Nie ujawniasz orientacji seksualnej i poglądów w sieci? Ujawniasz

We współczesnym Internecie nie można już pozostać anonimowym - dowodzi Polak pracujący na Uniwersytecie Cambridge

Słynny link "Lubię to" używany na Facebooku (i rozsiany w skryptach po całym Internecie) służy miliardowi użytkowników do informowania, co nam się podoba, co nas śmieszy, z czym się zgadzamy, lub czym się interesujemy. "Lubię to" to bardzo prosta informacja. Domyślnie użytkownik Facebooka publikuje ją w sposób widoczny dla wszystkich (nawet osób niezarejestrowanych w serwisie), choć można chronić swoją prywatność i zastrzec, by te dane były dostępne np. tylko dla grupy znajomych. Wielu użytkowników chroni swoje dane kontaktowe, swoje zdjęcia, wpisy, komentarze i wiele innych danych o facebookowej aktywności, ale akurat rejestr kliknięć "Lubię to" jest chyba najbardziej niewinnym elementem kalifornijskiego serwisu i mało kto się nim przejmuje.

Klikasz? Zdradzasz wiele na swój temat!

Tymczasem - jak pisze na łamach prestiżowego magazynu "PNAS" Michał Kosiński , psycholog z Uniwersytetu w Cambridge - wyłącznie na podstawie danych o facebookowych polubieniach można precyzyjnie określić orientację seksualną, kolor skóry, sympatie polityczne, wyznanie, stosowane używki, stan cywilny i mnóstwo innych rzeczy.

Kosiński, absolwent warszawskiej SWPS, który w Cambridge się doktoryzuje i kieruje uniwersyteckim Centrum Psychometrii, razem z dwójką kolegów: Davidem Stillwellem i Thore'em Graepelem, zbadał niemal 60 tysięcy Amerykanów. Jak przebadał taką liczbę ludzi? Dzięki temu, że udostępnili oni swoje facebookowe dane za pomocą specjalnej aplikacji i dodatkowo wypełnili internetowe kwestionariusze osobowości. Te dziesiątki tysięcy respondentów to skromny ułamek z parumilionowej już rzeszy ludzi, którzy dobrowolnie zasilili projekt badawczy myPersonality niezwykle cennymi dla naukowców informacjami.

- Byliśmy zaskoczeni popularnością myPersonality - użytkownicy nie tylko chcieli wziąć udział w badaniu i otrzymać informację zwrotną na temat swojej osobowości, ale także pozwolili nam zapisać dane ze swoich kont Facebookowych na potrzeby badan naukowych. Zrobiła tak około połowa użytkowników myPersonality - czyli 4 miliony ludzi z całego świata! Nie mieliśmy sumienia trzymać takich danych tylko na potrzeby swoich badań - udostępniamy je więc innym uczonym. Pracuje już z nami około 100 badaczy z całego świata , tylko w ostatnich 12 miesiącach mieliśmy ponad 30 publikacji, nieraz bardzo ciekawych - wyjaśnia magazynowi Next Michał Kosiński.

Polsko-brytyjski zespół przeanalizował taką akurat grupę internautów, żeby uniknąć zakłamań wynikających z różnic kulturowych. Badacze są przekonani, że wyniki można nie tylko przenieść na inne narodowości i grupy obecne w serwisie Facebook.com, ale - że ujawnili generalną zasadę dotyczącą terabajtów danych, które codziennie zostawiamy w rozmaitych formach w różnych serwisach internetowych, u dostawców internetu i na serwerach firm telekomunikacyjnych.

Układanka z wielu drobiazgów

Uzyskane wyniki nie świadczą o wyjątkowej bezmyślności amerykańskiego internauty. Wręcz przeciwnie - mniej niż 5 proc. gejów w badanej grupie klikało na Facebooku "Lubię to" dla akcji w oczywisty sposób związanych z ich orientacją, popierając na przykład legalizację małżeństw jednopłciowych. Jeśli nie ujawniam na Facebooku swoich poglądów politycznych, skrupulatny znajomy nie odkryje ich raczej, analizując moje polubienia. Zrobi to dopiero specjalnie wytrenowany algorytm, na podstawie setek niezbyt oczywistych faktów - związanych z muzyką, serialami telewizyjnymi, albo filmami, typem facebookowego humoru, który do mnie przemawia i rozmaitych akcji społecznych, choćby nie wiązały się bezpośrednio z programem jakiejkolwiek partii.

Jak wyjaśnia mi Michał Kosiński, na podstawie "danych treningowych" dla komputera, zgromadzonych dzięki życzliwości 60 tysięcy Amerykanów, ich złożone sekwencje facebookowych kliknięć można było dopasować do zadeklarowanej orientacji seksualnej, sympatii politycznych i wielu innych danych, oraz - wyników przeprowadzonych testów psychologicznych. Okazało się, że kliknięcia "Lubię to" z 95-procentową dokładnością pozwalają komputerowi rozpoznać Afroamerykanina. Odróżnianie mężczyzn homoseksualnych od heteroseksualnych udaje się maszynie w 88 procentach. Z 85-procentową pewnością można odróżnić Republikanina od Demokraty, a z 82-procentową - Chrześcijanina od Muzułmanina. Z niezłą dokładnością można też zgadywać, czy facebookowicz nadużywa zakazanych substancji, czy jest w związku, a nawet - czy jego rodzice rozstali się, zanim osiągnął pełnoletniość.

W tym ostatnim przypadku szansa poprawnego wyniku wynosi już tylko 60 proc., ale to wciąż dowód na to, ze rozwód rodziców odciska ślad widoczny także podczas obserwacji zachowania się człowieka w internecie.

- Gdy - kompletnie anonimowo - słucham piosenek online - zostawiam wartościowe informacje o sobie. Umożliwiam określenie nie tylko moich muzycznych gustów, lecz także zmierzenie osobowości, inteligencji, poznanie moich poglądów religijnych i politycznych, a nawet wykrycie czy moi rodzice się rozwiedli - wyjaśnia Kosiński.

Narzędzia groźne i wspaniałe

Czy to nie jest straszliwa broń internetowych firm, które lojalne są wyłącznie wobec własnych akcjonariuszy?

- Facebook i inne firmy na pewno nie chcą psuć sobie relacji z użytkownikami - odpowiada Kosiński. - Na pewno mniej ufam małym aplikacjom które nie maja nic do stracenia, rządom i rozmaitym służbom bezpieczeństwa. Takie badania jak moje można robić na rozmaitych danych. Strach pomyśleć, co z tym może zrobić państwo totalitarne - podkreśla.

Przyznaje jednak, że możliwości, jakie niesie ta technologia są oszałamiające, szczególnie z perspektywy naukowca.

- W dzisiejszych czasach wielka część naszego zachowania jest nagrywana przez rozmaite urządzenia i aplikacje. Email, przeglądarka internetowa, telefon, a często nawet Twój zegarek stale gromadzą dane o Tobie. Bazując na takich danych i za zgodą użytkownika, naukowiec może robić niesamowite rzeczy! - podkreśla badacz. - Problem w tym, że na uczelniach metodologii uczą często wykładowcy, którzy nie znają Facebooka, albo go lekceważą. W efekcie wielu studentów wciąż pracuje wyłącznie w tradycyjny sposób. Przychodzą do mnie nieraz z planem badań - ankietą, zamiarem odpytania setki osób przez długie tygodnie. A ja im pokazuję: tu kliknij trzy razy i masz te wszystkie informacje - opowiada Kosiński, bardzo wyraźnie powtarzając, że takie badania powinno się robić przy pełnej zgodzie ankietowanych, dając im dostęp do wyników.

A gdzie wykluczeni?

Ale czy ten zachwyt nad sieciami społecznościowymi nie jest przesadzony? Pytam o nieobecność całych grup społecznych - cyfrowo wykluczonych, nie mających dostępu do Facebooka ze względów ekonomicznych, albo po prostu - tak jak wykładowcy, o których rozmawialiśmy - zupełnie niezainteresowanych technicznymi nowinkami.

- Ależ takie ograniczenia bardziej dotyczą badań tradycyjnych! Wiele prac psychologicznych opartych jest na badaniach robionych wyłącznie na... studentach psychologii - odpowiada Kosiński. - Tymczasem Facebook się niezwykle zdemokratyzował. Nie ma tam tylu starszych ludzi, ile młodzieży, ale to wciąż olbrzymia grupa. Podobnie jest z badaniami z użyciem telefonów komórkowych, które także pozwalają zbierać niezwykle cenne dla badacza informacje.

Na Facebooku są biedni i bogaci, są wykształceni i osoby ocierające się o analfabetyzm, są też bezdomni , którzy przez telefon z facebookową aplikacją powiadamiają się nawzajem o noclegowniach i jadłodajniach.

Michał Kosiński swoim artykułem pokazał, że rozmaite badania z zakresu nauk społecznych można robić z całkowitym pominięciem tradycyjnych ankiet i testów, które stawiały badanego w sztucznej sytuacji, wymagającej zastosowania rozmaitych metodologicznych sztuczek, by uzyskać wiarygodne wyniki.

- Nowe technologie umożliwiają nam badania w naturalnym środowisku, mimochodem - podkreśla badacz.

No, chyba, że ktoś nie uważa Internetu za nasze naturalne środowisko.

Więcej o: