Patenty w potrzasku, szczepionka na kroplówce

Patenty w potrzasku: AGI-101. Co roku ratowałaby kilkaset osób. I byłaby pierwszym w historii polskim lekiem innowacyjnym. Gdyby ją tylko zarejestrować. Ale to kosztuje fortunę

Bomba z opóźnionym zapłonem w tętnicy szyjnej? Była, coś takiego miał Snake Plissken w "Ucieczce z Nowego Jorku". A może żrąca substancja w kruchych kapsułkach? Substancji przybywa, ciśnienie wzrasta, kapsułki pękają, zawartość rozlewa się, niszcząc tkanki... Gdzie są i kiedy pękną? Dokładnie nie wiadomo. Zbyt straszne? Hm... To dajmy nieborakom szansę. Niech kupują sobie życie. Co miesiąc kolejne dawki. Jakiś neutralizator w płynie, który można wstrzyknąć, a który uszczelni kapsułki. Zbyt sielankowo? No to... niech neutralizatora będzie za mało. Tak, by nikt nie wiedział, czy dostanie go, czy nie...

Zbyt naciągane? Nawet jak na film? Taki scenariusz pisze życie. I to w Polsce. Od kiedy? Mniej więcej od polskiej premiery "Mody na sukces". Tyle że aktorów jest więcej i umierają naprawdę. A reżyser traci kontrolę nad fabułą. Kiedy w styczniu 1995 r. prof. Andrzej Mackiewicz wstrzykiwał eksperymentalną szczepionkę na czerniaka pierwszej grupie pacjentów, nie przewidział tylu odcinków i takich zwrotów akcji. - To byli chorzy zejściowi z wieloma odległymi przerzutami. Mieli sześć-osiem miesięcy życia. A my - szczepionkę o nieznanym, może toksycznym działaniu. Ale zgodzili się...

Od tamtego czasu profesor zaszczepił dziesiątki osób z zaawansowanym czerniakiem. - Niektóre żyją już 15 lat, a dziesięciolatków jest cała masa - zapewnia.

Dzwonię do jednego z nich: - Dr Wojtczak, słucham?

Albo to cud, albo AGI

Już po kwadransie wiem, że jego medyczna historia przebija wszystkie, jakie znam. Choć zaczyna się niewinnie. Od wyjazdu do Afryki, gdzie mój rozmówca przez 12 lat pracuje jako lekarz. Gdy wraca w 1991 r., widzi, że stare znamię na dłoni zaczęło się powiększać. "Usuwają mi je w 1995 r. Przez kilka lat mam spokój, a potem przerzuty: do mózgu, do jelit, do płuc i pod skórą, gdzie wyrastają mi kilkucentymetrowe guzy. W takich przypadkach nie pomaga ani chemio-, ani radioterapia. W 2001 r. onkolog mówi żonie, że nie ma sensu, że nie doczekam Bożego Narodzenia".

I wtedy trafia do prof. Mackiewicza. Dziś ma 62 lata. Żyje, pracuje i ma się dobrze. Tyle że co miesiąc jeździ do Poznania na szczepienie. Choć nieraz otarł się o śmierć. - Siedem lat temu byłem jak żywy trup; krwawe wymioty, przerzuty do jelit i nie tylko. Jeden przerzut - jedna operacja. W sumie ponad 30. Cud boski, że się wykaraskałem. Plus ciężka praca chirurgów - musieli robić trepanację, otwierać brzuch i płuca. No i AGI...

Co zawierają dwa mililitry przezroczystej cieczy wstrzykiwanej co miesiąc pacjentom w Wielkopolskim Centrum Onkologii? 50 milionów komórek czerniaka, ale specjalnie spreparowanych. Najpierw za pomocą sztucznego wirusa wprowadza się do nich sztuczny gen (który koduje białkowy "sygnał niebezpieczeństwa"), a potem zabija promieniami gamma. Całość ma zmobilizować układ immunologiczny do walki z czerniakiem, jednym z najbardziej nieobliczalnych nowotworów.

- Jak ktoś mówi, że dobrze zna czerniaka, to pieprzy - mówi bez ogródek prof. Mackiewicz. - U każdego pacjenta rozwija się inaczej. Np. jeden, jak się rozebrał, wyglądał jak rycerz w zbroi - na całym torsie miał jakby kamizelkę z czerniaka. Wątpię, by szczepionka mu pomogła, zresztą to było w latach 80.

30 lat bezsilności

- Czerniak skóry ma dwie twarze. Łagodną, bo to najłatwiej wykrywalny nowotwór - do 1 mm grubości jest wyleczalny aż w 95 proc. - mówi prof. Piotr Rutkowski, znany warszawski onkolog. - I groźną, bo gdy się rozsieje, staje się najbardziej złośliwym nowotworem skóry [odpowiada za 75 proc. zgonów].

Chemioterapia? Nie robi na nim większego wrażenia. Szczepionki? Trzy największe badania niedawno przerwano, gdy okazało się, że... pogarszają sytuację. Leki? Brak choćby jednego, znacząco wydłużającego życie chorych. Tym z odległymi przerzutami czerniak daje średnio siedem miesięcy. I tak jest od 30 lat - żadnej poprawy. Iskierka nadziei zaświtała dopiero w 2011 r. w formie dwóch nowych specyfików - to ipilimumab oraz wemurafenib. Pierwszy przedłuża życie co czwartemu choremu z rozsianym czerniakiem, ale kuracja nim kosztuje 85 tys. euro. Drugi pomaga w co drugim przypadku, ale tylko przez siedem miesięcy. No i skutki uboczne - odpowiednio perforacja jelit oraz... rak podstawnokomórkowy skóry. Tzw. inhibitory MEK co prawda powstrzymują chorobę przez rok, ale działają też na zdrowe komórki (stąd liczne skutki uboczne) i są w powijakach, a ściślej - w pierwszej fazie badań klinicznych.

Na tym tle chroniona trzema międzynarodowymi patentami AGI-101, bo tak zwie się poznańska szczepionka, wygląda na bezkonkurencyjną - wolną od niepożądanych skutków, no i dużo skuteczniejszą. U 15 proc. pacjentów zmiany nowotworowe znikają całkiem, u kolejnych 15 - częściowo, a u 30 - choroba przestaje się rozwijać.

- Bywa, że ci moi pacjenci szczepionkowi, kiedyś najbardziej chorzy w rodzinie, teraz są sami, bo przeżyli męża lub żonę, a czasem nawet dzieci - mówi prof. Mackiewicz. - W dodatku nie łapią infekcji, bo szczepionka podnosi ich ogólną odporność - przyznaje dr. Wojtczak, który zna to z autopsji.

A jednak AGI-101 też ma wady. To, że 40 proc. pacjentów na nią nie reaguje, i tak jest niezłym wynikiem. Gorzej, że trzeba brać ją do końca życia, by przypominać organizmowi, jak ma walczyć z rakiem. Jeszcze gorzej, że nie jest lekiem zarejestrowanym, więc NFZ jej nie refunduje, a najgorzej, że jej... nie ma. To znaczy jest, ale nie dla nowych chorych. "Nabór" objął ok. 450 osób i zakończył się w 2005 r. Powód? Brak pieniędzy.

Bezsenność biznesmena

Finansowe zawirowania wokół poznańskiej szczepionki ciągną się jak telenowela i przyprawiają pacjentów o bezsenność. Choć początki były pomyślne. Prace nad nią finansowały m.in. Komitet Badań Naukowych oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (to ostatnie kwotą 5,8 mln zł). W 2003 r. prof. Mackiewicz już wie, że szczepionka działa - jego pacjenci żyją nadspodziewanie długo. Zakłada firmę biotechnologiczną w Anglii i znajduje inwestorów. Dwa lata później buduje w Polsce wytwórnię szczepionki i rejestruje firmę BioContract. Wierzy, że lada chwila ruszy III faza badań klinicznych, po których szczepionka zyska status leku i szansę na refundację. Ale wcześniej dyrektor Wielkopolskiego Centrum Onkologicznego funduje zimny prysznic profesorowi i jego pacjentom - wprowadza opłatę za szczepionkę. Odtąd albo płacą szpitalowi 400 zł miesięcznie (dziś przepisy to uniemożliwiają), albo...

Ci z 500-złotową rentą stanęli pod ścianą: jedzenie czy zdrowie? - By ratować tych ludzi, siebie i szczepionkę, zawiązaliśmy Stowarzyszenie Chorych na Czerniaka - wspomina jego prezes Mirosława Skitek ("Dziesięć lat temu lekarze dawali mi pół roku życia"). Na starcie, w 2004 r., Stowarzyszenie miało 180 członków, teraz 132. - Ludzie z całej Polski, pełny przekrój - mówi prof. Mackiewicz. - Wiek 28-80 lat. Kilka dziewczyn urodziło dzieci, choć odradzaliśmy. Jestem chrzestnym jednego, skończyło dziesięć lat. Jego matka była ukraińską tenisistką. Mamy też ex-senatora i prezydenta miasta. Niektórzy nie ukrywają choroby, inni przeciwnie. Zwłaszcza biznesmeni - wśród nich nie ma zmiłuj. Kto się przyzna do czerniaka, przegrywa przetargi, traci zlecenia i kooperantów...

W 2005 r. kończą się pieniądze z KBN. Na szczęście udaje się znaleźć sponsora. Brytyjska fundacja AGIRx Ltd. przez kilka lat finansuje badania i wspiera szczepienia. Ale finansowy kryzys zmiata ją już w 2008 r. Szczepionka zjada więc zyski z BioContractu (firma robi badania na zlecenie) oraz oszczędności profesora. W sumie cały projekt pochłonął 80 mln zł. Dużo, ale takie sumy w farmacji nie robią wrażenia. Wprowadzenie nowego leku na rynek kosztuje 1-3 mld zł, a same badania III fazy - ok. 700 mln zł.

- Aby do nich doszło, potrzeba nam 20 mln zł, których nie mamy. Na co? By podsumować wszystkie badania II fazy - wyjaśnia profesor. - Robią to niezależne i nietanie firmy CRO [Contract Research Organization]. Dopiero mając te wyniki, mogę stworzyć pakiet ofertowy dla inwestora. Trudno go będzie znaleźć, bo w biotechnologii zyski bywają co prawda horrendalne, ale przychodzą późno i są niepewne. Choć w naszym przypadku to ryzyko z czasem maleje...

Kto dopisze zakończenie?

Mimo że każdy kolejny rok potwierdza skuteczność szczepionki, środowisko medyczne woli poczekać z wnioskami do wyników III fazy badań. Żadnych wątpliwości nie mają zaś członkowie Stowarzyszenia - wierzą, że dzięki niej żyją. W rytmie kolejnych szczepień, ale zawsze. Zawsze? W październiku 2011 r. stało się to, czego bali się najbardziej: szczepionki zabrakło. Skończyło się na dwumiesięcznej przerwie. Ale wystarczyło, by zasiać lęk. - A gdy rośnie stres i siada psychika, czerniak odradza się i atakuje - martwi się Mirosława Skitek. - Jak długo wytrzymamy w napięciu i niepewności?

Na razie płacą za szczepionkę po 620 zł. To nie pokrywa kosztów produkcji.

- Któregoś dnia może się okazać, że to koniec. Z pieniędzmi, szczepionką, szczepieniami - mówi dr Wojtczak. A wie pan, czym to grozi? Tym, że w pół roku co drugi z nas umrze.

Nerwy zżerają też prof. Mackiewicza: - Spać nie mogę, bo nie mam na wypłaty dla 12 pracowników BioContractu, a to oni robią szczepionkę.

Po wygaśnięciu pomocy państwa i inwestora pacjenci są zdani na prywatnych darczyńców, o których walczy m.in. prezes Skitek ("by dać coś w zamian", jeździ po Polsce z wideodermatoskopem wykrywającym znamiona, "z których może się wykluć rak").

Jakiś happy end? Najszybciej pod koniec roku. Wtedy prof. Mackiewicz może liczyć na środki z programu InnoMed pilotowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. O ile wygra konkurs. - Bo nie możemy uznaniowo rozdzielać pieniędzy publicznych - wyjaśnia Paweł Kurzyński, rzecznik NCBiR.

Alternatywa? Compassionate use, czyli tzw. miłosierne zastosowanie leku. To prawna furtka, którą Ministerstwo Zdrowia mogłoby uchylić, gdyby chciało „udostępnić produkt leczniczy” (np. AGI-101) „grupie pacjentów cierpiących na przewlekłą i zagrażającą życiu chorobę” (np. czerniak). Tyle że takie uchylanie furtki może trwać miesiącami.

A prywatny inwestor, który niczym w bajce wybawiłby pacjentów i profesora z finansowych kłopotów? Taki królewicz (czytaj - koncern farmaceutyczny), o ile się pojawi, to po zamknięciu II fazy badań. I kółko się zamyka, bo na to też trzeba pieniędzy.

No właśnie, pieniądze. Królewicza interesują tylko pewne zyski? W porządku - ma zapewnioną klientelę i rynki zbytu. Czerniak co roku atakuje prawie 3 tys. Polaków, z czego aż połowa umiera. Liczba chorych podwaja się co dziesięć lat. Tak dużej dynamiki wzrostu nie ma żaden nowotwór na świecie.

Jak pomóc pacjentom prof. Mackiewicza, którzy nie mają z czego opłacać szczepień? Odpisując 1 proc. podatku na Stowarzyszenie Chorych na Czerniaka. Nr KRS 0000219057