Dlaczego PRISM (nie) jest nowym Watergate

W roku 1974 zniesmaczeni nadużyciem władzy Amerykanie gotowi byli zrzucić z urzędu prezydenta Nixona. Na jaw wyszła bowiem afera z podsłuchiwaniem politycznej opozycji, znana jako Watergate. Dwóch dziennikarzy, którzy ujawnili całą sprawę całowano po rękach. Dziś, niemal 40 lat później, Edwarda Snowdena, demaskatora PRISM najchętniej powieszono by na drzewie.

Początek lat 70. był dla USA dość nieszczęśliwy. Przedłużająca się obecność amerykańskich wojsk w Wietnamie - bez szansy na powodzenie - oraz kryzys paliwowy, wynikający z nałożonego na USA embargo, podkopały amerykańską dumę i osłabiły zaufanie do rządu. Mimo to, w wyborach prezydenckich w 1972 roku ponownie wybrano Nixona. Być może stało się tak za sprawą działań Komitetu Reelekcji Prezydenta, powołanego do życia tylko po to, żeby wyszukiwać "haki" na polityczną opozycję. Ostatecznie, nie ograniczano się tylko do zbierania "dostępnych" danych. Pozwalano sobie na cały szereg nielegalnych praktyk, włącznie z wykradaniem kart medycznych opozycyjnych polityków, oraz podsłuchiwaniem sztabów wyborczych. Od tego zresztą wzięła się nazwa całej afery - od nieudanej próby założenia podsłuchów w siedzibie Partii Demokratycznej, znajdującej się w jednym z budynków kompleksu Watergate.

Co ciekawe - bomba nie wybuchła od razu. Trzeba było prawie dwóch lat, żeby wykryta przez dwóch dziennikarzy Washington Post - Boba Woodwarda i Carla Bernsteina - afera niemal doprowadziła do usunięcia amerykańskiego prezydenta z urzędu. Wcześniej, właśnie w 1972 roku wygrał on wybory prezydenckie w USA, przy okazji których dopuszczono się do wykrytych przestępstw. Ostatecznie jednak, w sierpniu 1974 roku, Richard Nixon sam postanowił ustąpić ze stanowiska i uniknąć upokorzenia, jakim mogła się okazać procedura impeachmentu. W zamian, jego następca Gerald Ford, ogłosił szeroki akt łaski, zaocznie ułaskawiając wszystkich zamieszanych w aferę. Robiąc to zamknął równocześnie możliwość zarówno dalszego wyjaśniania sprawy jak i postawienia sprawców przed sądem.

Fot. Wikimedia

Być może to i dobrze. Amerykanie lat 70. nie byli chyba gotowi na ujrzenie kulis "demokracji". Choć do końca wielu Amerykanów nie wierzyło, że Nixon wiedział o szeroko pojętych działaniach zebranych pod parasolem Watergate, ustępujący prezydent wywołał ogólnospołeczny zawód władzą, oraz obrzydzenie ze względu na pogwałcenie zasad demokracji.

Co się stało z Woodwardem i Bernsteinem? Po tym jak w 1973 roku zdobyli dla Washington Post nagrodę Pulitzera stali się ikonami dziennikarstwa. Wykładali na uczelniach, pisali poczytne książki, występowali w telewizji i publikowali artykuły, pnąc się jednocześnie po szczeblach kariery. Jednym słowem - do dziś uważani są za ekspertów. Nie spotkali się ze ostracyzmem społecznym. Nie przylepiono im też etykiety zdrajców, ani nie bojkotowano wykładów.

Z pomocą w zrozumieniu tej zagadki może przyjść postać Marka Felta. Watergate nie nabrałoby bowiem znanego wymiaru, gdyby nie informator Woodwarda, znany latami jako Głębokie Gardło (ang. Deep Throat). Swoją tożsamość zdecydował się ujawnić dopiero w 2005 roku. Okazało się, że był nim właśnie Mark Felt - ówczesny wicedyrektor FBI. Jak sam przyznał w wywiadzie dla Vanity Fair, postanowił przekazywać Woodwardowi tajne informacje ponieważ raziły go próby tuszowania całej sprawy - afery Watergate - także przez wysoko postawionych pracowników FBI.

O ile jednak Woodward i Bernstein pławili się w glorii bohaterów demokracji, Felta od razu zaczęto krytykować za podjęte w przeszłości decyzje. Nazywano go też - zwyczajnie - zdrajcą i przypominano przysięgę, którą składał wstępując do FBI. Nikt nie śmiał jednak stawiać przed sądem 92 letniego, "zasłużonego dla kraju" staruszka. Tyle bowiem lat miał Felt, wyznając prawdę, w 2005 roku.

Zaczęto jednak podważać motywy jego działania. Pojawiły się sugestie, że zdecydował się na współpracę z dziennikarzami nie ze względu na gwałcenie konstytucji, ale żeby wygryźć ze stołka swojego przełożonego i zająć jego miejsce. Nie było to znów takie nieprawdopodobne. Felt został dwukrotnie pominięty przy awansie na szefa FBI, mimo imiennego wskazania jego kandydatury przez jednego z ustępujących dyrektorów. Już 2005 rok wyraźnie pokazał więc podział - bohaterscy dziennikarze śledczy kontra zdradziecki agent FBI. Tyle, że gdyby nie zdrajca nie byłoby bohaterów.

Edward SnowdenEdward Snowden Fot. Glenn Greenwald and Laura Poitras AP Fot. Glenn Greenwald and Laura Poitras AP

Być może podobnie można interpretować stosunek Amerykanów wobec Snowdena. Nikt nie zająknie się nawet źle o dziennikarzu, który zdecydował się opublikować rewelacje na temat PRISM. Snowdenowi grożą natomiast bardzo poważne konsekwencje. Z odczuć "ulicy", wynika z kolei, że nie jest ona zanadto przejęta sprawą przeglądania przez władze jej korespondencji internetowej i udostępniania danych za ich plecami przez wielkie koncerny, którym przecież zaufali. Chętniej skomentowaliby na Twitterze wyrok skazujący Snowdena za zdradę państwa. Pewnie by ich to uspokoiło.

Możemy się tylko domyślać, że również Felt zostałby postawiony w latach 70. w stan oskarżenia... Gdyby tylko był na tyle nierozważny, aby przyznać, że jest informatorem dziennikarzy Washington Post. Równie dobrze, możemy hipotetyzować, co by się stało gdyby Snowden nie zdecydował się ujawnić własnej tożsamości. W końcu nie było to do niczego potrzebne. Światem i tak wstrząsnęłyby informacje na temat działania PRISM.

No tak, zagubiony bohater naszej narracji - PRISM. Im dalej od ujawnienia szczegółów na temat amerykańskiego systemu "cyberpodsłuchowego" tym mniej prawdopodobne, żeby ktokolwiek został za tę aferę ukarany. Włącznie ze Snowdenem, któremu azylu udzieliła niedawno Federacja Rosyjska.

Edward SnowdenFot. KEVIN LAMARQUE REUTERS Fot. KEVIN LAMARQUE REUTERS

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że o ile Watergate obejmowało zbieranie danych na temat pewnej ograniczonej grupy ludzi, często politycznych "celebrytów", z którymi mało kto miał cokolwiek wspólnego, a ujawniane dane można było prawdopodobnie sklasyfikować na poziomie "dziadka z Wehrmachtu". O tyle PRISM dotyczy praktycznie nas wszystkich, a Amerykanów w szczególności.

Być może właśnie na tym polega problem. W Watergate były trzy kluczowe elementy - nielegalny podsłuch, podsłuchujący, oraz podsłuchiwani. W przypadku PRISM mamy tylko przedmiot naruszenia prywatności i zaufania... no właśnie, tylko do kogo. Przecież podsłuchuje NSA, czyli agencja powołana do ochrony interesów Amerykanów i ich stylu życia, a więc "swoi". Kogo podsłuchują? Formalnie - osoby podejrzane o terroryzm, a więc "obcych". W praktyce do tego worka mogą jednak trafić wszyscy... To jednak zbyt szeroka kategoria i tylko nielicznych oburza, że Ci "wszyści" to też Amerykanie z dziada pradziada.

Owszem, ustawa antyterrorystyczna zaznacza, że żeby móc inwigilować obywatela USA NSA potrzebuje specjalnego zezwolenia. Niedawne ujawnienie kulis działania programu XKeyScore pokazuje jednak, że nie dotyczy to sytuacji, w której amerykańskiemu obywatelowi zakłada się "cyberpodsłuch" przy okazji inwigilowania osoby będącej obcokrajowcem. Jedyne czego trzeba żeby zacząć to "uzasadnione podejrzenie".

Edward Snowden Fot. Gazeta.pl

Zresztą, co tam Partiot Act z 2001 roku, która reguluje tę kwestię. Przecież w amerykańskiej konstytucji znajduje się "czwarta poprawka" z grudnia 1791 roku, która jasno precyzuje:

Prawa ludu do nietykalności osobistej, mieszkania, dokumentów i mienia nie wolno naruszać przez bezzasadne rewizje i zatrzymanie; nakaz w tym przedmiocie można wystawić tylko wówczas, gdy zachodzi wiarygodna przyczyna potwierdzona przysięgą lub zastępującym ją oświadczeniem. Miejsce podlegające rewizji oraz osoby i rzeczy podlegające zatrzymaniu powinny być w nakazie szczegółowo określone.

To jednak wierne tłumaczenie oryginału sprzed ponad 220 lat. Prawdziwym zaskoczeniem może być jej współczesna interpretacja, wymijająca co prawda ducha prawa, ale jak się wydaje - o dziwo - społecznie akceptowalna. Obecnie uważa się, że Czwarta Poprawka chroni obywatela w sytuacji, w której może on zostać postawiony w stan oskarżenia. Jeśli mu to jednak nie grozi, poprawka nie stosuje się. To czy podsłuchiwanie takich (nie)podejrzanych osób w toku działań prewencyjnych jest zgodne z prawem, czy nie musiałby rozpatrzyć odpowiedni sąd. Dzieje się to jednak za plecami zainteresowanych. Ryzyko wniesienia sprawy jest więc nikłe.

Jakby tego było mało, uznano, że skoro działania antyterrorystyczne wymagają szybkości i tajności, odpowiednie nakazy wydawać będzie nie sąd powszechny, ale specjalny jego organ do działań tego typu, czyli Foreign Intelligence Surveillance Court (FISC). Jeśli i tego byłoby mało, spece od prawa wymyślili też, że skoro danych nie zabezpiecza się w domu, czy na komputerze konkretnej osoby, to nie należy się jej ochrona prawna, ponieważ to nie ona podlega badaniu, tylko treść zawarta na serwerach prywatnych firm. I niby wszystko jasne, ale kiedy pomyśli się jak wiele danych o nas NIE jest zgromadzonych na naszych prywatnych komputerach zaczyna się robić nieswojo. Na szczęście, tylko nielicznym.

Sąd w BiałymstokuSąd w Białymstoku Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Takie kreatywne podejście do prawa nie wydaje się bowiem komukolwiek przeszkadzać. Nikt też prawdopodobnie nie zostanie postawiony w stan oskarżenia w związku z PRISM. Pytanie tylko, czy jest za co karać. Inaczej bowiem niż w przypadku afery Watergate, która stała się workiem, zbierającym wszystkie przestępstwa Komitetu, związane z reelekcją Nixona, PRISM to tylko narzędzie. Podobnie jak pistolet, czy głowica nuklearna - cel istnienia systemu jest określony i jednoznaczny. Tu nikogo nie da się oszukać. Karać można jednak dopiero za jego wykorzystanie.

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednym czynniku. Felt "zdradził" w latach 70 i możemy się tylko domyślać, co by się stało, gdyby ujawnił ten fakt właśnie wtedy. Wyznał to jednak dopiero w 2005 roku. Snowden natomiast ujawnił PRISM w 2013 roku. Oba wydarzenia spotkały się z mniejszą lub większą wrogością społeczeństwa wobec ich bohaterów, mimo iż przecież demaskowały brzydkie lub potencjalnie brzydkie, a już z pewnością godzące w demokrację zagrania władz. Kolejnym co je łączy to jednak też fakt że nastąpiły po wydarzeniach z 11 września 2001 roku. Być może jest to nawet kluczowy czynnik. Nie trzeba być bowiem ekspertem, żeby zauważyć, że po zamachu na Word Trade Center Amerykanie dali władzy ciche przyzwolenie na zwiększenie ich bezpieczeństwa kosztem obywatelskich wolności.

Fot. MARTY LEDERHANDLER AP

Dlatego oprócz, być może niewielkiego spadku zaufania do władzy, prawdopodobnie za PRISM nie zostanie uznany winny nikt oprócz Edwarda Snowdena i ewentualnie kogoś z jego ówczesnego otoczenia. 24 tysiące raportów generowanych rocznie przez PRISM dotyczy bowiem z pewnością osób, co do których istnieje uzasadnione przypuszczenie, że parają się działalnością terrorystyczną. Chociaż kto wie... W końcu Watergate zebrało swoje żniwo dopiero dwa lata po ujawnieniu włamania do biur Demokratów.

Jedno jest pewne, gdyby bohaterowie Roku 1984 George'a Orwella choć na chwilę zawitali w połowie roku 2013, mogliby się wiele nauczyć. Z drugiej strony, być może to my sami jesteśmy sobie winni. Być może tak uwierzyliśmy lub chcemy wierzyć w anonimowość w sieci, że świadomość jak bardzo rozmijaliśmy się z prawdą jest po prostu zbyt trudna do przyjęcia. Tak trudna, że wystarczy nam powiedzieć, że nad tym internetowym panopticum piecze sprawują odpowiedzialni eksperci w swoim fachu... Że ,co prawda, to Oko Saurona prześlizguje się po wszystkich - także orkach i goblinach, ale z miłością, a złowrogo spogląda i pali do żywego tylko zdradliwe hobbity.

Więcej o: