Fala oskarżeń wobec Revoluta. Fintech tłumaczy i walczy z "fake newsami"

Ostatnie tygodnie to prawdziwa huśtawka nastrojów wokół Revoluta. Z jednej strony aż 1 mln nowych użytkowników w całej Europie w ostatnich trzech miesiącach, oraz plany podwojenia zatrudnienia jeszcze w 2019 r. Z drugiej - kolejne oskarżenia i wątpliwości, z których fintech się tłumaczy i które prostuje.
Zobacz wideo

Bodaj najpopularniejszy fintech w Europie rozwija się w zawrotnym tempie, swoimi usługami (czyli m.in. możliwością płatności w wielu walutach przy atrakcyjnym kursie) kusząc prawdziwe tłumy. W lutym Revolut chwalił się, że w całej Europie ma już ponad 4 mln użytkowników, o 1 mln więcej niż przed trzema miesiącami. W Polsce - trzecim największym rynku europejskim dla Revoluta - z aplikacji ma korzystać już 340 tys. osób, o 50 proc. więcej niż kwartał wcześniej. Wartość transakcji realizowanych przez użytkowników Revoluta na całym świecie wzrosła przez ostatni rok o 200 proc.

Firma chwaliła się też stale rosnącym zapotrzebowaniem na nowych pracowników. Snuła plany, że do końca roku podwoi całkowite zatrudnienie, do 1,5 tys. osób.

.. źródło: Revolut

.. źródło: Revolut

.. źródło: Revolut

Niestety dla Revoluta - dane dotyczące bardzo dynamicznego rozwoju nie są jedynymi, jakie ostatnio pojawiają się w europejskich mediach. Wręcz przeciwnie - fintech dostał kilka poważnych ciosów z różnych stron.

Pranie brudnych pieniędzy? Revolut: To fake news

Pod koniec lutego brytyjski "Daily Telegraph" doniósł, że od lipca do września ub.r. Revolut wyłączył jeden z automatycznych systemów blokujących podejrzane transakcje. W tym czasie, według dziennika, mogło dojść do tysięcy operacji mających na celu pranie brudnych pieniędzy.

Nik Storonsky, szef Revoluta, odpiera te zarzuty we wpisie na blogu fintechu. Przekonuje, że co prawda w lipcu wdrożony został nowy komponent w systemie kontroli transakcji, który faktycznie trzeba było po pewnym czasie naprawić (bo identyfikował jako podejrzane tysiące legalnych operacji, i blokował konta), ale spółka powróciła do poprzedniego filtru. Storonsky zapewnił także, że jego fintech przeanalizował transakcje z okresu od lipca do września, i nie wykrył żadnych oszustw. 

Polskie biuro prasowe Revoluta informacje o uchybieniach w systemie przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy nazywa po prostu fake newsem, i tłumaczy, że problemy przy implementacji nowości w systemie nigdy nie prowadziły do ryzyka "przepuszczania" podejrzanych transakcji. Jak się dowiedzieliśmy, Revolut podjął działania, aby materiał ze strony "Daily Telegraph" zniknął.

Doniesienia o wyłączonej blokadzie zaczęły być wiązane z rezygnacją przez Petera O'Higginsa z funkcji dyrektora finansowego Revoluta. Storonsky zaprzeczał w oświadczeniu, jakoby obie sprawy się ze sobą łączyły. Revolut poinformował nas, że O'Higgins zdecydował się odejść z Revoluta jeszcze przed publikacją w "Daily Telegraph", ale w efekcie publikacji zdecydował, iż wydłuża swój okres wypowiedzenia i zostanie w fintechu "dopóki nie znajdzie się godny następca".

Sprawa uderza też w reputację O'Higginsa, więc rozważa też indywidualnie kroki prawne wobec tytułu, który opublikował tę historię

- słyszę w Revolucie.

Również mianem fake newsa Revolut określa poniedziałkowe doniesienia "Financial Timesa", jakoby brytyjska policja wszczęła wobec postępowanie ws. fraudu w fintechu.

Przedstawiliśmy dowody, że informacje są nieprawdziwe, "Financial Times" uznał je i zdjął artykuł, podobnie zrobiło tylko w ostatnią środę blisko 40 międzynarodowych tytułów

- komentuje polskie biuro prasowe Revoluta.

Tyrania w Revolucie?

Szef Revoluta w marcu musiał się tłumaczyć jeszcze z jednej sprawy. Tym razem poszło o materiał portalu "Wired", w którym opisano, jak miały wyglądać warunki rekrutacji i pracy w fintechu. Jak podał serwis, osoby ubiegające się o miejsce w Revolucie miały za zadanie m.in. "naganiać" nowych użytkowników - minimum 200 osób w tydzień. Oczywiście za darmo. Takie praktyki rekrutacyjne są w Wielkiej Brytanii zabronione. Wired pisze także o dużej rotacji pracowników, związanej m.in. z nieosiągalnymi celami i koniecznością "nadganiania" wyników w weekendy. Z artykułu wyłania się obraz Storonsky'ego jako szefa-tyrana, który nadaje pracownikom ratingi i tych z oceną "znacznie poniżej oczekiwań" wyrzuca z pracy bez negocjacji.

Storonsky w liście otwartym po części przyznał, że nie wszystko było w spółce w kwestii kultury pracy idealne. Podkreślał jednak, że Revolut "nie jest tą samą firmą co 12-18 miesięcy temu, kiedy popełniono te błędy", i że w firmie poprawił się m.in. system oceny pracowników. 

Kiedy patrzę wstecz na niektóre z naszych błędów, z pewnością nie jestem z nich dumny. Ale jestem dumny z tego, czego się nauczyliśmy po drodze, i z kierunku, w którym zmierzamy

- napisał Storonsky. 

Litewski poseł alarmuje służby

Oskarżenia dotyczące kultury pracy i dziury w zabezpieczeniach to tylko rewelacje z ostatniego tygodnia. Na innych polach Revolut ostatnimi czasy też jednak lekko nie ma. 

W lutym w spółkę uderzył Stasys Jakeliunas, przewodniczący parlamentarnej komisji ds. budżetu i finansów na Litwie. Revolut posiada w tym kraju licencję Electronic Money Institution (m.in. w ramach "uniezależniania się" od licencji brytyjskiej; licencję można paszportować na inne kraje). Stwierdził, że Revolut ma powiązania z rosyjskimi politykami, wypomniał Storonsky'emu, że jego ojciec pracuje dla Gazpromu (w rzeczywistości jest zatrudniony w firmie Promgaz, instytucie badawczym należącym do gazowego giganta). Jakeliunas mówił też, że fintech nie jest "przystępny" i "transparentny", i zaalarmował w tej sprawie litewskie służby. 

Revolut oczywiście na te zarzuty się oburzył i je zdementował. Tłumaczy też, że litewski poseł już trzeci raz domaga się wszczęcia postępowania, ale Litewski Bank Centralny w styczniu oświadczył, że nie ma żadnych wątpliwości co do fintechu. "Sianie paniki" przez Jakeliunasa skrytykował w osobistym liście Storonsky (który jest Brytyjczykiem, ale urodził się w Moskwie).

Nieudana kampania

Także w lutym Revolut zaliczył wpadkę marketingową. W okolicy Walentynek wypuścił w Wielkie Brytanii kilka reklam, np. o treści "Do 12750 osób, które zamówiły na Walentynki jedzenie dla jednej osoby - wszystko z wami ok, kochani?".

Ta komunikacja spotkała się z bardzo surowym odbiorem. Fintechowi zarzucono zawstydzanie singli. Pojawiły się też wątpliwości, skąd spółka ma dane, które wykorzystała (gdy płacimy kartą, bank czy fintech "widzi" tylko w jakim sklepie użytkownik robi zakupy, a nie co konkretnie kupuje). Revolut w końcu przyznał, że statystyki zostały zmyślone.

Co z Revolutem po brexicie?

Powoli rozwiewają się natomiast wątpliwości dotyczące losów Revoluta po brexicie. Jak pisaliśmy niedawno, w przypadku "twardego brexitu" spółki z Wielkiej Brytanii - a tam zarejestrowany jest Revolut, i działa na licencji tamtejszego nadzorcy rynkowego - straciłyby prawo do świadczenia usług finansowych w Unii, w tym w Polsce. 

Fintech zapewnia, że jest przygotowany na każdą ewentualność, a gdyby "umowy rozwodowej" z Unią nie było, to użytkownicy Revoluta spoza Wielkiej Brytanii zostaliby przeniesieni do "filii" w innym kraju. 

Swoje robi też polskie Ministerstwo Finansów. Właśnie opublikowało projekt ustawy, z którego wynika, że nawet po bezumownym brexicie na dotychczasowych zasadach w Polsce banki czy ubezpieczyciele z Wielkiej Brytanii będą mogli działać jeszcze przez dwa lata, a instytucje płatnicze przez rok. 

Zobacz wideo
Więcej o: