Kredyt w złotych jak frankowy. Banki mówią o kilkuset tysiącach złotych strat na każdym takim kredycie

Jednym ze sposobów, w który mogą być rozstrzygane sprawy sądowe dotyczące kredytów frankowych, jest uznanie, że kredyt powinien być rozliczany jako zobowiązanie w złotych, ale z dotychczasowym oprocentowaniem.

O co chodzi w sprawach frankowych?

W zdecydowanej większości spraw dotyczących kredytów we frankach frankowicze podnoszą, że tzw. klauzula waloryzacyjna - stosowana przez banki do przeliczania między walutami salda zadłużenia i poszczególnych rat - była niedozwolona (abuzywna). Sądy muszą w takich sprawach zdecydować: czy taka wadliwa umowa powinna zostać uznana za nieważną, czy raczej powinna być kontynuowana, ale bez niedozwolonej klauzuli? A może mimo abuzywności klauzuli waloryzacyjnej odrzucić roszczenia klienta (bo i takie orzeczenia się zdarzają)?

Kredyt w złotych, odsetki we frankach

Każdą sprawę frankową należy w zasadzie rozstrzygać osobno, mając na względzie nie tylko zapisy z umowy, lecz także sytuację i wolę kredytobiorcy. Tym niemniej jednym z rozwiązań, przed którym drżą banki (a które już w pojedynczych sytuacjach zostało zasądzone), jest ustalenie, że skoro klauzula waloryzacyjna jest nieważna, to cały kredyt należy przeliczyć wstecz tak, jakby żadnego odniesienia do kursu franka nie było.

Jednocześnie inne zapisy umowy kredytowej pozostawałyby w mocy - taki kredyt złotowy miałby oprocentowanie jak dla kredytów frankowych. A to oznaczałoby, że banki po przeliczeniu wstecz musiałyby oddać dziesiątki lub setki tysięcy złotych, a dodatkowo raty frankowiczów mocno by spadły. 

ZBP wylicza

Przykładowe wyliczenia przedstawił Związek Banków Polskich - dla kredytu na równowartość 200 tys. franków, zaciągniętego w styczniu 2009 r. na 25 lat, przy marży 1,5 proc., z ratami malejącymi. 

W dniu zaciągnięcia oprocentowanie kredytu wynosi 1,5 proc. + 2,6 proc. = 4,1 proc.. Warto zauważyć, że było ono znacząco niższe niż oprocentowanie analogicznego kredytu w PLN, gdyż wówczas sam WIBOR wynosił 5,6 proc., gdyby klient zdecydował się na zaciągnięcie kredytu właśnie w złotych. Kredyt w wysokości 200 tys. CHF był w dniu zaciągnięcia równowartością 448 tys. PLN po kursie CHF/PLN równym 2,42 zł. (...) Pierwsza rata zaciągniętego kredytu była równa około 3050 zł. W lipcu 2019 roku pozostała wartość kapitału do spłaty wynosiła 107 tys. CHF (około 411 tys. PLN), a wysokość raty była równa około 2800 zł przy kursie CHF/PLN równym 3,83. W lipcu 2019 roku do spłaty pozostało jeszcze 131 malejących rat

- tłumaczy ZBP.

Gdyby kredyt ten od początku traktować jako kredyt udzielony w PLN, ale z oprocentowaniem dla franka szwajcarskiego, podane wcześniej dane liczbowe byłyby następujące: pierwsza rata byłaby identyczna (3050 zł), ale rata płacona w lipcu 2019 roku wynosiłaby około 1650 zł. Do spłaty pozostałoby 176 tys. zł kapitału. Różnica w zapłaconych ratach pomiędzy obydwoma kredytami w ciągu życia kredytu (169 miesięcy) wynosiłaby 130 tys. zł, co stanowiłoby bezpośrednią stratę banku związaną tylko i wyłącznie z rozliczenia dotychczas zapłaconych rat

- wylicza Związek Banków Polskich. Gdyby kredyt był dalej spłacany, bank "traciłby" (w porównaniu do sytuacji, gdyby żadnego wyroku nie było) kolejne tysiące złotych.

Zakładając utrzymanie stóp procentowych i kursu walutowego bez zmian przez okres tych 131 miesięcy, strata banku wynikająca tylko i wyłącznie z różnicy w zapłaconych ratach pomiędzy faktycznym i hipotetycznym kredytem powiększyłaby się o kolejne 179 tys. zł, co dałoby łączną kwotę 309 tys. zł

- kalkuluje ZBP. 

Inny przykład - już nasz. Klient zaciągnął kredyt frankowy na 30 lat w styczniu 2008 r., na równowartość 300 tys. zł, przy marży 1,40 proc. (raty równe). Dziś jego rata wynosi ok. 1780 zł. Co by było, gdyby sąd nakazał przeliczenie kredytu od początku tak, jakby był to "zwykły" kredyt złotowy, ale z dotychczasowym oprocentowaniem "frankowym"? W takim przypadku okazałoby się, że po pierwsze klient spłacił o ok. 90 tys. zł "za dużo" (to jest do zwrotu), a po drugie - rata spadłaby o połowę, do ok. 940 zł.

Banki mówią o stratach 60 mld zł

Bankowcy i frankowicze czekają z niecierpliwością na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w jednej ze spraw w Polsce. Chodzi o sprawę państwa Dziubaków, o której więcej piszemy tutaj. W opinii prawników, opinia TSUE może być wskazówką dla sądów, jak rozstrzygać inne podobne sprawy.

W maju rzecznik generalny TSUE wydał opinię (oczywiście niewiążącą, aczkolwiek mogącą wskazywać, co orzeknie Trybunał) pozytywną dla frankowiczów. Gdyby ziściło się najgorsze rozstrzygnięcie dla banków, mogłoby ono kosztować cały sektor bankowy ok. 60 mld zł, czyli około czterokrotność rocznych zysków - szacuje Związek Banków Polskich. Koszty mogłyby pójść w górę, gdyby z roszczeniami zaczęli występować także klienci, którzy już spłacili swoje kredyty we frankach.

Jak widać, na jednym "odwalutowanym" kredycie banki mogą tracić setki tysięcy złotych, a część prawników reprezentujących frankowiczów w sądach podkreśla, że z punktu widzenia ich klientów to i tak może nie być tak korzystne rozwiązanie jak unieważnienie umowy. Z drugiej strony - oczywiście każdą z tysięcy spraw sądowych należy traktować osobno. Banki także przedstawiają swoje argumenty. Już słyszy się np. o pomysłach "ściągania" z klientów po unieważnieniu umowy setek tysięcy złotych z tytułu "kosztów wykorzystania kapitału", czyli tego, że klient miał pieniądze od banku do dyspozycji przez zwykle kilkanaście lat. Tyle że z kolei frankowicze zauważają, że skoro umowa jest nieważna, to nie ma podstawy, na której pieniądze trafiły do klienta, więc o żadnych odsetkach czy innych kosztach wykorzystania kapitału nie może być mowy. Co więcej, frankowicze mogą z kolei podnosić, że nie powinni zwracać bankowi nawet pożyczonego kapitału, bo minął trzyletni okres przedawnienia roszczenia banku (liczy się od daty wypłaty kredytu). Jednak nie wszyscy prawnicy zgadzają się z taką interpretacją.

Tych kilka powyższych przykładów pokazuje więc, że rozsądzenie i rozliczenie spraw kredytów frankowych wcale nie jest proste. Wiele zależy od każdej ze stron - argumentów prawników banków, żądań frankowiczów, a na końcu - od sądów, które każdą ze spraw rozpatrują indywidualnie. I ostatecznie wcale masowo nie muszą się kierować ogólnymi "wskazówkami" orzeczniczymi nawet i z Sądu Najwyższego czy Trybunału Sprawiedliwości UE.

Zobacz wideo