Bank Węgier zaskakuje świat. Bo Orban ratuje budżet. Analitycy tego nie przewidzieli

Marcin Kaczmarczyk
Węgry we wtorek stały się pierwszym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, który zdecydował się na wprowadzenie ujemnej stopy procentowej. Tego ruchu nie przewidziało 18 z 20 analityków ankietowanych przez Reutersa. Zapomnieli, że najważniejszy na Węgrzech jest VAT.

Na pierwszy rzut oka decyzja banku centralnego Węgier jest niezrozumiała. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja gospodarcza największego obecnie naszego sojusznika była aż tak trudna, że trzeba sięgnąć po tak radykalne działania jak zepchnięcie depozytowej stopy procentowej poniżej zera. To w praktyce oznacza, że banki komercyjne będą płacić za przechowywanie środków na jednodniowych lokatach w banku centralnym.

PKB Węgier wzrosło w czwartym kwartale ubiegłego roku o solidne 3,2 proc. W ostatni piątek dowiedzieliśmy się też, że wynagrodzenia w styczniu nad Balatonem wzrosły o 5,8 proc. w stosunku do danych sprzed roku, a miesiąc wcześniej o 5,7 proc. Czyli też całkiem przyzwoicie.

11 marca węgierscy statystycy podali ponadto, że produkcja przemysłowa w styczniu zwiększyła się o 2,2 proc. To co prawda dużo mniej niż w grudniu, kiedy urosła o niecałe 7 proc., ale i tak dramatu nie ma

Nie widać go także w komunikacie Narodowego Banku Węgier. W skrócie to w zasadzie krótki opis samych sukcesów węgierskiej gospodarki z jedną uwagą, że bank martwi się faktem, że aktualny poziom inflacji znacząco odbiega od jego celu inflacyjnego To prawda. Na Węgrzech mamy teraz niewielką deflację – w styczniu w lutym ceny spadły o 0,1 procent w stosunku do poprzedzającego miesiąca. W ujęciu rok do roku inflacja to zaledwie 0,3 procent – a cel inflacyjny wynosi aż 3 procent, ale czy to właśnie ma tłumaczyć wprowadzenie ujemnej stopy depozytowej?

W końcu w Polsce np. cel inflacyjny rzadko zgadzał się z rzeczywistym poziomem inflacji, a od początku 2013 roku znajduje się wyraźnie powyżej odczytów inflacji i z tego powodu nasi członkowie RPP – zarówno nowi jak i starzy - nie rwą włosów z głów i nie sięgają po mocno niestandardowe narzędzia polityki monetarnej. Dlaczego więc Węgrzy tak dużą uwagę przywiązują do utrzymania zgodności pomiędzy poziomem inflacji i jej zakładanym przez bank poziomem?

Nietypowy system podatkowy. Niezbędna inflacja

Najkrótsza odpowiedź na poniższe pytanie brzmi – bo tego potrzebuje rząd w Budapeszcie. Niezależność Narodowego Banku Węgier, tak na marginesie, istnieje tylko formalnie – bank centralny na Węgrzech to w zasadzie jedna z agend rządowych kierowana przez sprawdzonego sojusznika Orbana.

A rząd, dokładniej minister finansów, absolutnie nie może pozwolić na to, by na Węgrzech utrzymywała się długo deflacja. Dlaczego? Bo to znacząco ograniczy wpływy do budżetu – proporcjonalnie więcej niż w każdym innym kraju Unii Europejskiej, w którym pojawiłaby się taka sama deflacja jak na Węgrzech.

To pochodna bardzo oryginalnego systemu podatkowego zbudowanego przez Fidesz. Węgrzy mają najniższy podatek CIT w Europie (od firm) – tylko 10 procent. Do tego niewielki liniowy podatek dochodowy -15 procent. połączony z solidnymi odpisami dla rodzin z dwójką lub większą liczbą dzieci. Pięknie? Nie do końca. Węgrzy mają za to VAT na poziomie aż 27 procent. – podwyższyli go o 2 punkty procentowe w 2012 roku.

Przychody z VAT do budżetu państwa są więc bardzo, bardzo ważne, a ich wysokość zależy również mocno od inflacji. Rząd Orbana założył, że średnio wyniesie ona w tym roku 1,6 procent. Jeżeli będzie niższa, lub nie daj Boże, ujemna będzie dużo trudniej spiąć budżet.

Tak więc Narodowy Bank Węgier, wprowadził ujemną stopę depozytową, co w zasadzie natychmiast pomogło budżetowi. Forint już nieco stracił, towary importowane podrożeją, lud zapłaci większy podatek VAT Budżet się zepnie.

Stracą na tym najbiedniejsi – oni zawsze tracą najbardziej na wysokim podatku VAT (i dodatkowo podatku liniowym), ale to nie jest już znaczący problem rządu Orbana i większości Węgrów. Im się wydaje, że fajnie jest płacić niewielki PIT i mały CIT – VAT-u się w końcu w zasadzie nie widzi.

Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce"