Zamieszki w Turcji nie są twitterową rewolucją

Zamieszki w Turcji twitterową rewolucją! Zamieszki w Egipcie twitterową rewolucją! Zamieszki w Iranie twitterową rewolucją! Sporo tych twitterowych rewolucji. Tylko czy faktycznie mamy do czynienia z przełomem wywołanym siłą serwisów społecznościowych?

Przy okazji kolejnych zamieszek, kolejnych przewrotów i protestów na świecie co jakiś czas powraca fraza "Revolution will not be televised. It will be tweeted", czyli

Rewolucja nie będzie nadawana w telewizji. Będzie tweetowana.

Tak jest i teraz, przy okazji zamieszek w Turcji . Pierwsza część przytaczanej frazy jest cytatem z piosenki z lat '70. I nie sposób się z nią nie zgodzić. Rewolucje we współczesnym świecie nie mają szans być nadawane w telewizji. Wszelkie zamieszki i protesty społeczne obnażają słabość tradycyjnych mediów w relacjonowaniu na żywo dynamicznych wydarzeń. W takich wypadkach to internet staje się medium, w którym zachodzą błyskawiczne reakcje. To tam publikowane są wrażenia, zdjęcia i filmy naocznych świadków, z których później często korzystają tradycyjne media. Tym bardziej, że dzisiaj każda osoba z telefonem komórkowym w ręku może wykonywać pracę reportera i fotografa. I od razu umieścić materiał na swoim blogu czy na Twitterze. Tak, Twitter jest znakomitym kanałem, na którym błyskawicznie można dokumentować wydarzenia.

Ale to nie znaczy, że zamieszki w Turcji, Egipcie czy Iranie były twitterową rewolucją.

Dlaczego? Bo na Facebooku czy Twitterze jesteśmy w większości slaktywistami . Takimi leniami-aktywistami. Klikamy w "Lubię to" przeświadczeni, że to działanie coś zmieni. Zapowiadamy uczestnictwo w wydarzeniach i protestach, na które przychodzi potem garstka faktycznie zaangażowanych osób.

Rewolucje nie wybuchają w serwisach społecznościowych i nie tam są podsycane. Teorię taką wyznaje także Malcolm Gladwell, autor znanej książki "Punkt przełomowy". Udowadniał on w niej, że przyczyn rewolucji należy doszukiwać się w niewielkich z pozoru zmianach. A w artykule uzupełniającym książkę dodał, że rewolucji nie przeprowadza się poprzez social media. Dlaczego nie? Bo więzy jakie łączą nas ze znajomymi na Twitterze czy Facebooku są zbyt słabe, by wywołać lawinę.

W słabych więzach też jest siła (...) - zauważa Gladwell - Nasi dalecy znajomi mogą być źródłem informacji albo inspiracji. Świetnie się to sprawdza przy zdalnej współpracy, bezproblemowych zakupach przez internet czy rozprzestrzenianiu się innowacji. Ale słabe więzy rzadko prowadzą do obarczonego wysokim poziomem ryzyka aktywizmu.

A taką właśnie odmianą aktywizmu jest odejście od komputera i wyjście z domu. Zamieszki w Turcji są tweetowane, bo internet jest obecnie najszybszym sposobem komunikacji.

Kiedyś aktywiści definiowani byli przez cel, za którym się opowiadali, teraz definiowani są przez narzędzia, których używają

dodaje Gladwell.

Czy zamieszki w Turcji wybuchły za pośrednictwem mediów społecznościowych? Czy doszłoby do nich, gdyby nie było Facebooka albo Twittera? Na oba pytania odpowiedź brzmi: nie. Serwisy społecznościowe ogromnie przyspieszyły komunikację, pomagały koordynować protesty. Ale protesty te wybuchły poza Twitterem. Ten ostatni jest niezwykle przydatnym, ale tylko narzędziem. Przecenianie jego roli nie powinno raczej zmieniać sposobu odbioru wydarzeń w Turcji.

Bo wciąż nie jest to twitterowa rewolucja.

Więcej o: