Polaków czekają głodowe emerytury. Matematyka jest nieubłagana, chociaż jest pewien promyk nadziei

O ile dziś przeciętna emerytura to trochę więcej niż połowa ostatniej pensji, za kilkadziesiąt lat dostaniemy z ZUS mniej niż jedną czwartą tego, co zarabialiśmy tuż przed przejściem na emeryturę. Chyba, że politycy dla zaspokojenia tej grupy zaczną hojniej sięgać do budżetu, a więc... do kieszeni innych Polaków.

Tzw. nowy system emerytalny, który obowiązuje od 1999 r., jest w gruncie rzeczy banalnie prosty. Opiera się na zasadzie - ile odłożysz składek emerytalnych w czasie swojej aktywności zawodowej, tyle będziesz miał na emeryturę. Na podstawie zebranej kwoty oraz prognozy tego, ile będziesz żyć, ZUS wylicza, jakie świadczenie może ci dożywotnio wypłacać.

Dziś na emerytury przechodzą jeszcze osoby, które korzystają ze zwykle całkiem niezłych zasad wyliczania tzw. kapitału początkowego, czyli tego, co uzbierały przed reformą w 1999 r. Ale stopa zastąpienia - czyli stosunek wysokości pierwszej emerytury do ostatniej pensji - już jest coraz niższa. Jeszcze w 2016 r. oscylowała w granicach 60 proc., według nowych danych ZUS dziś to już 53,8 proc. 

W kolejnych latach stopa zastąpienia będzie wciąż mocno spadała, aż - to wyliczenia ZUS - w 2080 r. wyniesie raptem 23,1 proc. Ale nie trzeba sięgać nawet tak daleko - Instytut Badań Strukturalnych wylicza, że już w 2060 r. stopa zastąpienia wyniesie 24 proc. Tym samym będzie to najwyższy w Unii spadek stopy zastąpienia pomiędzy 2016 a 2060 r. Osoba, która tuż przed przejściem na emeryturę zarabiała np. 4 tys. zł, będzie musiała sobie radzić za mniej niż 1 tys. zł.

embed

Dlaczego stopa zastąpienia będzie tak kiepska?

To oczywiście gigantyczne uproszczenie, ale można powiedzieć, że w obecnym systemie wysokość emerytury to trochę jak ułamek, w którego mianowniku mamy kwotę odprowadzonych składek (powiększonych o waloryzację), a w liczniku szacowaną dalszą długość życia na emeryturze.

Dane europejskiego urzędu statystycznego Eurostat wskazują, że Polacy są w ogonie Europy, jeśli chodzi o oczekiwaną długość kariery zawodowej, z wynikiem 33,5 roku. Przy jednoczesnym wydłużaniu się przewidywanej długości życia (a więc pobierania emerytury) dochodzimy do sytuacji, w której czas zbierania w ZUS na emeryturę może być zbliżony do czasu, przez który statystycznie z tego kapitału będziemy korzystać.

embed

Matematyka jest tu nieubłagana - jeśli ktoś zarabia na umowie o pracę np. 4 tys. zł brutto, to jego składka emerytalna wynosi łącznie ok. 781 zł (już nie wnikając w to, ile idzie na konto w ZUS, ile na subkonto, ile - jeśli w ogóle - do OFE). Trudno szybko uzbierać z tego kokosy, które wystarczą na wysoką emeryturę przez wiele lat.

Jak wynika z najnowszych danych ZUS, wspólne dla kobiet i mężczyzn średnie dalsze trwanie życia będzie rosło. Wzrośnie dla 60-latków z 22,5 lat w 2020 r. do 29,8 lat w 2080 r., dla 65-latków z 18,7 lat w 2020 r. do 25,3 lat w 2080 r. Skoro zgromadzony kapitał emerytalny będzie musiał wystarczyć na dłużej, emerytury będą niższe. 

Większość otrzyma emerytury minimalne

Od tej zasady "ile odprowadzisz składek, tyle dostaniesz emerytury" jest właściwie tylko jedno odstępstwo. Otóż polega ono na tym, że jeśli wypracuje się 20 (kobiety) lub 25 (mężczyźni) tzw. lat składkowych, to przysługuje emerytura minimalna. W 2019 r. wynosi ona 1100 zł brutto, w 2020 r. ma wzrosnąć do 1200 zł. 

Nawet jeśli ktoś ze swoich składek zbierze kapitał, który pozwoliłby normalnie na emeryturę np. ledwie 800 zł, ale jednocześnie ma odpowiedni okres składkowy, ma prawo do podniesienia jej do wysokości emerytury minimalnej.

Już dziś drastycznie rośnie (i będzie rosnąć dalej) liczba osób, które nie mają prawa nawet do emerytury minimalnej. Na koniec 2018 r. takich osób było ok. 219 tys. Siedem lat wcześniej ledwie ok. 24 tys. Według szacunków Federacji Przedsiębiorców Polskich, w 2030 r. osób bez prawa nawet do emerytury minimalnej będzie ok. 615 tys. Spośród "nowosystemowych" emerytur przyznanych w 2018 r. już co szósta opiewała na kwotę niższą niż ustawowa emerytura minimalna. 

embed
embed

Czytaj więcej: Lawinowy wzrost "głodowych" emerytur. Czkawką odbija się bezrobocie i śmieciówki

Według szacunków Instytutu Badań Strukturalnych, już w najbliższych latach odsetek emerytów, których emerytura nie przekroczy emerytury minimalnej, wzrośnie do ponad 20 proc. W 2060 r. - przy założeniu obecnego wieku emerytalnego - prawie 2/3 wszystkich emerytur będą stanowiły te minimalne lub niższe. 

embed

Czy coś można z tym zrobić?

Jeśli chodzi o świadczenia z ZUS, recepta jest prosta, choć raczej średnio atrakcyjna - należy jak najdłużej pracować. Z dwóch powodów. Po pierwsze, wtedy odprowadzimy więcej składek. Po drugie - jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, wtedy krócej będziemy żyli na emeryturze. Wyliczenia ZUS wskazują, że każdy rok pracy to nawet ok. 10 proc. wyższe świadczenie.

Reforma emerytalna podnosząca wiek emerytalny, jak wiadomo, zdecydowanie nie przypadła Polakom do gustu. Teraz słyszymy raczej sugestie i porady, że dłuższa praca się opłaca. Jednocześnie jednak w Kancelarii Prezydenta mają trwać wstępne prace nad ustawą wprowadzającą tzw. emerytury stażowe - wskutek której część osób nabyłaby prawo do emerytury nawet przed 60. rokiem życia. W uzasadnieniu ustawy obniżającej wiek emerytalny mogliśmy z kolei przeczytać np., że choć Polacy żyją coraz dłużej, to jednocześnie "nie wydłuża się ich zdolność do pracy" i dlatego decyzja o tym, w jakim wieku zakończyć pracę zawodową, powinna należeć do każdego z osobna. 

Ewentualnie, jest jeszcze jedna rada na wyższą emeryturę z ZUS - można po prostu podnieść składkę emerytalną. Tyle że to również mało akceptowalne społeczne rozwiązanie, bo oznaczałoby niższe pensje netto. Tymczasem wysokich składek na ZUS raczej płacić nie lubimy, o czym świadczy np. to, że wciąż niektórzy świadomie wybierają umowy "śmieciowe", a przedsiębiorcy chętnie korzystają z małego ZUS-u, ulg na start itd.

>>> Co się stanie z naszymi pieniędzmi z OFE?

Zobacz wideo

Oszczędzanie poza pierwszym filarem

Alternatywą jest oczywiście samodzielne oszczędzanie - czy to w programach emerytalnych typu IKE i IKZE, czy na PPE albo PPK (albo innych programach, które jeszcze nie powstały), albo zupełnie poza emerytalnymi filarami.

Choć i z tym na razie w Polsce jest mocno przeciętnie. Dane Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że Polacy mają ok. 1 mln IKE, na których przeciętnie trzymają... ok. 9,5 tys. zł. Z IKZE jest jeszcze gorzej, bo na niespełna 700 tys. kontach mamy średnio po niecałe 4 tys. zł. Co więcej, można szacować, że regularnie co roku swoje IKE lub IKZE zasila tylko co trzeci Polak.

Problemem jest nie tylko brak woli czy możliwości odkładania, co także brak zaufania do rozwiązań wspieranych przez państwo. Dobrym przykładem są tutaj Pracownicze Plany Kapitałowe, z których w pierwszym etapie wypisało się 60 proc. osób. Z pozoru wszystko wygląda całkiem zgrabnie - składka pracownika nie jest szczególnie wysoka (2 proc., przy niższych pensjach raptem 0,5 proc.), a swoje dorzuca pracodawca i państwo. Komunikacyjnie i technicznie popełniono jednak już wokół nich sporo błędów. Przykłady? Niby z PPK można się wypisać, ale co cztery lata i tak będziemy znów zapisywani (i tak w koło Macieju trzeba znów się wypisywać). Niby pieniądze na PPK są w pełni prywatne, ale premier Morawiecki nagle wyskakuje z pomysłem wpisania tego do Konstytucji - tak, jakby miało to sprawić, że środki staną się jeszcze bardziej prywatne. To tylko podważa, a nie umacnia zaufanie do PPK.

Liczyć na łaskę rządzących, czyli w grupie siła

Inną szansą na nieco lepszą egzystencję na emeryturze może być... presja na rządzących. Skoro już dziś rząd ima się "trzynastek", "czternastek" czy sowitej waloryzacji kwotowej, to można sobie wyobrazić, że kiedyś - gdy emeryci będą stanowili jeszcze większą część wyborców w Polsce - kolejne rządy będą starać się jeszcze mocniej wedrzeć się w łaski seniorów. Bez głosów emerytów po prostu nie będzie można zdobyć władzy.

embed

To może oznaczać kolejne łakome kąski dla seniorów, chociaż oczywiście zupełnie innym tematem jest to, jakim kosztem dla budżetu państwa będzie się to odbywało.

W zasadzie jedynym, co sprawi, że w najbliższych dekadach sytuacja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie stabilna będzie to, że... ZUS będzie wypłacał coraz niższe emerytury. Pytanie, co w momencie, gdy wpływów z bieżących składek - przy malejącej liczbie osób pracujących - będzie już stanowczo za mało i z budżetu państwa trzeba będzie dosypywać znacznie większe kwoty niż obecnie. Dziś dotacja państwa to ok. 20 proc. przychodów FUS - w tym roku ma to być ok. 50 mld zł. Niestety, jednym z możliwych scenariuszy jest wówczas np. podwyżka podatków.