Kosmos made in China

37 lat po tym, jak radziecki łazik Łuna 24 badał powierzchnię Księżyca jako ostatni wytwór ludzkiej cywilizacji, na Srebrnym Globie wylądował nowy gość z Ziemi. Jadeitowy Królik, lądownik chińskiej sondy Chang'e 3, odcisnął ślady w księżycowym pyle 14 grudnia. Niewątpliwy sukces chińskiego programu kosmicznego zaowocował licznymi publikacjami, gdzie roztrząsano, czy Chiny już przegoniły USA i są pierwsze w kosmicznym wyścigu, czy jeszcze nie. A jak jest naprawdę?

Niech za ilustrację posłuży sam Jadeitowy Królik, którego lądowanie opisywaliśmy . Nazwany od imienia zwierzęcia z chińskiej mitologii łazik podobny jest do pojazdów z serii Mars Exploration Rover. Króliczek nie skacze jednak zbyt szybko - ma jeździć 200 metrów na godzinę. Radzieckie Łunochody zostawiłyby go w tyle - pruły z zawrotną prędkością 5 km/h. Ale to dobrze obrazuje, gdzie jest dziś chiński program kosmiczny. Z jednej strony dynamicznie się rozwija, z drugiej - ma szereg braków. Biorąc jednak pod uwagę realia ekonomiczno-polityczne, pytanie brzmi nie "czy", ale "kiedy" Państwo Środka te braki nadrobi.

NASA oszczędza, a Pekin wydaje

Według danych amerykańskiej Narodowej Fundacji Nauki (National Science Foundation) to nadal Stany Zjednoczone wydają najwięcej na badania i rozwój - w tym na program kosmiczny. W 2009 r. 31 proc. globalnych wydatków na R&D (Research & Development - badania i rozwój) wydali właśnie Amerykanie. Chińczycy - 12 proc. To ciągle o wiele mniej niż USA. Na niekorzyść Waszyngtonu przypada dynamika tych wydatków. Amerykańskie 31 proc. to dużo mniej, niż 38 proc. przeznaczone na naukę w 1999 r.

W ciągu ostatnich 10 lat chińskie wydatki na badania i rozwój rosły w tempie 20 proc. rocznie - wynika z danych OECD, cytowanych przez "Global Post" . Efekty były zresztą widoczne - stacja Tiangong 1, loty załogowe, wreszcie lądowanie na Księżycu. W tym samym czasie w 2012 r. USA obcięło fundusze NASA do 17.7 miliarda dolarów. To 0,48 proc. budżetu - najmniej od 1959 r. W 2011 r. NASA zakończyła program wahadłowców kosmicznych i od tego czasu astronauci latają na Międzynarodową Stację Kosmiczną rosyjskimi Sojuzami, a w kwestii lotów załogowych Waszyngton skoncentrował się na rozwijaniu współpracy z coraz bardziej prężnym prywatnym sektorem , czyli na razie głównie ze SpaceX Elona Muska .

Chiny postawiły tymczasem na rozwój sektora państwowego - niemal wszystkie firmy, które mają cokolwiek wspólnego z chińskim programem kosmicznym, mają coś wspólnego z rządem, partią i armią. Nawet całkiem dużo wspólnego. Dlatego nikt dokładnie nie wie, ile tak naprawdę Pekin wydaje na podbój kosmosu.

Ile Chiny wydają na kosmos? Nikt dokładnie nie wie, ale dużo

Według kontrolowanych przez rząd chińskich mediów od 1992 r. na chiński program załogowych lotów kosmicznych ChRL wydała 35 mld juanów. To mniej, niż amerykański rząd wydaje rocznie - podkreśla portal China.org.cn. Pytanie brzmi, czy Chiny przyznają w ten sposób smutną prawdę, czy się chwalą, że mniejszym kosztem osiągnęły tak dużo, czy nie mówią całej prawdy.

W latach 1992-2005 kosztem 25 mld juanów zbudowano m.in. załogowy statek Shenzhou. Główny chiński inżynier kosmiczny Zhang Bonan, przyznał, że Chiny " zaczęły mając do dyspozycji wcześniejsze osiągnięcia" kosmicznej techniki i dlatego "tak dużo oszczędziły na badaniach i rozwoju". Ale doszlusowanie do technologii opanowanej przez USA i ZSRR w latach 60. i 70. to jedno. Opracowanie własnej technologii, m.in. będącego niewątpliwym osiągnięciem systemu dokowania dwóch statków załogowych (przetestowanego przez Shenzhou i stację Tiangong), to drugie.

I to drugie kosztuje - 15 ze wspomnianych 35 mld juanów przypada na lata 2005-2012, co przekłada się na zwiększenie dynamiki wydatków w ostatnich latach, przy równoczesnym zmniejszeniu dynamiki wydatków amerykańskich. Przynajmniej według oficjalnych chińskich źródeł.

Z kolei John Pike, dyrektor wykonawczy amerykańskiego think-tanku GlobalSecurity.org, szacuje, że Pekin wydał na program kosmiczny ponad 5 mld dolarów, czyli 30 mld juanów - w samym tylko 2012 r. To tyle, co budżet Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA w 2013 r. Według AFP pięcioletni plan Państwa Środka przewiduje zwiększenie wydatków na badania i rozwój z 1.8 w 2010 r. do 2.2 proc. PKB do 2015 r. Pekin nie tylko ma zatem środki na podbój kosmosu, ale nie zawaha się ich użyć.

Kosmiczna propaganda sukcesu

Dołączenie do ekskluzywnej ligi państw, które są w stanie własnymi siłami wysłać ludzi na orbitę i dalej, było priorytetem chińskiego kierownictwa. Wystarczy zacytować za agencją Xinhua komentarz chińskiego prezydenta Xi Jinpinga do lądowania Chang'e na Księżycu. "Marzenie o eksploracji księżycowej znów napędza Chińskie Marzenie" (Chinese Dream - w chińskiej propagandzie afirmacja rozwoju społeczeństwa i jego jednostek). "Chiński projekt księżycowy był też sposobem na zwiększenie poparcia dla 'narodowych' w swoim charakterze misji" tajkonautów - pisze "Wall Street Journal" . "To się nazywa soft-power" - dodaje.

Narodowych, bo dla Chin program kosmiczny to droga do potwierdzania swojego statusu mocarstwa - zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz kraju. Wewnątrz - w chińskich mediach - astronauci Państwa Środka są bohaterami narodowymi, którzy pomagają umacniać w obywatelach poczucie wyjątkowości i mocarstwowości ChRL. Twarz pierwszego tajkonauty - Janga Liwei - patrzyła na miliony Chińczyków z milionów znaczków pocztowych. O życiu ojca chińskiego programu kosmicznego Xiana Xuesena (za granicą Chin znany jako H.S. Tsien), nakręcono film.

Od 2003 r. reklamy w chińskiej TV pokazują cel tego programu - tajkonautę spacerującego po księżycu. Propagandzie podporządkowane jest nawet nazewnictwo i słownictwo związane z programem kosmicznym. Samo słowo "rakieta" po chińsku oznacza "wystrzelenie strzały". A gdzie - przypomnijmy - narodziła się idea silnika rakietowego? W Chinach. Dziś marzą tam, by znów być na czele technologicznego wyścigu.

Od czasu politycznego "rozwodu" komunistycznych Chin z ZSRR w 1960 r. samowystarczalność to dla Pekinu słowo-klucz. Oficjalny komentarz chińskiego kierownictwa po wystrzeleniu pierwszego satelity podkreślał: "Zrobiliśmy to własnymi rękami". Także obecny przekaz brzmi: "Chiny realizują swój program kosmiczny same. Tiangong to stacja chińska - zbudowana chińskimi siłami przez chińskich inżynierów, a jedyne osoby, które były do tej pory na jej pokładzie, to Chińczycy". Ale rozwój programu kosmicznego służy też celom propagandowym na zewnątrz - w światowej grze o potęgę.

Nowa kosmiczna "zimna wojna"?

Równanie jest proste: skoro państwo może wysłać ludzi w kosmos, to znaczy że to państwo ma sprzęt zdolny wysłać ludzi w kosmos, a to z kolei znaczy, że ma potrzebne do tego surowce, technologię i pieniądze. A to oznacza, że jest państwem potężnym. W sierpniu 2013 r. w Pekinie obradował 64. Międzynarodowy Kongres Astronautyczny. To spotkanie, na którym grube ryby kosmicznego biznesu, nauki i polityki spotykają się, dyskutują o najnowszych technologiach, wymieniają doświadczenia. I - oczywiście - podejmują decyzje natury politycznej, bo przecież podbój kosmosu od zawsze był sprawą polityczną - podkreśla "The Economist" .

Gospodarz kongresu, szef Chińskiej Narodowej Administracji Kosmicznej (CNSA - z grubsza odpowiednik NASA) Ma Xingrui, doskonale zdawał sobie sprawę, jaki efekt propagandowy będzie miała zapowiedź, którą ogłosił zebranym na kongresie, w tym dyrektorom zagranicznych agencji kosmicznych. Zapowiedź, że chiński statek Chang'e 3 zostanie wystrzelony w kosmos już w grudniu - czyli jeszcze w 2013 r. chiński łazik przejedzie się po Księżycu. Słowa dotrzymał. Mówił też, że do 2020 r. Chiny planują zbudować stałą stację kosmiczną. Ma mocne powody, by nikt nie wątpił w jego prawdomówność.

Start rakiety Długi Marsz 3BStart rakiety Długi Marsz 3B Fot. AAxanderr/public domain/Wikimedia Commons Start rakiety Długi Marsz, Fot. AAxanderr/public domain/Wikimedia Commons

Technologiczne "balance of power"

To, czego nie powiedział - zwraca uwagę "Economist" - to tego, jak bardzo chiński program kosmiczny jest zmilitaryzowany. W 2007 r. Chiny przetestowały broń przeciwko satelitom. Niestety specjalna rakieta rozbiła przeznaczonego do testów satelitę na tysiące kawałków, które do dziś fruwają po orbicie. Pekin osiągnął jednak swój cel - pokazał, że liczy się w jeszcze jednym kosmicznym wyścigu, tym mniej oficjalnym - wyścigu zbrojeń. Niedługo później ChRL wystrzeliła trzy satelity - oficjalnie po to, by posprzątać z orbity nieco kosmicznego śmiecia. Ale gdy testy zostały zakończone, jedna z maszyn, wyposażona w mechaniczne "ramię", podleciała do satelity znajdującego się na zupełnie innej orbicie. Gdyby celem było "zdjęcie" przemocą wrogiego urządzenia z orbity, Chińczycy właśnie pokazali, że potrafią to zrobić.

Nie to, żeby amerykański program kosmiczny nie miał nic wspólnego z wojskiem. USA są doskonale świadome militarnego potencjału przestrzeni kosmicznej i wykorzystywanych w niej technologii. I zapewne dlatego tak niepokoją się chińskim programem.

Model stacji TiangongModel stacji Tiangong Fot. Brücke-Osteuropa//Wikimedia Commons Model stacji Tiangong, Fot. Brücke-Osteuropa//Wikimedia Commons

Na kongresie w Pekinie Amerykanie z NASA mieli zakaz rozmów z Chińczykami reprezentujacymi państwowe przedsiębiorstwa związane z kosmosem - zabrania im tego prawo. NASA nie może używać swoich funduszy do podejmowania gości z Chin. W marcu 2013 r. wszedł w życie zakaz wejścia do placówek NASA dla obywateli chińskich bez przepustki od samej Agencji.

A przygotowany dla komisji Kongresu ds. gospodarczych i bezpieczeństwa w relacjach USA-ChRL raport zatytułowany "Rosnące możliwości Chin w kosmosie: implikacje dla interesów USA" . Stwierdzał, że Chiny "dokonały znaczącego postępu i stają się kosmiczną potęgą".

Raport wskazuje, że chińska technologia kosmiczna nie jest tak zaawansowana jak innych głównych kosmicznych graczy (w praktyce: NASA, ESA i Roskosmos), ale chińskie możliwości stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa USA w potencjalnym konflikcie.

Inżynieria odwrotna

Nieufność Amerykanów wobec swobodnego dość traktowania przez Chiny patentów i praw autorskich ma swoje źródło w historii. Zaczęło się od tego, że Przewodniczący Mao chciał mieć rakiety balistyczne i broń nuklearną. Szef nowego programu znalazł się najlepszy z możliwych: Xian Xuesen, niedawno deportowany z USA naukowiec, jeden z założycieli Jet Propulsion Laboratory ( Laboratorium Napędu Odrzutowego ) w Kalifornijskim Instytucie Technologicznym. Xian był uznawany przez współczesnych za znakomitego naukowca, wręcz geniusza.

Ludwig Prandtl, Tsien Hsue-sen, Theodore Von KarmanLudwig Prandtl, Tsien Hsue-sen, Theodore Von Karman Fot. US Army/public domain/Wikimedia Commons Fot. US Army/public domain/Wikimedia Commons

Znany za granicą jako H.S. Tsien, Xuesen przesłuchiwał w imieniu rządu USA po wojnie przyszłego "ojca" amerykańskiego programu rakietowego Wernhera von Brauna. Wydalony do Chin na fali polowania na prawdziwych i wyimaginowanych komunistów Tsien stworzył rakietę "Długi Marsz", która przez wiele lat była podstawą chińskiego programu kosmicznego.

Rakieta Długi Marsz z Shenzhou 8Rakieta Długi Marsz z Shenzhou 8 Fot. DLR/CC BY 3.0 DE/ Wikimedia Commons Fot. DLR/CC BY 3.0 DE/ Wikimedia Commons

Chiński program kosmiczny

Pierwszy plan 12-letni dla chińskiej przestrzeni powietrznej ruszył w 1956 r. Pierwsza baza rakietowa i pierwsza rakieta powstały w 1958 r. Zbudowano ją dzięki zastosowaniu inżynierii odwrotnej - czyli w procesie, w którym najpierw mamy do dyspozycji gotowy produkt, a potem rozkładamy go i badamy, jak działa. Inaczej mówiąc - transfer technologii, niezbędny do budowy tych pierwszych wytworów chińskiej myśli kosmicznej był - delikatnie mówiąc - nielegalny. Chiny po prostu skopiowały rozwiązania USA i ZSRR, od którego do 1960 r. dostawały technologię.

W latach 60. Państwo Środka budowało coraz doskonalsze rakiety balistyczne średniego (DF-3) i dalekiego zasięgu (DF-5). W 1971 r. wybrano kandydatów do lotów załogowych, jednak po śmierci Mao i przejęciu władzy przez Denga Xiaopinga program załogowych lotów w kosmos praktycznie umarł.

Odżył w 1992 r. Już w 1999 r. powstał statek Shenzhou 1 (Niebiański Rydwan Boga). W 2000 r. Waszyngton wprowadził dla NASA embargo na pracę z Chinami. Ale już 4 lata później - w Shenzhou 5 - poleciał człowiek.

 

Tajkonauci z Shenzhou 7 przetestowali kosmiczny spacer, po czym nastąpiły dwie misje załogowe do umieszczonej w 2011 r. na orbicie stacji Tiangong 1. 18 czerwca 2012 r. Shenzhou 9 wykonał skuteczny manewr dokowania do stacji.

Moment połączenia Shenzhou 10 i stacji TiangongMoment połączenia Shenzhou 10 i stacji Tiangong fot. Youtube fot. Youtube

Równie szybko postępował chiński program księżycowy.W 2007 r. powstał pierwszy statek - Chang'e 1. Sześć lat później Jadeitowy Królik ruszył na badanie Srebrnego Globu. Co więcej, o ile większość chińskiej technologii było dotychczas udoskonaloną wersją tego, co ZSRR stosowało w latach 70. i 80. , to w przypadku Królika chińscy specjaliści podkreślali, że 80% technologii opracowano od nowa.

Chiny budują klastry technologiczne między instytucjami akademickimi, badawczymi i kosmicznymi. W oficjalnych komunikatach chwalą się, że system dokowania, użyty w Tiangong, został stworzony i opracowany w Szanghaju. Z kolei Scott Pace, dyrektor George Washington University's Space Policy Institute, powiedział Wall Street Journal , że księżycowa misja ukazała "imponujące" możliwości Chin. Według niego udane lądowanie wymaga "umiejętności kierowania, nawigacji i kontroli" większych, niż przy zwykłej misji orbitalnej.

Kapsuła statku Shenzhou 5Kapsuła statku Shenzhou 5 Fot. zh/Yxk/GFDL/Wikimedia Commons Kapsuła statku Shenzhou 5, Fot. zh/Yxk/GFDL/Wikimedia Commons

Azjatycki wyścig w kosmos. Czyli w próżnię?

Chiny są z całą pewnością najbardziej liczącym się kosmicznym graczem w Azji - z 67 startami i 79 pojazdami umieszczonymi na orbicie w latach 2006-2011 - a jedno państwo podjęło rzuconą przez nie rękawicę. Indiom nie podoba się wizja chińskiej hegemonii. Choć oficjalnie politycy deklarują, że żadnego kosmicznego wyścigu nie ma, to trudno nie dopatrzeć się w indyjskiej misji na Marsa (Mangalyyan) próby rywalizacji z chińskim programem kosmicznym. Budżet indyjskiego programu to - jak podaje "The Economist" - tylko ok. miliarda dolarów rocznie.

Koppillil Radhakrisznan, szef Indyjskiej Organizacji Badań Kosmicznych, zarzeka się, że jego kraj nie uczestniczy w rywalizacji z żadnym innym, a dr Kriszan Lal z Indyjskiej Narodowej Akademii Nauki podkreśla - jak zwraca uwagę CNN - że priorytetami programu kosmicznego jest badanie i rozwój technologii przydatnych potem obywatelom na Ziemi, np. systemów satelitarnego wczesnego ostrzegania przed tropikalnymi cyklonami. Jednak dr James Clay Moltz z amerykańskiej wyższej szkoły marynarki wojennej (U.S. Naval Postgraduate School) uważa, że indyjskie kierownictwo widzi w postępach chińskiego programu kosmicznego zagrożenie dla swojego znaczenia w Azji.

Czy mamy zatem do czynienia z kosmicznym wyścigiem, którego głównym aktorem stają się właśnie na oczach świata Chiny? Dean Cheng, ekspert ds. chińskiej techniki militarnej i kosmicznej z Heritage Foundation, już dwa lata temu pisał, że nie. Podkreślał, że tempo Chińczyków wcale nie jest imponujące - od 2003 do 2011 r. wykonali tylko dwa loty załogowe, mają o wiele mniej satelitów na orbicie Ziemi niż USA, w doświadczeniu amerykańscy astronauci przebijają Chińczyków wielokrotnie, a rakieta Długi Marsz 5, która ma docelowo wynosić o 25 ton więcej niż promy kosmiczne, nie przebije Saturna V - potwora, który wyniósł Amerykanów na Księżyc.

Transfer technologii i walka o władzę

A jednak, mimo widocznego chińskiego zapóźnienia w wielu aspektach rozwoju programu kosmicznego, John Hickman napisał w "Foreign Policy" jeszcze przed sukcesem Jadeitowego Królika, że w ciągu mniej niż 10 lat to właśnie Pekin będzie prawdopodobnie najbardziej znaczącym graczem w przestrzeni kosmicznej. I choć jego analiza bazuje na kluczowym argumencie: że Ameryka zwalnia i oszczędza, a Chiny moszczą sobie przestrzeń na orbicie, to jego argumenty brzmią dość przekonująco .

Nic dziwnego, że Amerykanie nie chcą chińskiego udziału w podboju kosmosu, nie chcą dzielić się technologią i traktują Pekin jak przeciwnika w globalnej grze o władzę. USA przeżywa słabszy okres, Chiny zaś nieustannie się wzmacniają - czy to oplatając południową półkulę i swoich sąsiadów siecią zależności handlowych, czy to wykorzystując technologie opracowane podczas kosmicznych lotów. Do 2020 r. ma ruszyć oparty o 35 satelitów chiński system nawigacji Beidou.

Ten, kto szybciej zdobędzie dominację w przestrzeni kosmicznej i możliwość szachowania wroga z orbity, sporo wygra. A przewagę w kosmosie można osiągnąć tylko lepszą technologią - nic dziwnego, że Waszyngton nie zamierza dzielić się nią z jedynym obecnie państwem, które może potencjalnie w ciągu najbliższych dziesięcioleci zakwestionować jego przewagę.

Więcej o: