Biotechnologia ochroni ginące gatunki?

Ekolodzy chroniący nasze ekosystemy przed GMO powinni spojrzeć łaskawszym okiem na technologie, które są w stanie uratować zagrożone gatunki, a nawet - przywrócić do istnienia te wymarłe

Na łamach najnowszego numeru "Nature" prof. Subrat Kumar z indyjskiego KIIT University obrońców przyrody do odważnego wkroczenia w XXI wiek. Ogrody zoologiczne i rezerwaty przyrody to, jego zdaniem, za mało, by skutecznie chronić chociażby tygrysy. Te majestatyczne drapieżniki są w Indiach na krawędzi zagłady. Na początku ubiegłego stulecia ich populacja na subkontynencie indyjskim wynosiła około 40 tys. W zeszłorocznym spisie odnotowano 1706 osobników. Podaje się tą liczbę z dość dużą ufnością, bo w ochronę takich gatunków, jak tygrys, pompuje się bardzo duże budżety. Zwierzęta chronione są na wiele sposobów, inwigilowane na wolności, mnożone w niewoli (z dużym trudem, bo zwierzęta w ogrodach zoologicznych nie są zbyt skore do płodzenia potomstwa), uzbrojeni strażnicy parkowi prowadzą regularne wojny z kłusownikami. I tak dalej.

Sukcesów brak. Dla Indii to poważny cios, bo tygrysy chciałoby się pokazywać turystom na wolności. W połowie tego roku w 41 indyjskich rezerwatach chroniących te koty wprowadzono tymczasem zakaz wstępu i utrzymano go do października, mimo protestów lokalnych firm turystycznych. Przeciwko zakazowi protestowali nawet obrońcy przyrody.

- W tak pilnej potrzebie, wydaje się rozsądne, poszukać nowych rozwiązań. Mamy dziś sposoby na tworzenie organizmów genetycznie zmodyfikowanych - na potrzeby badań naukowych i jako żywe fabryki substancji biologicznie czynnych - pisze prof. Kumar, taktownie przemilczając najbardziej kontrowersyjne zastosowania GMO w rolnictwie. - Te osiągnięcia biologii molekularnej mogą i powinny być stosowane do ożywienia wymarłych gatunków z zachowanego materiału genetycznego i do zwiększenia zróżnicowania genetycznego w przetrzebionych populacjach - dodaje.

Indyjski naukowiec zupełnie serio zachęca do ożywiania wymarłych zwierząt . Nie precyzuje, czy chodzi mu o dinozaury, mamuty, czy wyłącznie o zwierzęta wybite przez naszą cywilizację. Entuzjastycznie odrzuca kontrargumenty: ryzyka związane z wprowadzaniem odtworzonych organizmów do ekosystemów są jego zdaniem rekompensowane z naddatkiem przez naukową wartość takich projektów. No i jeszcze możemy mieć nadzieję na jakąć wartość pozanaukową, gospodarczą. Może przecież znajdziemy wśród wymarłych organizmów źródło lekarstw lub wartościowe rośliny uprawne?

Prof. Kumar nawołuje więc do budowania "lodowych zoo" - magazynów materiału genetycznego zagrożonych i wymarłych gatunków. Takich placówek jest w świecie niewiele, w Indiach - jedna.

Tymczasem, wracając do bardziej przyziemnych zastosowań biotechnologii, zmagazynowane DNA np. różnych osobników wciąż istniejącego gatunku tygrysa (lub innych kotów) może zwiększyć szanse tych pięknych zwierząt na przetrwanie. Naukowcy mogą bowiem wprowadzać do populacji geny , które już wypadły z gry.

Badacze potrafią już uzyskiwać komórki macierzyste, a stąd krótka droga do tworzenia nowych zwierząt np. metodą in vitro i zwiększania różnorodności wśród tygrysów. Różnorodność bowiem oznacza dla nich większą odporność na choroby i inne przeciwności losu. Różnorodność zmniejsza ryzyko schorzeń genetycznych i degeneracji gatunku.

Mniejsza więc o dinozaury i mamuty - obrońcy tych zwierząt, które nam jeszcze zostały powinni działać na rzecz biotechnologii. Nauka, której zawdzięczamy GMO, może również chronić te "naturalne" organizmy przed naszą zachłanną cywilizacją.

- Biotechnologii nie można zastosować przeciw kłusownictwu i niszczeniu siedlisk, ale można ją traktować jak polisę ubezpieczeniową dla zagrożonych gatunków - podkreśla indyjski naukowiec.

Więcej o: