Polacy w niemieckim wojsku? Bundeswehra zainteresowana rekrutami z UE

Plany otwarcia Bundeswehry dla rekrutów z innych krajów UE stają się coraz bardziej konkretne. Nie brak jednak zastrzeżeń, zarówno w samych Niemczech, jak i w stolicach innych krajów. Minister obrony zwleka.

O obcokrajowcach w niemieckiej armii piszą w czwartek gazety należące do grupy medialnej Funke, w tym ukazujący się w Północnej Nadrenii-Westfalii dziennik "WAZ".

Autor materiału Miguel Sanches przypomina, że dyskusja na ten temat toczy się od 2010 roku. Komisja ekspertów zaproponowała wówczas po raz pierwszy otwarcie armii dla obywateli innych krajów Unii Europejskiej. W 2017 roku taka ewentualność została zapisana w niemieckiej Białej Księdze Polityki Bezpieczeństwa, a w roku bieżącym uwzględniono ją w strategii personalnej Bundeswehry.

Poszukiwani lekarze i informatycy

Generalny inspektor Bundeswehry Eberhard Zorn opowiedział się za przyjmowaniem do armii zagranicznych fachowców. "W czasach braku fachowców musimy rozglądać się we wszystkich kierunkach i zabiegać o odpowiedni narybek" - powiedział "WAZ" generał. Zastrzegł, że chodzi o fachowców z konkretnych dziedzin, w tym lekarzy i informatyków.

Jak twierdzi "WAZ", niemieckie ministerstwo obrony konsultowało swój pomysł z resortami obrony 26 krajów Unii. Jedynie Czechy, Dania, Szwecja i Belgia zareagowały pozytywnie. Francja zgodziła się na rozmowy, lecz nie kryje sceptycyzmu - pisze Sanches. Inne kraje odrzuciły propozycję lub nie zareagowały. Bułgaria, Rumunia, Słowenia i Grecja obawiają się konkurencji ze strony Bundeswehry, która płaci wyższy żołd i oferuje lepsze warunki.

Najemnicy w armii?

Autor zwraca uwagę na zastrzeżenia wobec umiędzynarodowienia armii wysuwane w samych Niemczech. Politycy boją się oskarżenia o zamiar przekształcenia Bundeswehry w "armię najemników" i wskazują na "szczególne więzy wierności"" między państwem a żołnierzem.

Z tego powodu minister obrony Ursula von der Leyen nie forsuje zbyt mocno tego pomysłu. Tym bardziej, że jej własna partia - CDU też podchodzi do niego z rezerwą.

Według "WAZ" strona niemiecka rozważa trzy warianty: ogólne otwarcie armii dla cudzoziemców, dwustronne umowy z zainteresowanymi krajami oraz rekrutację tylko z tych krajów, które same przyjmują do wojska obcokrajowców.

Sanches przypomina, że obecnie żołnierzem Bundeswehry może zostać jedynie osoba, która "jest Niemcem w rozumieniu art. 116 Ustawy Zasadniczej (niemieckiej konstytucji)". Jedynym wyjątkiem od tej zasady był rumuński lekarz, który służył przez lata w niemieckim wojsku na podstawie specjalnego zezwolenia, a obecnie przyjął niemieckie obywatelstwo.

Na razie urzędnicy i cywile

W Bundeswehrze pracuje ponadto 20 obywateli krajów UE w charakterze urzędników, a 944 cudzoziemców zatrudnionych jest jako pracownicy cywilni - wykładowcy bądź kapelani wojskowi.

Zwolennicy otwarcia armii na cudzoziemców zwracają uwagę, że w wielu niemieckich krajach związkowych obcokrajowcy z UE pracują z powodzeniem w policji. Odsetek niemieckich żołnierzy posiadających imigranckie, przede wszystkim rosyjskie, korzenie wynosi obecnie 13 proc. Nikogo nie dziwi to, że plan zajęć skoków spadochronowych wywieszany jest po niemiecku i rosyjsku - czytamy w "WAZ".

Jedną z rozważanych możliwości jest rekrutacja obywateli krajów UE, którzy mieszkają w Niemczech. W przedziale wiekowym 18-30 lat jest ich obecnie 530 tys. "Gdyby co dziesiąty zdecydował się na służbę w Bundeswerze, armii przybyłoby 53 tys. chętnych. Niezły potencjał" - konkluduje dziennikarz "WAZ".