"Choruję na raka mózgu. Jeśli udostępnisz ten wpis, Facebook wypłaci mi 10 zł". Nie, nie wypłaci

Współczucie i chęć pomocy potrzebującym (zwłaszcza niskim kosztem) to dwa bardzo silne i bardzo ludzkie odruchy. Niestety, nie należy ulegać im za każdym razem, bo czasem ktoś po prostu bardzo cynicznie chce nas nabrać.
Witam! Mam na imię Monika! Od 2-óch miesięcy choruję na raka mózgu. Jeżeli nie odbędę operacji to umrę, choć mam tylko 21 lat. Operacja kosztuje 250 000 tys. zł. Strony portalowe między innymi " Facebook" zgodziły mi się pomóc. A więc jeżeli skopiujesz to podarujesz mi aż 10 zł. Więc proszę skopiuj to! A gdy zrobisz to przyjdzie wiadomość "Jesteś Aniołem''

Taką wiadomość można zobaczyć na polskim Facebooku. Emocjonalna prośba o pomoc budzi wielki odzew - jedna z kopii wpisu została udostępniona dalej ponad 2 tysiące razy.

 

Kolejny łańcuszek na Facebooku, tym razem bardzo cynicznyFot. Facebook

 

Trudno powiedzieć, w ilu wersjach historia Moniki krąży po polskim Facebooku. Ale wiecie co? Cała to wezwanie do pomocy jest wyssane z palca. Monika - o ile istnieje - nie dostanie za Waszą aktywność na Facebooku ani grosza.

Powiedzmy to jasno: Facebook ani żadne inne medium nie płaci za udostępnianie wpisów na profilach swoich użytkowników.

Teraz raczej nie sposób już dojść, kto jest autorem tego cynicznego wpisu. Ale podobnych wiadomości na Facebooku - nie tylko polskim - jest mnóstwo. Swego czasu po anglojęzycznej wersji serwisu krążył łańcuszek, którego autorzy byli jeszcze bardziej wyrachowani, ale wykorzystywali dokładnie ten sam mechanizm. No dobrze, do wpisu o dziecku rzekomo cierpiącym na raka mózgu dodali drastyczne zdjęcie dziewczynki o zdeformowanej twarzy. Oczywiście okazało się później, że dziecko wcale nie było chore na raka mózgu, a prawdziwa historia dziewczynki zakończyła się dobrze (przeszła operację), ale autorzy łańcuszka dorzucili do wpisu... cennik. Twierdzili, że za wszystkie interakcje ze wpisem Facebook zapłaci rodzicom dziecka odpowiednio:

- polubienie - 1 dolar

- komentarz - 3 dolary

- udostępnienie - 10 dolarów.

Łatwo żebrać o uwagę użytkowników Facebooka, jeśli wykorzystuje się tak bardzo poruszające historie, jak ta o dziewczynie z rakiem mózgu. Ale nie dajmy się na to nabierać.

W języku angielskim funkcjonuje określenie "likewhore", czyli (w wolnym tłumaczeniu) osoba, która zrobi wszystko za lajka. Nie mam pojęcia, jak bardzo cynicznym trzeba być, żeby żerować na ludzkim współczuciu i niemal wymuszać polubienia i udostępnienia wpisu.

Czy jest coś, co możemy zrobić, żeby na przyszłość nie dać się nabrać naciągaczom? Cóż - przede wszystkim nie wierzyć, że kliknięcie w "Lubię to" zmieni świat. A zamiast wzruszać się kolejną wyssaną z palca historią można przelać niewielką kwotę na konto fundacji walczących z rakiem albo na rzecz schroniska dla zwierząt. Można też zgłaszać wszystkie tego typu wpisy jako spam - chociaż nie liczę specjalnie na to, że tego typu łańcuszki zaginą. W końcu krążą po sieci od samego początku internetu.