Podwyżka składek na ZUS dla najlepiej zarabiających dopiero za rok. Sejm poprawił to, co sam wcześniej przegłosował

Piotr Skwirowski
Sejm przyjął poprawki zgłoszone przez Senat i tym samym zdecydował, że nie będzie podwyżki składek na ZUS od 1 stycznia 2018 r. Próg odcięcia poboru składek (słynna 30-krotność przeciętnej pensji) ma zniknąć za rok

Dobrze zarabiający pracownicy, kadra zarządzająca, najlepsi specjaliści, ale też firmy - wszyscy oni mogą odetchnąć z ulgą. Na razie nie będzie zmiany zasad odprowadzania do ZUS składek na ubezpieczenia społeczne.

Rząd postraszył bogatych

Potężną huśtawkę nastrojów zafundował dobrze zarabiającym pracownikom rząd. Dziś jest tak, że składki na ZUS płacimy od wynagrodzeń do poziomu 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok kalendarzowy. Tak ustalona kwota daje w 2017 r. sumę 127 890 zł. To limit roczny, brutto. To, co zarobimy do tej kwoty, jest obłożone składkami na ZUS. To co powyżej - już nie.

Rząd postanowił znieść to ograniczenie od przyszłego roku, a jego projekt ustawy w tej sprawie poparł Sejm. Likwidacja progu odcięcia miała objąć 350 tys. najlepiej zarabiających podatników. Rząd szacował, że tylko w 2018 r. dałoby to kasie państwa dodatkowo aż 5,24 mld zł. I to po uwzględnieniu związanych z tą zmianą spadków wpływów z podatków dochodowych oraz składek na ubezpieczenie zdrowotne.

Jak PiS ugiął się pod siłą argumentów

Tych pieniędzy jednak nie będzie. PiS ugiął się pod protestami, przede wszystkim pracodawców. Przekonywali oni, że likwidacja progu odcięcia składek na ubezpieczenia uderzy w budżety firm. Będą one musiały przeznaczać więcej pieniędzy na zatrudnienie swoich najlepszych specjalistów i kadry zarządzającej. Pamiętajmy, że to pracodawcy płacą część składek za swoich pracowników.

Likwidacja progu odcięcia sprawiłaby też, że pensje dotkniętych tym osób byłyby niższe. Rekompensata tych ubytków byłaby dla wielu firm kosztowna. Tymczasem w swoich planach finansowych na przyszły rok nie uwzględniały one takich wzrostów kosztów zatrudnienia.

Pojawiły się też głosy, że część osób z wysokimi dochodami, nie wierząc w przyszłe wysokie emerytury, porzuci etaty, przejdzie na samozatrudnienie lub działalność gospodarczą, płacąc tym samym minimalne składki na ZUS. A wtedy dodatkowych pieniędzy z podniesienia składek i tak by nie było, albo byłoby ich znacznie mniej niż zaplanował rząd.

Istotną przesłanką do przyhamowania zmian była też ostra opinia Rady Nadzorczej ZUS. Ta również apelowała o wycofanie projektu i jego ponowne konsultacje. Argumentowała też, że Zakład potrzebuje czasu na dostosowania swoich narzędzi informatycznych do nowego stanu prawnego.

Był jeszcze jeden problem: likwidacja progu odcięcia składek oznaczałaby konieczność wypłaty w przyszłości osobom z wysokimi pensjami, a więc też wysokimi składkami na ZUS, wysokich emerytur. Skoro w ramach składek emerytalnej i rentowej odłożą więcej, to trzeba im będzie potem wypłacić więcej. To oznaczałoby gwałtowny wzrost nierówności emerytalnych. I mocny wzrost wydatków z systemu emerytalnego.

Senat przychodzi w sukurs rządowi i Sejmowi

W tej sytuacji w Senacie PiS (w porozumieniu z opozycją) złożył poprawki, które odsuwają o rok podwyżki składek (czy jak kto woli - likwidację progu ich odcięcia). Nowe zasady naliczania składek mają więc zacząć obowiązywać nie od początku 2018 r., ale dopiero od 1 stycznia 2019 r.

Ustawa z poprawkami Senatu wróciła do Sejmu. Ten, przy sprzeciwie opozycji, która jest przeciwna jakiejkolwiek podwyżce składek, poprawki Senatu przyjął.

Teraz ustawa trafi na biurko prezydenta. Jego podpis pod tym dokumentem to już jednak formalność, bo prezydent nie zgłaszał zastrzeżeń do tych przepisów.

Wątpliwe głosowanie

Formalnie sprawa podwyżki składek wydaje się być już niemal zamknięta. Ciągnie się za nią jednak sprawa głosowania w Senacie. Nie ma bowiem pewności, że było ono ważne.

A było tak. Już po przyjęciu poprawki odsuwającej termin odcięcia o rok i po głosowaniu nad całością ustawy, okazało się, że wzięło w nim udział 48 ze 100 senatorów. To za mało. Po krótkiej przerwie prowadząca obrady wicemarszałek Maria Koc (PiS), odwołując się do zapisanej w regulaminie Senatu zasady, że „Senat podejmuje decyzje zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby senatorów”, zarządziła liczenie obecnych na sali w trakcie głosowania. Po sprawdzeniu nagrania z głosowania okazało się, że na sali było 73 senatorów, z tym, że część nie głosowała. Zdaniem marszałek Koc, to oznacza jednak, że głosowanie było ważne.

Opozycja uważa, że jest inaczej. Jej zdaniem, aby głosowanie było ważne, musi brać w nim udział co najmniej połowa wszystkich senatorów. W tym przypadku tak nie było. Dlatego Nowoczesna zgłosiła tę sprawę do prokuratury. Ta nie zabrała jeszcze głosu w tej sprawie, wątpliwe jednak, by spory wokół głosowania, przy obecnym układzie sił w parlamencie i paraliżu Trybunału Konstytucyjnego, mogły zaważyć na losie nowych przepisów.

***

Jacek Gadzinowski: Nie trzeba pracować 10 godzin dziennie, żeby osiągnąć sukces [NEXT TIME]