Zimny prysznic z USA. Nie ma jeszcze raju na amerykańskim rynku pracy

W Stanach Zjednoczonych w kwietniu, poza rolnictwem, powstało tylko 160 tys. nowych miejsc pracy. To najsłabszy wynik od siedmiu miesięcy.

Najnowsze dane amerykańskiego Departamentu Pracy są gorsze od oczekiwań. Analitycy spodziewali się, że poza sektorem rolniczym w USA powstanie w kwietniu 200 tys. miejsc pracy. Zakładali też, że stopa bezrobocia spadnie do 4,9 proc. Tymczasem utrzymała się na poziomie 5 proc.

Kwiecień pod względem liczby nowych miejsc pracy w amerykańskiej gospodarce zaprezentował się ponadto wyraźnie słabiej od marca, kiedy powstało 208 tys. nowych etatów. W ubiegłym miesiącu spadł też nieznacznie wskaźnik zatrudnienia, określający jaki odsetek ludności w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo - do 62,8 proc. wobec 63,0 proc. miesiąc wcześniej.

Przybywa zwolnień

Opublikowane w piątek dane Departamentu Pracy współgrają z wcześniejszym o jeden dzień raportem firm Challenger, Gray & Christmas. Wynika z niego, że w kwietniu za oceanem straciło pracę ponad 61 tys. Amerykanów – najwięcej od 2009 roku. To również o 35 proc. więcej niż w marcu i o 5 proc. więcej niż w kwietniu ubiegłego roku. Zwalniają głównie firmy zajmujące się wydobyciem ropy naftowej i gazu – ten biznes przy aktualnych cenach surowców jest mało opłacalny. Personel redukują też niektóre duże spółki technologiczne, takie jak Intel lub IBM. Słabo sobie radzą w czasach malejącej sprzedaży pecetów.

Analitycy firm Challenger, Gray & Christmas zwracają przy tym uwagę, że od początku roku do końca kwietnia w USA zwolniono ponad 250 tys. pracowników, najwięcej od mocno kryzysowego 2009 roku. To dodatkowo sugeruje, że na amerykańskim rynku pracy mamy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem.

Dramatu nie ma

Słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy nie wystraszyły jednak przesadnie inwestorów. Po ich publikacji giełdy w Europie nieznacznie tylko pogłębiły spadki, a zmiany na rynku walutowym były nieznaczne i krótkotrwałe. Giełdy w USA zaczęły co prawda notowanie w piątek po południu naszego czasu na minusach, ale niewielkich.

Dramatu bowiem nie ma. Mniej nowych miejsc pracy nie oznacza jeszcze wzrostu bezrobocia. Spowolnienie to nie recesja. No i w pogotowiu jest Fed, amerykański bank centralny – jego szefowa wyraźnie wcześniej zapowiedziała, że ewentualne podwyżki stóp procentowych mogą zostać wprowadzone później. Amerykanie mają więc czym bronić wzrostu gospodarczego, choć z pewnością w roku wyborczym wszelkie działania Fed będą bardziej ostrożne niż w czasach, kiedy Trump nie pukał do drzwi Białego Domu.

Tekst pochodzi z blogu "Subiektywnie o giełdzie i gospodarce".