Impeachment Donalda Trumpa. "Quid pro quo", porównania do Jezusa i Piłata - o co chodzi? Wyjaśniamy

Donald Trump został formalnie oskarżony w ramach impeachmentu - jako trzeci w historii przywódca Stanów Zjednoczonych. Oskarżenia postawiła Izba Republikanów, gdzie większość ma Partia Demokratyczna, opozycyjna wobec prezydenta. Sam Trump broni się przed zarzutami, a całą procedurę nazywa "polowaniem na czarownice" - jego zwolennicy z Partii Republikańskiej przywołują nawet przykład Jezusa i Poncjusza Piłata. Jak Donald Trump znalazł się w tej sytuacji i co teraz się z nim stanie?

Impeachment Donalda Trumpa przechodzi w decydującą fazę. Po tym, jak Izba Reprezentantów formalnie go oskarżyła, sprawa trafi do Senatu, który zdecyduje o politycznym losie prezydenta. O co w tym wszystkim chodzi?

Donald Trump na celowniku Demokratów

Izba Reprezentantów formalnie przegłosowała w środę dwa zarzuty wobec Donalda Trumpa.  Pierwszy to nadużycie władzy, które według Partii Demokratycznej miało polegać na wywieraniu przez Trumpa presji na Ukrainę, by ta wszczęła śledztwo przeciwko Joe Bidenowi, rywalowi politycznemu prezydenta USA. Drugi to obstrukcja działań parlamentu w czasie śledztwa w tej sprawie.

Donald Trump od samego początku zdecydowanie przeciwstawiał się oskarżeniom wysuwanych przez Partię Demokratyczną. Nazywał je mistyfikacją i polowaniem na czarownice. Po decyzji parlamentu na swoim profilu twitterowym zamieścił wpis ze słowami: "Oni nie idą po mnie, idą po was. A ja tylko stoję na ich drodze".

Trumpa bronią też Republikanie. W czasie środowej debaty w parlamencie jeden z nich, Barry Loudermilk, posunął się do dosyć osobliwego porównania. "Poncjusz Piłat przyznał większe prawa Jezusowi niż Demokraci temu prezydentowi" - powiedział.

Teraz impeachmentem zajmie się Senat. Gdyby poparł on zarzuty postawione przez izbę niższą Kongresu, droga do usunięcia Trumpa z urzędu prezydenta stanęłaby otworem. Tyle tylko, że o ile w Izbie Reprezentantów większość mają opozycyjni Demokraci, to w Senacie karty rozdaje Partia Republikańska. By prezydent stracił stanowisko, potrzeba dwóch trzecich głosów w 100-osobowej izbie. To oznacza, że na stronę Demokratów musiałoby przejść 20 Republikanów. Szanse na to są znikome, bo jak na razie żaden nie zapowiedział, że to zrobi.

Jak do tej pory nigdy nie udało się usunąć amerykańskiego prezydenta z urzędu, choć wobec dwóch (z Trumpem trzech) wysunięto już kiedyś oficjalne oskarżenia. Obaj zostali jednak uniewinnieni w Senacie (Richard Nixon, wobec którego rozpoczęto przygotowania do impeachmentu, sam zrezygnował ze stanowiska).

Wygląda na to, że to samo może spotkać Donalda Trumpa - i nawet z tym politycznym obciążeniem będzie mógł wystartować w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.

Ukraina w tle. Było "quid pro quo"?

A cała sprawa zaczęła się od rozmowy telefonicznej, jaką w lipcu Donald Trump odbył z nowym prezydentem Ukrainy, Wołodymyrem Zełenskim. Według Demokratów, wywierał w niej presję na Kijów, by ten szukał informacji szkodliwych dla Joe Bindena (politycznego rywala Trumpa w wyborach w 2020 r.) i ukraińskich interesów jego syna Huntera. Hunter Biden pracował na Ukrainie dla tamtejszej firmy w czasie, kiedy Joe Biden był wiceprezydentem (był nim za prezydentury Baracka Obamy, w latach 2009–2017). 

Kontekstu sprawie nadaje fakt, że wcześniej prezydent USA wstrzymał wypłatę prawie 400 mln dolarów pomocy finansowej dla Ukrainy, która została już zatwierdzona przez Kongres. Pieniądze te miały posłużyć do zwalczania wspieranych przez Rosję separatystów w Donbasie. Demokraci uważają więc, że Trump zastosował swego rodzaju szantaż - quid pro quo - czyli coś za coś - informacje pogrążające politycznego rywala w zamian za wsparcie finansowe.

>>>Zobacz, jak zaczęła się sprawa impeachmentu:

Zobacz wideo

O sprawie poinformował sygnalista pracujący dla wywiadu. Informacje te przekazał także do prasy, co wywołało polityczną burzę. W związku z tym Biały Dom opublikował transkrypcję (niepełną i nie dosłowną) rozmowy telefonicznej z 25 lutego. Izba Reprezentatów we wrześniu rozpoczęła swoje (polityczne) śledztwo w tej sprawie. Przesłuchiwani świadkowie potwierdzali podejrzenia - na przykład jeden z ważniejszych amerykańskich dyplomatów Bill Taylor, zeznał, że jego zdaniem prezydent jasno wskazywał, iż uruchomienie pomocy finansowej zależeć będzie od wszczęcia śledztwa w sprawie Bidena. Donald Trump wszystkiemu zaprzecza. Jego obrońcy podkreślają, że sam Zełenski przyznał, że nie czuł się naciskany, a pomoc ostatecznie została wypłacona.