"Tydzień gniewu" w Libanie. Zniszczone sklepowe witryny i bankomaty. Policja i armia na ulicach

Liban pogrąża się w ekonomicznym kryzysie i politycznym impasie. Siły bezpieczeństwa użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gumowych kul wobec protestujących, którzy w niedziele protestowali przed parlamentem w Bejrucie. W wyniku trwającej od tygodnia eskalacji przemocy rannych zostało 380 osób.

Po zabiciu przez Amerykanów irańskiego generała Kasema Sulejmaniego napięcie na Bliskim Wschodzie sięgnęło zenitu, a polityczni komentatorzy zastanawiali się czy jesteśmy już u progu wojny. Pogłębiający się kryzys ekonomiczny i polityczny w Libanie dodatkowo komplikuje sytuacje na Bliskim Wschodzie.

Zobacz wideo

Tłumy protestują na ulicach Bejrutu

W ostatnich dniach w Libanie doszło do największej erupcji przemocy od kilku miesięcy, okrzykniętej jako "tydzień gniewu". Początkowo demonstrujący wyrażali złość przeciwko bankom, które kilka dni temu ograniczyły Libańczykom dostęp do ich oszczędności. Na ulicach Bejrutu niszczono bankowe witryny oraz bankomaty, dochodziło do starć z policją. Podczas zamieszek demonstrujący wybili okna dwóch sklepów związanych z oskarżanym o korupcję ustępującym ministrem. W jednym z nich zniszczyli wyposażenie.

W sobotę protesty przeniosły się przed parlament. Setki osób skandowały "Rewolucja" gromadząc się na prowadzącej do parlamentu ulicy. W nocy przez dwie godziny protestujący rzucali kamienie, koktajle Mołotowa i inne przedmioty w kierunku policji. Część z nich próbowała przedrzeć się przez metalowe barierki oddzielające demonstrujących od służb porządkowych. Policja użyła gazu łzawiącego, armatek wodnych i gumowej amunicji w celu rozpędzenia tłumu. 

W niedziele na ulicach Bejrutu krótkotrwale pojawiły się jednostki wojskowe. Po ich wycofaniu powróciły brutalne starcia pomiędzy protestującymi i służbami bezpieczeństwa. Sytuacja uspokoiła się dopiero wieczorem. Wraz z ulewnym deszczem demonstranci zaczęli wracać do domu, a w Bejrucie pojawiły się wojskowe patrole.

Liban w ekonomicznym kryzysie

Zamieszki w Bejrucie wybuchły w wyniku pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego oraz przedłużającego się impasu związanego z próba stworzenia nowego rządu. W październiku po dwóch tygodniach protestów ustąpił premier Saad Hariri, który oskarżany jest przez Libańczyków o doprowadzenie do najgorszej od dziesięcioleci sytuacji gospodarczej w kraju. W niedziele desygnowany na nowego premiera Hassan Diab miał ogłosić nowy skład 18-osobowego rządu. Jednak po trwającym półtorej godziny spotkaniu z prezydentem Michelem Aounem nie wydano żadnego oficjalnego oświadczenia.

Protesty w Libanie zaczęły się w połowie października w reakcji na pomysł władz, by wprowadzić nowe podatki, w tym opłatę od korzystania z Whatsappa i innych komunikatorów internetowych. Władze z czasem zrezygnowały z nowej opłaty, jednak do tego czasu demonstracje przerodził się w szeroki ruch przeciwko rządowi i całej klasie politycznej, która dominuje w libańskiej polityce od końca wojny domowej, czyli lat 90. W protestach - szczególnie na początku - brał udział szeroki przekrój zróżnicowanego społeczeństwa Libanu: szyici, sunnici i chrześcijanie, młodzież, kobiety, ludzie spoza stolicy. 

W ostatnich tygodniach wartość funta libańskiego, którego kurs od dwóch dekad powiązana jest z kursem dolara, gwałtownie spadła. Jego wartość na czarnym rynku zmniejszyła się o 60 proc. Jednocześnie ustał napływ gotówki z zagranicy. Liban jest zadłużony a wzrost gospodarczy wynosi jedynie około 1 proc.

>>> W wyniku wojny w Syrii do liczącego niecałe 6 mln osób Libanu przybyło 1,5 miliona uchodźców:

Zobacz wideo
Więcej o: