Elżbieta Rafalska: umowy o dzieło są nadużywane, zastanawiamy się nad ich oskładkowaniem

Jeżeli "zastanawianie się" nad oskładkowaniem umów o dzieło stanie się faktem, to zapłacimy od nich składki na ubezpieczenie społeczne z wyłączeniem składki chorobowej. Aktualnie potrącany jest od nich jedynie podatek.

- Umowy o dzieło są w Polsce nadużywane i stosowane wtedy, gdy powinna być zawarta umowa o pracę albo umowa zlecenie - tłumaczyła na antenie TVP Info minister rodziny i pracy Elżbieta Rafalska. - Pracodawcy albo nie chcą wiązać się z pracownikiem na trwałe, ale najczęściej chcą obniżyć koszty pracy, stąd proponują umowę o dzieło - dodała.

Minister podkreślała, że przyszłość emerytalna osób, które latami pracują jedynie na podstawie umowy o dzieło jest bardzo niepewna.

Mimo wszystko podtrzymała deklarację, że na ten moment jej resort nie prowadzi prac nad projektem oskładkowania umów o dzieło. - Pamiętamy po prostu, że w tym roku weszła stawka godzinowa, rynek trzeba też spokojnie monitorować, ale naprawdę przyglądamy się - podsumowała minister.

Jednolity podatek miał rozwiązać problem

Gdyby oskładkowanie miało wejść w życie, objęłoby składki emerytalne i rentowe z wyłączeniem chorobowej.

Minister przyznała, że jej resort liczył, iż problem umów o dzieło zostanie rozwiązany automatycznie dzięki wprowadzeniu jednolitej daniny. Wtedy wszystkie formy zatrudnienia objęte byłyby takimi samymi obciążeniami. Prace nad nim zostały jednak wstrzymane.

Umowa o dzieło i 200 tys. Polaków. Bo zarabiają więcej

Do 2015 roku wyłącznie na podstawie umowy o dzieło pracowało w Polsce 200 tys. osób. Nie wiadomo, ile spośród nich zostało do tej formy pracy zmuszonych przez pracodawców, a ile przyjęło ją dobrowolnie. 

Umowa o dzieło ma jedną, niepodważalną zaletę - pracownik do ręki dostaje więcej.

Przykładowo z każdego zarobionego 1 tys. zł brutto na konto osoby pracującej na podstawie umowy o dzieło wpływa 856 zł lub 910 zł w zależności od kosztu uzyskania przychodu (kolejno 20 proc. i 50 proc.).

Z tego samego 1 tys. zł brutto osoba zatrudniona na etacie dostaje 728 zł, a na zleceniu tyle samo, chyba, że ma 50 proc. koszt uzyskania przychodu, wtedy 796 zł

Ceną za dodatkowe złotówki na koncie jest brak prawa m.in. do zasiłku dla bezrobotnych, renty, zwolnienia lekarskiego, a w dłuższej perspektywie i do emerytury (jeżeli całe życie będziemy pracować tylko na podstawie umowy o dzieło).

Umowa dobra, tylko my nie umiemy jej stosować

Umowa o dzieło z założenia nie jest formą krzywdzącą pracownika. Powstała po to, abyśmy mogli raz na jakiś czas wykonać dodatkową pracę, za którą dostaniemy ekstra pieniądze nieobciążone dodatkowymi daninami. 

Zleceniodawcy też jest łatwiej, bo przecież nie będzie zatrudniał na stałe osoby, której potrzebuje do jednorazowego wbicia gwoździa w ścianę.

Ba! Moglibyśmy nawet regularnie dorabiać na niej na etacie. Dorabiać, a nie zarabiać w ten sposób większość wynagrodzenia.

Niestety, część z nas doszła do wniosku, że umowa o dzieło to doskonały substytut umowy o pracę, co nadało jej rangę problemu i patologii. A z problemami i patologią się walczy, więc niejako na własne życzenie najprawdopodobniej się z nią pożegnamy.