wykorzystał oprogramowanie MOCHA Pro i NUKE z zaznaczeniem, że jest jego niedoświadczonym użytkownikiem. Aktorka Michele Valley zapewne jest zadowolona z rezultatu.

 

To, że 3/4 filmu Grawitacja jest wygenerowane w komputerze, Godzilla wcale nie zawala budynków, tygrys z Życia Pi był cyfrowy, a seriale nie są już kręcone w plenerach, nawet jeśli tak wyglądają, przestaje już nas dziwić. Z każdej strony jesteśmy zalewani rewelacyjnymi efektami specjalnymi, które wielokrotnie są już nie do odróżnienia od świata namacalnego.

To łatwo zaakceptować, bo rozwój CGI obserwujemy od lat. Zastanówcie się jednak jak zareagujecie, gdy za kilkanaście lat w filmie pojawi się Bruce Lee i Marilyn Monroe, a Wy nie będziecie w stanie odróżnić ich od żyjących aktorów.

W świecie cyfrowej kinematografii nawet śmierć nie będzie ostateczną granicą.

Wpis pochodzi z bloga Obywatel HD.