"Pierwszy człowiek, który zestrzeli drona będzie bohaterem!"

Policja w Ohio otrzymała zgłoszenie o pijanym mężczyźnie oddającym strzały w swoim domu. Kiedy funkcjonariusze przybyli na miejsce... stracili robota. Incydent stał się pretekstem do dyskusji w mediach o tym jak daleko władze mogą posunąć się do inwigilacji obywateli. A władze lubią sięgać po roboty i drony.

W USA pojawia się coraz więcej bezzałogowych obiektów latających co dla niektórych jest pogwałceniem prawa do prywatności. Amerykańskie władze adoptują wojskowe Predatory i coraz częściej używają ich w różnych celach na terytorium kraju. Do 2020 roku nad Stanami może krążyć nawet 30 tys. dronów.

24 lutego w Waverly w stanie Ohio policja odebrała zgłoszenie o mężczyźnie "oddającym strzały we własnym domu". Patrol po przybyciu na miejsce został przegnany przez właściciela posesji, który odmówił jakichkolwiek wyjaśnień.

Funkcjonariusze nie wiedzieli do czego strzelał mężczyzna, dlatego wezwali posiłki oraz negocjatora. Niestety jego starania spełzły na niczym, do akcji wkroczył więc policyjny robot. 62 letni Amerykanin nie patyczkował się jednak z intruzem i zniszczył urządzenie celnym strzałem.

Mężczyznę aresztowano, stał się on jednak symbolem walki o zachowanie prawa do prywatności w kontekście wszechobecnych robotów.

A w kontekście incydentu w amerykańskich mediach pojawiły się mocne komentarze.

"Pierwszy człowiek, który zestrzeli drona będzie bohaterem!"

- stwierdził komentator Fox News.

Wygląda więc na to że USA czeka kolejna narodowa dyskusja na temat granic prywatności. Czy w władze mają prawo używać dronów prewencyjnie? Czy łamie to wolności obywatelskie?

Skoro "nagie skanery" pomimo kontrowersji od lat podnoszonych przez media nadal funkcjonują również drony szybko nie znikną z amerykańskiego nieba.

[ za businessinsider.com ]

Więcej o: