Upada blisko 100-letnia spółdzielnia mleczarska w Rypinie. Rząd umywa ręce

Nawet 200 osób może stracić miejsca pracy, jeżeli upadnie spółdzielnia mleczarska w Rypinie. Apele o pomoc do ministerstwa rolnictwa nie pomagają. Spółdzielnia z blisko 100-letnią tradycją jest własnością prywatną.

Chyląca się ostro ku upadkowi spółdzielnia mleczarska w Rypinie (woj. kujawsko-pomorskie) stała się niespodziewanie przedmiotem debaty w Sejmie. Temat podniósł poseł PSL Zbigniew Sosnowski, który zwrócił uwagę, że rolnicy sprzedający mleko spółdzielni od miesięcy nie dostają zapłaty. Jak informuje Money.pl poseł przekonywał, że rząd może jeszcze pomóc zakładowi. Jednak wiceminister rolnictwa Tadeusz Romańczuk nie widzi szansy na pomoc. 

Spółdzielnia jest prywatna, więc rząd umywa ręce

Mleczarze z Rypina nie mogą liczyć na kroplówkę z pomocą, jak banki w razie kryzysu. Wiceminister dość trzeźwo zauważył, że ROTR spółdzielnia mleczarska jest własnością spółdzielców (a więc prywatną) i rząd nie może ot tak pomóc. I to właśnie spółdzielcy współzarządzali, kontrolowali zarząd i dzisiejsza sytuacja "ma się tak, a nie inaczej". 

Z kolei prezes spółdzielni Jacek Smoliński informował, że do zakładu wkracza komornik. Oznacza to zagrożenie 200 miejsc pracy w spółdzielni. 

Posłowie PSL przypominali, że rząd jakiś czas temu deklarował wsparcie dla rolnictwa np. w formie holdingu. Warto też pamiętać, że w 2016 (a więc w czasie gdy sytuacja spółdzielni już była zła) odwiedził Rypin obecny minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, który jako szef sejmowej komisji rolnictwa i rozwoju wsi poznawał małe zakłady mleczarskie, którym należy pomóc. 

Winna kreatywna księgowość? 

Upadek spółdzielni zaczął się od rosyjskiego embarga w 2014, które nałożono jako retorsje za embargo nakładane przez UE w odwecie za aneksję formalnie wciąż ukraińskiego Krymu przez Federację Rosyjską. 

Jednak samo embargo nie wystarczyłoby do doprowadzenia prężnego niegdyś zakładu do upadku. "Tygodnik Rolniczy", który dokładnie badał sprawę w lipcu bieżącego roku, zwrócił uwagę, że większość problemów wzięła się z kreatywnej księgowości uprawianej przez poprzedni zarząd ROTR. Jako przykład podano, że o ile w 2014 jako wartości niematerialne i prawne zaksięgowano 107 tys. złotych, o tyle w 2015 roku zarząd ROTR (przy formalnej stracie 641 tys. złotych) odnotował w przychodach operacyjnych przychód z tytułu wyceny znaku towarowego na 15,9 mln. 

Znakami towarowymi były rzecz jasna marki wyrobów spółdzielni - Delikt i Delikt Blanco i markę ROTR. Ich wartość, jak każdej marki, oszacować jest trudno, ale w przypadku marek rozpoznawanych lokalnie raczej trudno mówić o milionach złotych. Co więcej, w latach 2016-2017 wartość składników niematerialnych i prawnych szacowano coraz wyżej. 

Takie działanie zarządu ROTR należy uznać za mechanizm księgowości kreatywnej. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że znajdzie się podmiot, który będzie skłonny zapłacić 22 mln zł za znak „ROTR” – gdy ta firma jest na krawędzi upadku - pisał wprost "Tygodnik Rolniczy". 

Wątpliwości dziennikarzy branżowych wzbudziła też wycena majątku trwałego spółdzielni. 

Spółdzielnia ROTR jest winna rolnikom ponad 30 mln złotych. Spółdzielnia powstała w 1926 roku.