Historia ostatniej rolki Kodachrome

To se ne vrati.

30 grudnia 2010 roku skończyła się pewna epoka. Oto w stanie Kansas w firmie Dwayne's Photo po raz ostatni wywołano profesjonalną kliszę Kodachrome. Pewnie jeszcze tu i tam można kupić rolki Kodachrome, ale Dwayne's Photo było ostatnim miejscem na świecie, gdzie komercyjnie świadczono jej wywoływanie. Było, ponieważ 30 grudnia 2010 Dwayes Photo z powodu braku odczynników zdecydowało się na wycofanie procesu K-14 z oferty. Na wspomnianej rolce znajdowały się prace autorstwa Steve'a McCurry m.in. fotografa National Geographic, który przy pomocy tego konkretnego rodzaju filmu wykonał ponad 800 tys. zdjęć

Steve McCurry

Czym był Kodachrome?

 

W skrócie, był to profesjonalny fotograficzny film na rolce pozwalający na wywoływanie zdjęć w pozytywie - czyli robienie popularnie zwanych slajdów, a proces K-14, którym się je wywoływało, pozwalał na ich wieloletnie przechowywanie bez straty na jakości.

Gdzie w takim razie zaczął się początek końca Kodachrome? Fotografia analogowa mniej więcej od dekady znajduje się na równi pochyłej, którą wywołała cyfrowa rewolucja. Dziś prawie każdy ma aparat cyfrowy - czy to lustrzankę, kompakt, czy w ostateczności telefon komórkowy z aparatem. Mimo tej powszechnej cyfryzacji, pośród nas jest wielu, którzy swoją przygodę z fotografią zaczynali z aparatami analogowymi. Z dzisiejszej perspektywy - można by rzec - "kultowymi". Zorka, Smiena czy Zenit - bo o nich mowa - to nazwy, które choć na moment budzą nasze wspomnienia. Wracają chwile, kiedy na wagę złota była każda klatka filmu znajdującego się w aparacie, na efekty trzeba było czekać do końca rolki, a film trzeba było jeszcze wywołać.

Czas fotografii analogowej mija bezpowrotnie

 

Czy aby na pewno?

Jest dziedzina, w której fotografia analogowa może czuć się niezagrożona. I nie chodzi tu o nasze wspomnienia czy sentymenty, a o jakość. Każdy, kto oglądał film "Powiększenie" wie, że tylko wielokrotne skalowanie tradycyjnego zdjęcia może zakończyć się sukcesem. Tego samego niestety nie można powiedzieć o fotografii cyfrowej, gdzie wielokrotne skalowanie dałoby kadr zredukowany do kilku pikseli.

Jakość, dokładność, precyzja - to wszystko prowadzi nas do dzisiejszego wykorzystania fotografii analogowej, czyli tych szczególnych miejsc, gdzie tkwi przysłowiowy diabeł. Naturalnie przychodzi do głowy przede wszystkim zastosowanie wojskowe, czy też wywiadowcze. Oprócz tego wymienić należy także astronomię oraz pewną dziedzinę "typowej" fotografii - mianowicie tzw. giga panoramy, których odbitki można wykonywać w bardzo dużych formatach. To jednak zastosowania profesjonalne, z którymi mało kto z nas ma cokolwiek wspólnego. Za to głosem ludu przemawia Stasiak śpiewając "Ja chcę być vintage".

Ubrania z second handu, stary rower. Moda na retro. Czemu więc nie fotografia analogowa? Tu z pomocą przychodzi nam z jednej strony reaktywowana marka Polaroid, z drugiej nowoczesne aparaty Fuji Instax do fotografii natychmiastowej. To jednak tylko marketingowa odpowiedź na chwilowy trend. Czym innym jednak jest lomofotografia - niektórzy pamiętają pewnie dość specyficzne kolory oddawane przez filmy ORWO. Do tego dodajmy przypadkowe kadry, nienajlepsze naświetlanie. Taka właśnie jest lomofotografia - z elementem losowym, z dala od profesjonalizmu. Podobnie jak fotografia analogowa kilka dekad temu, kiedy nigdy do końca nie można było być pewnym ostatecznego efektu. A nawet najlepsze zdjęcie można było zepsuć jednym, nieodwracalnym błędem przy wywoływaniu.

 

A teraz ręka w górę, kto choć raz oglądał slajdy? Czy to na ścianie, czy na rozciągniętym prześcieradle - zarówno zdjęcia z dzieciństwa, jak i z jakiejś dalekiej podróży. Nie, nie te z PowerPointa. Te prawdziwe, zrobione aparatem fotograficznym, gdzie każdy kadr po wywołaniu przechowywany był w specjalnej ramce, te z kolei w specjalnych kasetach. Do tego jeszcze specjalny rzutnik. Klasyczne slajdy, mimo końca profesjonalnego Kodachrome, mają się całkiem dobrze. Patrząc ilościowo - na dzień dzisiejszy mniej więcej połowa wywoływanych filmów to właśnie slajdy w popularnym procesie E-6. Drugie w kolejności są tradycyjne zdjęcia, czyli powszechnie stosowane negatywy C-41, ale tu spadek zainteresowania widoczny jest z tygodnia na tydzień. Ostatnim komercyjnym formatem kliszy fotograficznej są zdjęcia czarno białe. Te, można powiedzieć, mają bardzo ugruntowaną pozycję i mimo wielu zawirowań w świecie fotografii długo jeszcze pozostaną jego integralną częścią. Bo trzeba wiedzieć, że prawdziwe czarno białe zdjęcie ma niewiele wspólnego ze zdjęciem kolorowym ze zredukowaną paletą kolorów. A jeśli jeszcze możemy te czarno białe zdjęcia odbić na papierze z prawdziwą białą ramką. Ech...

Dwaynes T-shirt

Na koniec - myślę, że dla mnie najwyższy czas pogrzebać w szafie w poszukiwaniu mojej Smieny i - póki jeszcze można - zakupić parę rolek filmów, a następnie udać się w sentymentalny plener fotograficzny.

Paweł Kuflikowski