Google zdradza, jak przebiega proces ujawniania naszych danych

W przekazywaniu danych między Google a amerykańską Agencją Bezpieczeństwa Narodowego nie ma nic ze szpiegowskich filmów. Po prostu: serwer FTP lub osobiste przekazanie koperty. Wszystko odbywa się wskutek sądowego nakazu a Google zarzeka się: wysyłamy tylko te dane, są niezbędne NSA.

Echa programu PRISM nie milkną. Specjaliści działów PR wielkich korporacji dwoją się i troją, żeby wymyślić sposób na przekonanie nas, że "wszystko jest w porządku".

Google postanowił, że ujawni fakty: tak, przekazujemy dane agencji NSA. Patrząc przez moment na ręce giganta Internetu mamy nabrać przekonania, że nic złego nam się nie dzieje.

Christ Gaither, rzecznik Google, podkreślił w specjalnej nocie, że jego firma otrzymała sądowy nakaz. Na jego podstawie udostępniono agentom Agencji Bezpieczeństwa dostęp do wybranych informacji. Jest on realizowany w mało widowiskowy sposób - przy użyciu serwera FTP. Czasami dochodzi do osobistych spotkań.

Google tłumaczy się jeszcze dokładniej: nie jest tak, że agenci sami "wyciągają" dane, które ich interesują. To Google im je "posyła". Czyli nie ma hasania po serwerach i zaglądania w każdy zakątek naszej prywatności. Są jedynie "konieczne dla bezpieczeństwa narodowego" działania.

"Odrzucamy możliwość uczestniczenia w jakimkolwiek programie - realizowanego dla zapewnienia bezpieczeństwa wewnętrznego lub w innym celu - który wymagałby udzielania rządowi dostępu do naszych systemów, do instalowania jego sprzętu w naszej sieci."

- powiedział Gaither.

Przypomnijmy dlaczego największa internetowa firma świata tak żarliwie zapewnia o swej niewinności. W zeszłym tygodniu doszło do ujawnienia programu PRISM prowadzonego ponoć przez służby wywiadowcze USA. Dobrowolnymi uczestnikami programu, który daje agentom nieograniczony dostęp do wszelkich śladów naszej działalności w Sieci, miałby być również Google.

Istnienie programu potwierdził jeden z oficerów wywiadu Edward Snowden. Twierdzi on, że rząd USA - w uproszczeniu - może podglądać dowolną formę elektronicznej komunikacji każdego obywatela świata.

Koncerny zaprzeczają, prezydent Obama tłumaczy, że to "dla bezpieczeństwa" ale nie wyjaśnia dokładnie "co". Z przeprowadzonej przez nas sondy wynika, że większość z Czytelników Technologii nie jest zaskoczona istnieniem tego typu sekretnego programu, większość z nich nie zamierza też niczego zmieniać w swoim postępowaniu w Sieci.

Czy tłumaczenia Google można uznać za wiarygodne? A może to po prostu część prawdy? Może Google przekazuje agencji NSA dane na podstawie nakazu sądowego. To wcale nie oznacza, że równolegle inni agenci nie działają zupełnie bez ograniczeń w ramach programu PRISM. Ale na to z kolei nie ma żadnych dowodów. Tylko słowa Snowdena. Komu więc ufać? Może własnemu rozsądkowi?

[ za blogs.wsj.com ]

Więcej o: