Mieszkania drogie jak dziesięć lat temu. Ale zarabiamy dużo więcej

Mieszkania kosztują już niemal tyle samo, co na szczycie poprzedniej hossy dziesięć lat temu. Tylko w ciągu ostatniego roku w niektórych miastach podrożały o kilkanaście procent.

Średnie transakcyjne ceny lokali w Warszawie, Łodzi, Szczecinie i Lublinie wzrosły w ciągu roku o 14-16 proc. – donosi „Rzeczpospolita”. Coraz drożej jest także w innych miastach. Z analiz Open Finance i Home Broker, które przytacza gazeta, wynika, że za mkw. mieszkania w stolicy trzeba dziś zapłacić średnio niemal 8,3 tys. zł. W Szczecinie i Łodzi ceny sięgają odpowiednio 5,2 i 4,9 tys. zł za mkw., a w Gdańsku dobiły do 6,4 tys. zł. To niemal tyle samo, co w trakcie poprzedniej hossy na rynku mieszkaniowym, do której w Polsce doszło na początku światowego kryzysu finansowego – a więc w latach 2007-2008.

Wtedy, w szczycie hossy, według danych NBP średnia cena transakcyjna w siedmiu największych miastach wynosiła prawie 7,4 tys. zł za mkw., dzisiaj to nieco ponad 7,1 tys. zł. Ale są miasta, gdzie ceny są już wyższe.

– Ceny w ujęciu nominalnym poziomy sprzed dekady osiągnęły w Trójmieście i Łodzi, a wyraźnie, bo o niemal 14 proc., przewyższyły we Wrocławiu – mówi cytowany przez „Rzeczpospolitą” Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Zarabiamy dwa razy więcej niż dekadę temu 

Ale proste porównywanie cen mieszkań w 2007 lub w 2008 roku do aktualnych propozycji deweloperów nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wiele się zmieniło w Polsce od tego czasu.

 – Wynagrodzenia Polaków wzrosły o ponad połowę, kredyty hipoteczne są o ponad połowę tańsze, a inflacja podniosła ogólny poziom cen o 20–25 proc. – zauważa Bartosz Turek, ekspert Open Finance.

Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na dalsze podwyżki cen? Tutaj opinie ekspertów rynku finansowego są podzielone.

Niektórzy uważają, że mieszkania będą drożeć dalej, ale nie tak szybko jak ostatnio, lecz o kilka procent rocznie. Są też tacy, którzy wróżą spadki cen.

– Rynek najprawdopodobniej stoi w obliczu kilkuletniego spowolnienia koniunktury. Dalsze trwałe wzrosty cen w tych okolicznościach byłyby kuriozalne. Bardziej prawdopodobne jest wyhamowanie zwyżek, potem stabilizacja, a po niej większa lub mniejsza korekta trwająca aż do kolejnego ożywienia – mówi dla „Rzeczpospolitej” Jarosław Jędrzyński.

Więcej o: