Tak prowadzi się biznes w Polsce. Jak złodziej, fiskus i ZUS wykończyły uczciwą firmę

Złości mnie, gdy słyszę, że przedsiębiorca w Polsce ma jak pączek w maśle, płaci mały ZUS i niskie podatki. I tak naprawdę trzeba mu dokręcić śrubę - opowiada pani Joanna, czytelniczka serwisu Next.gazeta.pl.

Kontrahent nie zapłacił jej za usługę. Mimo to fiskus pobrał VAT. Kilka dni temu ZUS ogołocił jej konto. I nadal zamierza je blokować.

Kolejka po pieniądze

Kilka lat temu pani Joanna założyła firmę. Zmęczyła ją praca w korporacji. Chciała się sprawdzić na swoim. Niestety już pierwszy duży kontrakt okazał się niewypałem. Kontrahent przyjął usługę firmy naszej czytelniczki, nie miał do niej najmniejszych zastrzeżeń, ale nie zapłacił. Nie żeby chodziło o jakieś ogromne pieniądze. Kontrakt opiewał na kilkanaście tysięcy złotych.

Na tym jednak zderzenie pani Joanny z rzeczywistością gospodarczą w Polsce się nie skończyło. Do jej drzwi zapukał bowiem urząd skarbowy. Na nic zdały się tłumaczenia, że pieniędzy nie ma, bo nieuczciwy kontrahent nie zapłacił. Fiskus ściągnął VAT. Domagał się też podatku dochodowego, który ostatecznie rozłożył na raty.

Ale i na tym nie koniec. W kolejce po pieniądze ustawił się bowiem ZUS. – Nie miałam z czego zapłacić. Gdy na początku działalności popadnie się w długi, trudno ponownie stanąć na nogi. Kolejne poważne zlecenia nie przyszły. Zawiesiłam działalność – opowiada pani Joanna.

ZUS czyści konto

Czas płynął, zaległość wobec ZUS rosła. W czerwcu pani Joanna listownie poprosiła Zakład o jej rozłożenie na raty. Odpowiedź nie przychodziła. Nasza czytelniczka jednak spokojnie czekała. W październiku, chciała zapłacić kartą za wizytę u dentystki, konto było puste. – Okazało się, że wszedł na nie ZUS. I wyczyścił do zera – opowiada pani Joanna.

Jak się okazuje nawet poniżej zera. Nasza czytelniczka miała na koncie limit debetowy. ZUS pobrał wszystkie dostępne pieniądze, także te w ramach limitu debetowego. W sumie blisko tysiąc złotych.

Pani Joanna pojechała do oddziału ZUS. Nie udało jej się ustalić, dlaczego nie rozpatrzono jej listownego wniosku o rozłożenie zaległości na raty. – Być może błędem było wysłanie listu priorytetowego zamiast poleconego. W ZUS-ie stwierdzili, że nie mają mojego pisma – opowiada. - Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że ZUS nie uznał mojego wniosku, bo nie złożyłam go na urzędowych druczkach – dodaje.

Postanowiła wystąpić o rozłożenie na raty pozostałej części zadłużenia. Zaproponowała sześć rat, po około 500 zł miesięcznie. – Dostałam do wypełnienia zestaw druków, który objętością przypomina powieści Balzaca – zżyma się nasza czytelniczka.

Trochę przesadza. Wniosek o rozłożenie należności z tytułu składek liczy cztery strony. Do tego dochodzi załącznik o stanie rodzinnym i majątkowym. To kolejne sześć stron. – Pytają o dochody, kredyty, wartość majątku. Musiałam podać nie tylko, czy mam mieszkanie, ale też czy mam pralkę, telewizor, komputer, zmywarkę, lodówkę… Musiałam wymieniać ich wartość. To jakaś paranoja – denerwuje się nasza czytelniczka.

I to jednak nie koniec. – Przy składaniu tych wypełnionych z mozołem dokumentów zapytałam, czy decyzję dostanę dziś, czy jutro. Urzędniczka spojrzała na mnie jak bym się z choinki urwała. Powiedziała: „Mamy na to dwa miesiące” – opowiada pani Joanna.

Nic nie dały prośby o przyspieszenie rozpatrywania jej wniosków. – Usłyszałam, że się nie da, bo ZUS dostaje 30 takich wniosków dziennie – mówi nasza czytelniczka.

"To najlepsze rozwiązanie"

W tej sytuacji chciała wystąpić o wstrzymanie egzekucji z konta pozostałej części zaległości. Usłyszała, że powinna dostarczyć szczegółowe informacje o wydatkach na życie. Rachunki i faktury za zakupy. Czas rozpatrywania wniosku… dwa miesiące. Rozpłakała się. Nie złożyła żadnego z wniosków. – Przecież, zanim rozpatrzą moje wnioski, ściągną te pieniądze z mojego konta. To oznacza jednak dla mnie brak środków do życie – tłumaczy pani Joanna.

Na odchodnym zapytała, czy ma doprowadzić do tego by na jej konto nie wpływały wszystkie pieniądze, które zarabia. – To najlepsze rozwiązanie – usłyszałam życzliwą radę urzędniczki.

Tymczasem sprawa przeciwko nieuczciwemu kontrahentowi, od którego zaczęło się nieszczęście pani Joanny, jest w sądzie. Musiała zapłacić za możliwość złożenia pozwu ponad 800 zł i wynajęcie adwokata (kilka tysięcy zł).

W Niemczech, jak przedsiębiorca nie zapłaci VAT, bo mu Hans nie zapłacił za towar, to skarbówka idzie do Hansa i pyta, dlaczego nie zapłacił. Gdyby u nas to tak działało, to byłaby olbrzymia zmiana. Na korzyść. No ale to byłoby trudne dla urzędników. Musiałaby się zmienić ich mentalność i podejście do podatnika

podkreśla Cezary Cieńkowski, adwokat, specjalizujący się w prawie gospodarczym.

- Wyleczyłam się na jakiś czas z własnego biznesu. Może byłabym w stanie zrozumieć represje, które spotkały mnie ze strony fiskusa i ZUS, gdybym to ja zawiniła w tym wszystkim i gdyby chodziło o duże pieniądze. Te kilka niewielkich rat, o które prosiłam, powinno być przyznane z automatu, tylko dlatego, że wyraziłam chęć spłaty zaległości. Tymczasem państwo ściga mnie, a nie tego, kto mnie okradł – mówi pani Joanna. – Nie dziwię się, że ludzie przenoszą firmy za granicę, na przykład do Czech. Tu ktoś naprawdę zwariował – dodaje ze złością.

Firmę ostatecznie zlikwidowała.

Emilian Kamiński: Żeby nie być frustratem, zacząłem sam organizować sobie życie [NEXT TIME]

Więcej o: