Skoro uruchomienie artykułu 7 jest groźne, to dlaczego nic się nie dzieje ze złotym i na giełdzie? Kilka słów o tym, jak to działa

Rafał Hirsch
Konflikt polskiego rządu z Komisją Europejską wszedł w nową fazę. Tak zaawansowanego sporu pomiędzy Brukselą, a krajem członkowskim Unia Europejska jeszcze nie widziała. Mimo to polska waluta zachowuje idealny spokój. Nie reagują też obligacje polskiego rządu, ani polska giełda.

Bez reakcji

Rynek finansowy na artykuł siódmy nie reaguje. Euro nadal kosztuje 4 złote i 20 groszy. Indkes WIG na giełdzie spada o 0,2 procent, polskie obligacje zachowują się tak jak zwykle – trochę tanieją, trochę drożeją. Nic wielkiego.

Rynek nie reaguje na artykuł 7, ponieważ nikt nie podejmuje żadnych decyzji o kupowaniu lub sprzedawaniu czegokolwiek tylko w oparciu o to wydarzenie. Dominuje przeświadczenie, że to wydarzenie doniosłe, ale głównie symboliczne, na razie bez większego praktycznego znaczenia.

Analitycy państwowego banku PKO BP napisali, że ryzyko objęcia Polski sankcjami w następstwie uruchomienia procedury z artykułu 7 jest małe. Potrzeba do tego jednomyślności w UE, której ich zdaniem raczej się nie doczekamy. Dlatego konflikt z Brukselą nie będzie mieć żadnego bezpośredniego przełożenia na polską gospodarkę co najmniej do 2023 roku

Dlaczego akurat do 2023? Bo mniej więcej wtedy unijne państwa zaczną wydawać środki unijne z nowej perspektywy finansowej 2021-27. To, że Polska dostanie mniej pieniędzy niż w okresie 2014-20 jest pewne. Wiadomo to było od lat, jeszcze przed dojściem do władzy PiS. Teraz może się okazać, że będzie ich jednak ZNACZNIE mniej i to już wpływ na gospodarkę będzie mieć. Ale jak napisali w PKO BP – dopiero za 6 lat.

A to, co się stanie w ciągu tych sześciu lat także jest mocno niepewne, na co wskazuje Jakub Borowski, główny ekonomista banku Credit Agricole Bank Polska

Wspomina on i o pieniądzach z UE i o klimacie inwestycyjnym i o wpływie na bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Polsce, pisząc, że wpływ procedury z artykułu siódmego na to wszystko będzie wysoce niepewny.

Oczywiście, rynki finansowe nie znoszą niepewności, więc tylko w tym kontekście powinny właśnie być na skraju załamania nerwowego. Nie są, bo w przypadku Polski są też inne czynniki, które są uznawane za równie ważne, albo może nawet ważniejsze. 

Polska to nie tylko konflikt z Unią

Po pierwsze mamy gospodarkę, która właśnie rośnie o ponad 4 procent rocznie – czyli pod tym względem jesteśmy w UE raczej rodzynkiem. Po drugie wszystkie wskaźniki makroekonomiczne mamy w porządku. Nie mamy ani za dużego długu, ani za dużego deficytu, ani za dużego bezrobocia, ani dziury w handlu zagranicznym. Nie grożą nam obniżki ratingów. Z punktu widzenia inwestora nie ma się do czego przyczepić.

Po trzecie na tle Unii mamy dość wysokie stopy procentowe. Polskie obligacje dające 2-3 procent zysku w dzisiejszym świecie ujemnych stóp procentowych można uznać za całkiem niezłą lokatę. Aby wycofać się z takiego rynku potrzeba czegoś więcej niż tylko uruchomienia długiej i biurokratycznej procedury  Brukseli. Nawet jeśli to procedura nigdy dotąd nie stosowana i przez to dość sensacyjna. 

Czyli rynek nie boi się artykułu siódmego, bo ryzyka z nim związane są niejasne i przede wszystkim przesłonięte przez siłę polskiej gospodarki. Oczywiście nic nie trwa wiecznie i kiedyś możemy dojść do sytuacji, w której polska gospodarka osłabnie, a ryzyka wynikające z konfliktu z Unią staną się bardziej oczywiste. Wtedy rynek będzie miał okazję reagować. Ale to jeszcze nie dzisiaj.