W San Francisco żyje się coraz gorzej - winne Google?

Wczoraj w San Francisco autobus wiozący do biura pracowników Google został zatrzymany przez grupę pikietujących aktywistów. Winią oni duże firmy technologiczne za coraz trudniejsze warunki życia w mieście.

W San Francisco grupa protestujących mieszkańców zatrzymała wczoraj wiozący ludzi do pracy autobus Google. Przez pół godziny pikietowano  wokół pojazdu z planszami o treści "San Francisco nie jest na sprzedaż", "Stop eksmisjom" i "Publiczne pieniądze idą w prywatne kieszenie". Była to reakcja mieszkańców miasta na rosnące koszty wynajmu nieruchomości i korzystanie przez Google z publicznej infrastruktury bez uiszczania należnych opłat.

Od pewnego czasu gwałtowny napływ kapitału do okolicy zatoki San Francisco w nieracjonalny sposób winduje ceny mieszkań i dla osób spoza sektora technologicznego życie staje się zbyt drogie. W ciągu ostatniego roku liczba eksmisji wzrosła o 25%, a ceny wynajmu podskoczyły od 10% do 135%. Miejska legenda o młodym studencie, który jest gotowy płacić dwukrotność dotychczasowego czynszu i oferuje opłacić cały rok wynajmu z góry nie jest wcale zmyślona. Takie sytuacje mają miejsce zadziwiająco często, czego efektem są rosnące ceny i coraz częściej wydawane nakazy eksmisji tym, którzy nie należą do nowej klasy yuppies.

W okolicach zatoki San Francisco mieszczą się główne siedziby kilku największych firm technologicznych na świecie, takich jak Google, Apple, czy Facebook. To jednak autobus Google stał się znienawidzonym symbolem samowolki i niszczącego wpływu kapitału - zamknięty, klimatyzowany pojazd ze skórzanymi fotelami i wi-fi, który, według wielu mieszkańców miasta, wiezie pracowników uważanych za zbyt ważnych na transport publiczny. Co gorsza, Google korzysta z miejskich przystanków nie uiszczając za nie żadnych opłat, co dla wielu jest kroplą, która przelewa czarę goryczy. Uczestnicy pikiety wyliczyli, że dług na rzecz miasta z dwóch ostatnich lat wynosi około miliarda dolarów. Użyli jednak w tych obliczeniach wartości mandatu za korzystanie z przystanków bez zezwolenia, która wynosi $271 i w istocie tyle firma z Mountain View powinna zapłacić za bezprawne korzystanie z infrastruktury publicznej. W przyszłości jednak ta kwota będzie wynosiła znacznie mniej, bo prawdopodobnie niecałe 4 miliony dolarów rocznie. Jak wyliczył Business Insider stosując stawki nowojorskie, jednorazowe skorzystanie z przystanku może faktycznie kosztować jedynie około 58 centów, nie $271.

Sądzę, że powinniśmy jednak pamiętać, że Google nie jest tutaj (jedynym) winowajcą rosnących kosztów życia w San Francisco. Co więcej autobus nie jest wyłącznie fanaberią bogatych, lecz służy konkretnemu celowi. Wczorajsza pikieta na trasie autobusu miała miejsce 55 kilometrów od siedziby firmy - kiedy ostatni raz my musieliśmy pokonywać codziennie taki, lub większy, dystans by dojechać do pracy? Dostępne w pojeździe wi-fi nie służy do oglądania zabawnych filmików w Internecie, lecz by pasażerowie mogli zacząć pracować od razu po wyjściu z domu. Wszystko podyktowane jest potrzebą zwiększenia produktywności, a codzienne spędzanie czterech godzin w transporcie miejskim, gdy jest się zupełnie odciętym od sieci, na pewno by jej zaszkodziło.

Całość jest jednak problemem systemu i trudno jest wskazać bezpośrednich winowajców takiej sytuacji. Rosnąca dysproporcja pomiędzy coraz lepiej zarabiającą klasą młodych informatyków i inżynierów, a pozostałymi mieszkańcami miasta budzi niepokój. W czasach obecnego kryzysu ekonomicznego cierpliwość mieszkańców z pewnością jest na wyczerpaniu, a dalsze protesty jeszcze bardziej zaszkodzą produktywności pracowników wielkich firm. Bez dialogu stracić na tym mogą wszyscy.

Więcej o: