Rząd wycofuje się z likwidacji 30-krotności, ale wyższe składki ZUS zapłacą za to inni

Prawdopodobnie nie dojdzie do planowanej m.in. przez premiera Mateusza Morawieckiego likwidacji tzw. limitu 30-krotności. Tym samym najlepiej zarabiające osoby nie będą płacić więcej na ZUS. Wszystko wskazuje jednak na to, że podwyżka składek obejmie inną dużą grupę pracowników - osoby zatrudnione na podstawie umów zleceń. Tylko w przyszłym roku budżet państwa może na tym zyskać 2,5 mld zł.
Zobacz wideo

Mimo że w projekcie budżetu na 2020 r. założono wyższe wpływy ze składek ZUS, po likwidacji 30-krotności wszystko wskazuje na to, że do tego ruchu nie dojdzie. Budżet na zmianie zyskałby obecnie ok. 5 mld zł netto rocznie, natomiast w przyszłości ZUS musiałby liczyć się z poważnymi obciążeniami związanymi z wypłatą wyższych emerytur dla najlepiej zarabiających osób. Nieprzychylni likwidacji 30-krotności składek ZUS byli politycy Porozumienia, z wicepremierem Jarosławem Gowinem na czele, a także prezydent Andrzej Duda.

Wyższe składki ZUS na "śmieciówkach"

Nadal jednak w projekcie budżetu są zaplanowane wpływy z podwyżki składek ZUS w innym miejscu. Chodzi o osoby pracujące na umowach zleceniach. Już od 2020 r. składki ZUS miałyby być odprowadzane od wszystkich ich umów, wszystkich dochodów.

Dziś tak nie jest - obowiązkowo ozusowane są wyłącznie umowy, które łącznie opiewają na kwotę do wysokości minimalnego wynagrodzenia (w tym roku 2250 zł brutto, w 2020 r. 2600 zł). Przykładowo, jeśli ktoś dziś z tytułu jednej umowy zlecenia zarabia 2300 zł brutto, a z kolejnej np. 2000 zł, to obowiązkowo oskładkowana jest tylko ta pierwsza. Jeśli ktoś ma (hipotetycznie) cztery umowy zlecenia, każda na 1000 zł brutto, to składki są odprowadzane od pierwszych trzech umów. 

Podobne zasady obowiązują, jeśli dana osoba pracuje np. na podstawie umowy o pracę i dodatkowo umowy zlecenia. Jeśli z tytułu umowy o pracę dostaje przynajmniej najniższą krajową, umowa zlecenie nie musi być ozusowana. Jeśli ktoś prowadzi działalność gospodarczą i jednocześnie bierze umowę zlecenie, to nie musi płacić składek od tej umowy, chyba, że korzysta z preferencji w składkach ZUS w ramach swojej działalności (np. mały ZUS). 

Rozbicie wynagrodzenia na kilka umów, z których tylko niektóre są oskładkowane, sprawia, że pracownik (konkretnie: zleceniobiorca) dostaje wyższe wynagrodzenie na "rękę", a pracodawcę (konkretnie: zleceniodawcę) mniej kosztuje utrzymanie pracownika.

Pełne ozusowanie umów zleceń sprawiłoby więc, że pracownicy zarabialiby mniej netto, a pracodawcy odprowadzaliby za nich wyższe składki. Przykładowo, nieoskładkowane 3000 zł na umowie zlecenie oznacza dla pracownika ponad 2550 zł na rękę, a oskładkowane o ok. 300 zł mniej. Z kolei dla pracodawcy ozusowana umowa zlecenie na 3000 zł to ponad 500 zł składek na ubezpieczenie społeczne dla danego pracownika.

Z drugiej strony warto pamiętać, że wyższe składki za daną osobę to jej wyższa emerytura w przyszłości. 

Szykowane zmiany prawdopodobnie nie będą dotyczyć osób pracujących na umowach o dzieło. Tutaj podobną reformę trudno byłoby bowiem przeprowadzić. Kilka miesięcy temu wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed zapowiadał natomiast uszczelnienie umów o dzieło tak, aby "nie było omijania prawa, że umowa o pracę staje się umową o dzieło, a to nie jest o dzieło".

Budżet zyska na tym ruchu

W przyjętym w kwietniu br. Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2019-2022 zakładano, że tylko w 2020 r. pełne oskładkowanie osób na umowach zlecenia mogłyby przynieść ZUS-owi ok. 3,1 mld zł dodatkowych składek na ubezpieczenie społeczne. Netto budżet zarobiłby jednak kilkaset milionów złotych mniej - konkretnie ok. 2,5 mld zł, bo wyższe składki na ZUS to niższa podstawa opodatkowania, a tym samym niższy podatek PIT.

Pomysł mniej kontrowersyjny

Wiele osób pracujących na umowach zlecenia zapewne nie będzie zadowolonych ze zmiany - będą w końcu zarabiali mniej "na rękę". Plany reformy wzbudzają jednak znacznie mniejsze kontrowersje niż w przypadku likwidacji 30-krotności. W tamtym przypadku bowiem efektem byłyby bardzo wysokie emerytury osób dziś najlepiej zarabiających (których emerytury i przy utrzymaniu zasady 30-krotności będą stosunkowo niezłe).

W przypadku wielu osób pracujących na umowy zlecenia efekt pełnego ozusowania będzie zgoła inny. Dodatkowe składki sprawią, że ich świadczenie będzie nieco mniej "głodowe". 

Składki od umów zleceń ucywilizowane kilka lat temu

Tak naprawdę obecna zasada - iż oskładkowane są wszystkie umowy-zlecenia do wartości wynagrodzenia minimalnego - obowiązuje dopiero od 2016 r. Wcześniej składki były naliczane tylko od pierwszej umowy. Tymczasem pracodawcy często zawierali z pracownikiem kilka umów-zleceń, w tym pierwszą (tę ozusowaną) na raczej symboliczną kwotę.

Konsekwencje tego z punktu widzenia przyszłych emerytur były dwie. Po pierwsze - odprowadzane składki były bardzo niskie. Ale znacznie gorszy był drugi efekt - zleceniobiorca w zasadzie nie "wyrabiał" sobie stażu składkowego, koniecznego, aby otrzymać z ZUS choćby emeryturę minimalną. Takiej osobie do stażu składkowego liczyło się tylko tyle, ile jej wynagrodzenie na ozusowanej umowie stanowiło w stosunku do płacy minimalnej w kraju. Co to oznacza? Przykładowo, w 2011 r. płaca minimalna w Polsce wynosiła 1386 zł. Jeśli ktoś na pierwszej ozusowanej umowie-zleceniu miał kwotę 138,60 zł, to do jego stażu składkowego nie liczył się cały rok pracy, ale tylko 1/10 roku. 

Biorąc pod uwagę, że aby otrzymać emeryturę minimalną (czyli np. obecnie 1100 zł brutto nawet jeśli z odprowadzonych do ZUS składek wynikałoby niższe świadczenie), należy mieć staż składkowy 20 lub 25 lat (kolejno dla kobiet i mężczyzn), kilka lat pracy na umowach zlecenia mogło skutecznie zamknąć drogę do wyższej emerytury.

Czytaj też: Lawinowy wzrost "głodowych" emerytur. Czkawką odbija się bezrobocie i śmieciówki