Wyprawa, która nie powtórzyła wielkiego błędu sprzed stu lat

Ben Saunders i Tarka L'Herpiniere najwyraźniej nie wierzyli w fatum. Inaczej nie podjęliby się pójść śladami wyprawy, która ponad sto lat temu połączyła kardynalne błędy w przygotowaniu z wyjątkowym pechem, a w rezultacie zakończyła się śmiercią uczestników. I to nie byle jaką, bo okupioną cierpieniem i upokorzeniem oraz relacjonowaną dzień po dniu aż do końca.

Na pewno ogromną rolę odegrało to, że Saunders i L'Herpiniere są Brytyjczykami. W ich ojczyźnie Robert Falcon Scott, choć w 1911 roku przegrał wyścig do bieguna południowego, jest bohaterem narodowym. Może to brytyjska duma, może nieugięta postawa polarnika? Zapewne walnie przyczynił się do tego jego pamiętnik, który angielski oficer prowadził podczas całej swojej wyprawy i który znaleziono przy zamarzniętych zwłokach jego i dwóch jego towarzyszy.

Prawdę mówiąc podstawowy plan był prosty - zrobić wszystko odwrotnie, niż przed stu laty zrobił to Scott. Przebieg jego wyprawy będącej de facto wyścigiem z norweskim polarnikiem, Roaldem Amundsenem, był analizowany setki razy i nadal zadziwić może to, jak wiele głupich błędów mógł zrobić doświadczony podróżnik.

Joanna Scott Scott Expedition Fot. Joanna Scott Scott Expedition

Jak on mógł zrobić taki błąd?

Największym z nich był wybór środków transportu. Jego konkurent, Amundsen, oparł swoją wyprawę na psich zaprzęgach. Psów celowo wziął za dużo - w trakcie wyprawy, gdy zapasy topniały, siła pociągowa była stopniowo zjadana przez ludzi. Jednak Scott postanowił być nowocześniejszy, a psy uważał za rozwiązanie przestarzałe. Wybrał więc nowoczesne sanie motorowe i islandzkie kucyki, które słynęły z odporności na ciężkie warunki. Jednak swoich pomysłów nie przetestował, a pech towarzyszył mu od początku. Z trzech sań jedne utopiono przy rozładunku, a w pozostałych pozamarzały silniki. Kilka kucyków jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy pożarły orki, a wkrótce potem okazało się, że islandzkie warunki nijak mają się do tych na Antarktydzie. Kucyki szybko opadły z sił i zaczęły ciężko chorować, a Scott zmuszony był zabić je niemal na samym początku wyprawy. W efekcie Anglicy ciągnęli cały sprzęt i zapasy sami. Trasa do bieguna i z powrotem to około 2900 km.

Robert Falcon Scott z towarzyszami. Jeszcze żywy.Robert Falcon Scott z towarzyszami. Jeszcze żywy. fot. archiwum Canterbury Museum NZ Fot. archiwum Canterbury Museum NZ

Powolny marsz sprawił, że przybyli na biegun południowy niemal pięć tygodni po tym, gdy jako pierwszy człowiek w historii zdobył go Amundsen. Norweg doskonale zdawał sobie sprawę, że Scott przegra - na biegunie pozostawił norweską flagę i namiot. Wewnątrz była niewielka porcja żywności i dwa listy. W tym adresowanym do Scotta Amundsen prosił o dostarczenie drugiego królowi Norwegii. Dumny Brytyjczyk został ostatecznie poniżony. W swoim dzienniku zanotował tego dnia:

Boże mój, jakie to przerażające miejsce. Przerażające przede wszystkim dla nas, bo nasze nadludzkie wysiłki nie zostały nagrodzone pierwszeństwem.

Zabrakło jednego dnia

W drodze powrotnej dało się we znaki złe zaplanowanie wyprawy - choć na trasie pozostawiano składy żywności, to wycieńczeni podróżnicy nie docierali do nich na czas i błyskawicznie słabli. Jeden z członków wyprawy zmarł w drodze, drugi odmroził sobie nogi i by nie spowalniać towarzyszy popełnił samobójstwo wychodząc w zamieć z namiotu i odchodząc w nieznane.

Dramat zakończył się 20 lub 30 marca 1912 roku. Robert Falcon Scott zmarł w namiocie wraz z dwoma towarzyszami. Ostatni zapis w jego dzienniku brzmiał:

Żałuję, ale wydaje mi się, że nie będę już mógł dalej pisać. Wielki Boże, miej w opiece naszych najbliższych.

W tym momencie do składu jedzenia, które uratowałoby wyprawę brakowało 18 km, jednego dnia drogi.

1 300 000 000 kalorii na drogę

Trzeba znać tę historię, by zrozumieć cały pomysł wyprawy Bena Saundersa i Tarki L'Herpiniere'a. Zdecydowali się oni bowiem "dokończyć" wyprawę Scotta - przejść tę samą trasę, którą polarnicy przebyli ponad sto lat wcześniej ale przebyć też owe 300 km, których zabrakło wtedy do szczęśliwego powrotu. Oczywiście podróż musiała się odbyć pieszo - w przeciwieństwie do Scotta szef wyprawy, Ben Saunders, zdecydował się ruszyć tylko z jednym towarzyszem i od samego początku polegać wyłącznie na sile własnych mięśni.

Saunders i L'Herpiniere ruszyli w drogę 25 października 2013 roku. Każdy z nich ciągnął sanie zbudowane z włókna węglowego i kevlaru, a na nich po 250 kilogramów sprzętu i żywności. W sumie zabrali ze sobą 1 300 000 000 kalorii - by przeżyć i mieć siłę do marszu codziennie musieli zjadać około 5900 kilokalorii.

Robert Falcon Scott z towarzyszami. Jeszcze żywy. fot. Scott Expedition

Dzięki temu, że przełom roku to na Antarktydzie środek lata, na trasie panowały warunki, w których można było przetrwać: temperatura spadała "tylko" do -46 stopni, choć silny wiatr sprawiał, że odczuwało się -70. Trwający pół roku polarny dzień z jednej strony ułatwiał wędrówkę, z drugiej jednak sprawiał, że dobowy cykl snu i czuwania zupełnie się rozsypywał. Choć Saunders myślał o wyprawie od 10 lat, a przygotowywał ją miesiącami, na miejscu okazało się, że wszystko idzie wolniej, niż planowano.

Mało snu, dużo marszu

Zaczął nas gonić czas. Domykało się okienko pogodowe, w którym musieliśmy skończyć wyprawę - mówi Ben Saunders - Dlatego zaczęliśmy spać po 4,5 godziny na dobę. Po prostu musieliśmy przechodzić codziennie określony odcinek, a na to potrzeba było czasu. Byliśmy na nogach codziennie 12-13 godzin, a w marszu spędzaliśmy 9 godzin.

Jednak w przeciwieństwie do Scotta wyprawa Saundersa kontrolowała sytuację. By przy tak morderczym tempie organizm wytrzymał, trzeba było bardzo racjonalnie gospodarować jego zasobami. Jeszcze przed wyprawą obaj podróżnicy przytyli 10-15 kg. W drodze żywili się wysokokaloryczną liofilizowaną owsianką, którą mieszali z wodą ze stopionego śniegu (pozyskali jej w ten sposób 848 litrów). Do tego płatki, batony energetyczne, czekolada. By ciału wystarczyło paliwa jeść trzeba było co 90 minut.

9 godzin marszu dziennie9 godzin marszu dziennie fot. Scott's Expedition fot. Scott's Expedition

Mimo tego wszystkiego Saunders i L'Herpiniere schudli 20-25 kg. Na spotkaniu odbywającym się w trzy tygodnie po powrocie z Antarktydy Saunders mówił, że niedawno skończył czwarte tego dnia śniadanie - musi nadrobić straty. Na jego twarzy wciąż było widać nieregularne plamy - ślady, jakie na skórze pozostawił mróz, wiatr i słońce.

Pamiętnik pisany w sieci

Dwaj polarnicy podobnie jak Scott prowadzili dziennik. Jednak po stu latach nie był to już papierowy notatnik, a blog www.scottexpedition.com/blog. I to nie byle jaki, bo prowadzony na żywo, uzupełniany niemal każdego dnia. Saunders i L'Herpiniere mieli ze sobą bowiem dwa komputery - sponsor wyprawy, firma Intel, wyposażyła ich w ultrabooki i łączność satelitarną. Ci ciekawe laptopy były normalnymi, dostępnymi w sklepie modelami. Jedyna modyfikacja polegała na wymianie kabli zasilających - te firmowe łamały się bowiem przy -40 stopniach. Zastosowane więc grubsze przewody i mocną silikonową izolację, która zachowywała elastyczność.

9 godzin marszu dziennie fot. Scott Expedition

W ultrabookach były też dyski SSD - pamięć, która nie zawiera żadnych ruchomych elementów. To, że to jedyne rozwiązanie pokazały testy prowadzone przed wyprawą - komputery na noc wkładano do komory, w której panowało -40 stopni, a rano w ciągu godziny rozgrzewano je do +20 stopni i uruchamiano. I znowu. I znowu. Wybrano modele, które to wytrzymały. Całość była zasilana panelami słonecznymi, które rozkładano na saniach lub namiotach. Ciągły dzień sprawiał, że baterie pozostawały naładowane niemal cały czas.

Satelitarne łącze pozwalało na przesyłanie zdjęć i filmów w wysokiej rozdzielczości, zapewniało też kontakt zwrotny - dało się rozmawiać z odległą o tysiące kilometrów rodziną. Paradoksalnie choć stały kontakt zapewniał bezpieczeństwo, to stanowił też problem.

"Czułem się bezsilny. Jak pijane dziecko"

Ta technologia pod niektórymi względami sprawiała, że było nam trudniej. - wyjaśnia Tarka L'Herpiniere - To psychika. Mieliśmy cały czas łączność, mogliśmy w każdej chwili zadzwonić i powiedzieć "Zabierzcie nas stąd". I naprawdę mieliśmy na to ochotę, więc dobrowolny wybór by nadal cierpieć nie był łatwy.

Cierpieć?

Tak - mówi L'Herpiniere - Nie miałem tam ani jednego dnia, kiedy czułem się szczęśliwy. To ciągłe cierpienie i kłamstwem byłoby stwierdzenie, że mogłem w tym czasie być szczęśliwy. Dominujące uczucie to raczej ogromna satysfakcja z tego, że dzień po dniu wytrwaliśmy i jesteśmy o krok bliżej końca.

Mimo roku przygotowań i starannego planowania zdarzył się poważny kryzys. Jego źródłem stało się... dodatkowe zaopatrzenie. Ponieważ zarówno Scott, jak i Amundsen korzystali z rozmieszczonych na trasie punktów z zapasami, współcześni podróżnicy też wykorzystali podobną możliwość - już w czasie powrotu samolot zrzucił pojemnik z dodatkowym zaopatrzeniem.

fot. Scott Expeditionfot. Scott Expedition fot. Scott Expedition fot. Scott Expedition

Problem w tym, że dostarczonej jedzenie było inne niż to, co polarnicy jedli do tej pory. W tak ostrych warunkach, przy ogromnym wysiłku nawet drobna zmiana mogła być niebezpieczna. Saunders źle zaplanował rytm żywienia się i nie dostarczył organizmowi dość kalorii. Efekt? Trwająca trzy dni hipotermia.

Mimo, że od 20 lat jeżdżę na polarne wyprawy i zdarzały mi się już odmrożenia, to nigdy jeszcze nie doznałem czegoś takiego - opowiada - To przedziwne uczucie, czułem się bezradny, bezsilny. Jak pijane dziecko. Niemal straciłem wolę robienia czegokolwiek. Wiedziałem, że muszę po coś sięgnąć i jednocześnie nie miałem na to siły.

Ponieważ sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, to po konsultacji telefonicznej z lekarzem Saunders i L'Herpiniere zdecydowali się na dzień odpoczynku w namiocie. To był jeden z niewielu momentów, gdy komputery wykorzystali do rozrywki.

Oglądaliśmy jakiś film. Mieliśmy tego trochę na dysku, bo ćwiczeniach na Grenlandii przekonaliśmy się, że są takie sytuacje, kiedy trzeba się oderwać. - wspomina Saunders - Wtedy byliśmy nieprzygotowani i musieliśmy sobie sami coś zorganizować. Mieliśmy komputer, ale bez jakichkolwiek rozrywkowych programów. Narysowaliśmy więc w Paincie szachownicę, zrobiliśmy z niej tło pulpitu i graliśmy w szachy ikonami.

Najtrudniejszy był koniec

Choć można by się spodziewać, że zbliżający się koniec wyprawy doda sił, było wręcz odwrotnie. Wyczerpanie, ciągły dzień, monotonny krajobraz, mało snu. Pod koniec obaj podróżnicy byli kompletnie zdołowani. Jak mówią dzielili drogę na 15-minutowe kawałki i myśleli tylko o tym, jak przetrwać ten kwadrans. A potem kolejne 15 minut i kolejny zryw. Najgorszy moment? Dzień przed przylotem samolotu, który miał ich zabrać.

Gdy dowiedzieliśmy się, że samolot już leci natychmiast zjedliśmy wszystkie zapasy - opowiada Saunders - Gdy wkrótce potem pojawiły się chmury - strach. Może to był błąd? Może trzeba było oszczędzać? Może będzie trzeba czekać jeszcze kilka dni? Na szczęście udało się.

fot. Scott Expedition

fot. Scott Expedition

Po 105 dniach, przebyciu 2900 km (to tyle, co 69 maratonów albo odległość z Paryża do Moskwy), 860 godzinach marszu Ben Saunders i Tarka L'Herpiniere ukończyli najdłuższą pieszą wyprawę polarną w historii.

Nie byliśmy odkrywcami w starym stylu - zastanawia się Saunders - Nie poznawaliśmy nowych terenów, nie nazywaliśmy gór. Ale to podróż w sobie. Niesamowite wrażenie, gdy mózg działa na granicy wydolności, bo reszta ciała zużywa tak wiele energii. Przez większość czasu prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, za to w naszych głowach było mnóstwo urywanych myśli, które zaraz ulatywały. Skupienie się na jednej z nich było takie trudne.

Chata Scotta wciąż tam jestChata Scotta wciąż tam jest Fot. Scott's Expedition

Fot. Scott Expedition

Miło jest porozmawiać...Miło jest porozmawiać... Fot. Scott's Expedition Fot. Scott Expedition

Jedzenie. Nie zawsze pyszneJedzenie. Nie zawsze pyszne Fot. Scott's Expedition Fot. Scott Expedition

To tyle, co 69 maratonówTo tyle, co 69 maratonów Fot. Scott's Expedition Fot. Scott Expedition

Jak przetrwać?Jak przetrwać? Fot. Scott's Expedition Fot. Scott Expedition

Czy ta wyprawa to wciąż wielkie osiągnięcie? W końcu od tragicznej pomyłki Scotta minęło ponad sto lat. Sto lat podczas których w zmieniło się niemal wszystko - łączność, materiały, żywność. Ale Antarktyda rządzi się swoimi prawami. Saunders i L'Herpiniere nie ryzykowali życiem, mogli w każdej chwili prosić o pomoc. Jednak nie zrobili tego, przeszli 2900 km na własnych nogach, nie powtórzyli błędów Scotta i osiągnęli coś, na co większość z nas po prostu nigdy by się nie odważyła.