"Musimy zrobić coś, co napawało nas grozą od czasów Gierka. Potężnie się zadłużyć i dopuścić inflację"

Grzegorz Sroczyński
Wyobraźnia ekonomiczna polskiej klasy politycznej jest tak wąska, że oni tych 250 mld zł potrzebnych od zaraz nie są w stanie nawet pomyśleć. Nie mówiąc o pożyczeniu tych kwot na rynkach - z ekonomistą dr Wojciechem Paczosem z Cardiff University rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Ile musimy wydać, żeby jakoś się przez to przeczołgać?

Dr Wojciech Paczos: Dużo. Bardzo dużo.

Czyli ile?

Dwieście, dwieście pięćdziesiąt miliardów złotych. Dziesięć procent zeszłorocznego PKB.

Żywej gotówki?

Tak. Nie chodzi o żadne gwarancje kredytowe, poręczenia rządowe, które znalazły się w pierwszej Tarczy Antykryzysowej, to są działania w tej chwili kompletnie nieadekwatne. Trzeba mieć gotówkę i to natychmiast. I pożyczyć ją na rynkach, bo to się da zrobić najszybciej.

Zadłużyć budżet na 250 mld?

Oby mniej. Ale trzeba być gotowym nawet na tyle. Im szybciej, tym lepiej. Inaczej zostaną z naszej gospodarki gruzy. Nie przesadzam. Możemy się potem wygrzebywać z tego stanu przez dekadę.

Nie ma żadnych obiektywnych powodów, żeby Polska nie mogła przeprowadzić operacji ratunkowej gospodarki. W dodatku dość dobrze wiadomo, co robić, pojawiło się błyskawicznie dużo literatury naukowej, głównie anglojęzycznej. Ekonomiści i akademicy tym razem stanęli na wysokości zadania, istnieją gotowe scenariusze, różnią się w szczegółach, ale wszystkie mają wspólny trzon.

Zobacz wideo Jak trzymiesięczny lockdown wpłynie na gospodarkę? „Odbicie w kształcie „kulfona V” jest możliwe”

Jaki?

Działać szybko, odważnie i hojnie. Polska tego nie robi.

Dlaczego?

Myślę, że z powodu ogromnego lęku przed zadłużeniem.

Lęku?

Jest ogromny opór. I w rządzie, i w opozycji. Polskie elity polityczne nie doceniają skali tego kryzysu i właśnie oblewają najważniejszy test w swoim życiu.

Pierwsza “tarcza” rządowa - jej faktyczny wymiar, bo nie mówię o gwarancjach i kredytach, tylko o rzeczywistych sumach, które mają płynąć do gospodarki - to jakieś 1,5 proc. PKB. Tyle co nic. Mamy za sobą miesiąc od zamknięcia szkół i wyłączenia wielu gałęzi gospodarki. Ten czas został zmarnowany. Po miesiącu, kiedy firmy zaczęły bankrutować, ludzie stracili dochody i pisali błagalne apele do posłów, ogłoszono parę dni temu tzw. tarczę finansową na 100 mld, czyli 4,5 PKB. Krok w dobrą stronę, ale to też za mało. Rząd zamroził całe gałęzie gospodarki i przez miesiąc mówił ludziom: radźcie sobie sami.

W Polsce po tym miesiącu ludzie są wściekli. WŚCIEKLI. Przedsiębiorcy klną tak, że uszy więdną, już nawet nie da się cytować, co wypisują na Facebooku. Najłagodniejsze: "Państwo zamknęło mi firmę, a potem mnie olało, utonę i nie zapłacę wam już nigdy ani złotówki podatku".

Kompletnie nieodpowiedzialna polityka państwa. Naprawdę, ciężko to zrozumieć. Kazać zamknąć firmy i nie powiedzieć, co dalej. Teraz po miesiącu - straconego czasu i błędnej polityki - rząd zmienia zdanie, ale to za mało i za późno. Brytyjczycy zaplanowali pomoc w wymiarze kilkunastu procent PKB. Jeden dzień po zamknięciu szkół! Polska tarcza jest spóźniona i za mała.

Morawiecki mówił w Senacie, że budżetu nie stać na hojny pakiet pomocy, bo to zachwiałoby zaufaniem rynków finansowych i mogłoby grozić kryzysem zadłużeniowym. Andrzej Rzońca, główny ekonomista Platformy, mówi to samo: Polska nie może się zadłużać.

Więc będziemy mieli tu gruzy z powodu wąskich horyzontów polskich elit politycznych. Mówię całkiem serio, zapaść gospodarki może być większa niż w 1989 roku.

Jeśli nie zadłużymy się teraz, natychmiast, żeby mieć pieniądze na podłączenie firmom kroplówki, to w przyszłości dług i tak wystrzeli. Po prostu obecne zadłużenie - o które tak niby dbamy, żeby go nie powiększać - będzie stanowiło coraz większą część kurczącego się z miesiąca na miesiąc PKB. Wtedy i tak się trzeba będzie dodatkowo zadłużać, żeby utrzymać padające usługi publiczne. 

Czytaj więcej: Koronawirus. Rząd i NBP wpompują kolejne 100 mld zł do firm. "Nowa tarcza bez precedensu"

Głupi płaci dwa razy.

Tak.

Jest coś nieprawdopodobnie dziwacznego w tym polskim paraliżu. Okazuje się, że rząd i główna partia opozycyjna o gospodarce myślą z grubsza podobnie. Ekonomiści na całym świecie niezależnie od swoich ideologicznych łatek mówią zgodnie - wydawać pieniądze, natychmiast. U nas premier publicznie zastanawia się nad stabilnością budżetu państwa, co akurat w tym momencie jest nieodpowiedzialne, bo daje sygnał obywatelom i rynkom, że rząd nie jest gotowy zrobić wszystkiego, co trzeba, tylko kluczy, ściboli pieniądze i się zastanawia. W marcu brałem udział w comiesięcznym panelu ekonomistów, gdzie pytano, czy istotny wzrost deficytu państwa jest właściwym sposobem przeciwdziałania konsekwencjom recesji. Przytłaczająca większość odpowiedziała, że tak. Profesor Andrzej Rzońca, główny ekonomista PO - że nie. Tymczasem dług to jest zwykłe narzędzie, a nie smok o siedmiu głowach.

Oni sobie w ogóle nie zdają sprawy, jaka jest skala tego, co się właśnie dzieje. A tę skalę można policzyć: z moich szacunków i wstępnych danych wynika, że w każdym tygodniu zamrożenia gospodarki, kiedy jesteśmy zamknięci w domach, znika 30 proc. konsumpcji. Konsumpcja to około 3/4 polskiego PKB. Czyli w każdym tygodniu znika nam, lekko licząc, 22 procent PKB.

Ile?!

Europejski Bank Centralny szacuje jeszcze więcej: od 24 do 36 procent.

Gdyby zamrożenie trwało tylko miesiąc - czyli 1/12 roku - zniknęłoby nam 2 proc. rocznego PKB, z tego - tak oceniam - 3/4 zniknie już na zawsze, a 1/4 to konsumpcja przełożona na później. Czyli mechaniczne straty przy zamrożeniu gospodarczym to około 1,5 proc. rocznego PKB co miesiąc. Ale - podkreślam - to jest tylko prosty i skrajnie optymistyczny rachunek zakładający, że nie upadnie żadne przedsiębiorstwo, nie pojawi się żaden bezrobotny, zamrażamy gospodarkę, a potem odmrażamy w takim samym stanie i wszystko wraca do normy. Tymczasem polska bezczynność już uruchomiła efekt domina i te dane będę całkiem inne.

Jak bardzo inne?

Po pierwsze mamy za sobą zmarnowany miesiąc bez żadnych działań. Po drugie zamrożenie będzie trwało przecież kolejny miesiąc, może dwa - pandemia w Polsce nie zwolniła. Przy tak długim czasie zamrożenia i błędach na początku, zaczynają działać efekty nieliniowe, czyli firmy, które nie mają obrotów, przestają płacić swoim podwykonawcom, tamci nie płacą kolejnym, zwalniają ludzi, upadłości firm przyspieszają. I wtedy mówimy o rocznym spadku PKB w okolicach 10 proc.

To dużo? Można to do czegoś porównać?

Ciężko to do czegokolwiek porównywać, bo nie mieliśmy takiego zjazdu w historii. 10 procent spadku PKB to byłby armagedon. Naprawdę. To jest dużo większy spadek niż przy transformacji 1989 roku. Tak to należy widzieć.

Wszystko rozbija się o to, że trzeba zainwestować potężne pieniądze dziś, nie za miesiąc, tylko od razu, wtedy możemy ograniczyć zjazd PKB i wylądować gdzieś 2 proc. poniżej zera. To bardzo optymistyczny scenariusz.

Możliwy?

Nie sądzę. Zmarnowano już miesiąc.

Decyzje powinny być podejmowane dokładnie w dniu zamknięcia szkół, kiedy ludzie zostali w domach. Powinni dostać informację, jaki będzie cel działań: hibernacja gospodarki i natychmiastowe podłączenie kroplówki, tak jak zrobiono w Wielkiej Brytanii. Tymczasem w Polsce władze powiedziały: zamykamy szkoły, zabraniamy działać całym gałęziom gospodarki, a za trzy tygodnie zobaczymy, co dalej. Na razie jakoś sobie radźcie. Coś tam potem damy, jakieś gwarancje kredytowe, jakieś dopłaty, 150 stron zawiłych przepisów, których właściciele firm nie są w stanie zrozumieć, z czegoś może was zwolnimy, z czegoś nie, ale w sumie - to nie wiadomo. A najlepiej to się teraz zajmijmy wyborami.

Mamy rząd, który uważa, że na śmiałe działania brakuje pieniędzy. Mamy opozycję, która nie przedstawia alternatywy: „drukowanie pieniędzy to łamanie konstytucji”, „będzie z tego druga Grecja”, „wydali wszystko na 500 plus i teraz nie mają”. I mamy prezydenta, który podpisał ustawę budżetową z niby zerowym deficytem. Myśmy się w gronie ekonomistów śmiali z tego zera, bo tam są różne rzeczy pozamiatane pod dywan, ale tak czy siak to nie jest budżet na czasy kryzysu. On jest teraz kompletnie do wyrzucenia i należałoby to natychmiast ogłosić. Ale władza się tym zerowym deficytem już pochwaliła i - mam wrażenie - za wszelką cenę próbuje udawać, że to ich trwałe osiągnięcie, nawet mimo kryzysu. To nie jest czas na chwalenie się brakiem deficytu! To czas, żeby się potężnie zadłużyć i wesprzeć gospodarkę, bo nie będzie czego zbierać.

W centrum Warszawy stoi licznik długu postawiony przez FOR Leszka Balcerowicza - obecnie jest na nim bilion złotych z ogonkiem. Może po prostu rzeczywiście nas nie stać na pożyczanie pieniędzy?

Absolutnie nas stać. Mamy jedną z lepszych na świecie pozycji startowych do zadłużania się. Polski dług wynosi obecnie sporo poniżej 50 proc. PKB, to jest wskaźnik lepszy niż mają Niemcy. Mamy najniższe w historii stopy procentowe. W dodatku 70 proc. polskiego zadłużenie to są długi wewnętrzne, a 30 proc. zadłużenie zagraniczne.

I to jest dobra pozycja wyjściowa?

Bardzo dobra. W sytuacji kryzysu instytucje finansowe na całym świecie chętnie kupują obligacje państwowe, bo to bezpieczna przystań kapitału w czasach recesji. Więc mało prawdopodobne, że jak zaczniemy pożyczać, to rynki spanikują i nagle, drastycznie podniosą nam stopy procentowe. Grecja dziesięć lat temu była zwyczajnie niewypłacalna, ale nikt nie chciał tego przyznać - dlatego rynki spanikowały. Nam - o ile uratujemy gospodarkę - niewypłacalność nie grozi. I rynki to akurat rozumieją.

W Konstytucji mamy zapisane ograniczenie długu do 60 proc. PKB.

Oczywiście. Ale do osiągnięcia tego poziomu mamy ogromny luz - jakieś 300 mld zł. I jest kompletnie nieodpowiedzialne z tego luzu teraz nie korzystać.

Nie jestem propagatorem bezsensownego zadłużania, swoją karierę akademicką poświęciłem studiowaniu epizodów bankructw państw, więc wiem, z czym to się wiąże i jakie są zagrożenia długu. Ale tutaj celem jest uratowanie gospodarki, miejsc pracy, zdrowia i życia ludzi. Bo jeśli tego nie zrobimy natychmiast, to zapłacimy dużo wyższą cenę. Jedyną możliwością jest bardzo się zadłużyć. Te pieniądze są potrzebne na prawidłową hibernację gospodarki, podanie kroplówki i wspieranie podaży, potem na ponowny rozruch gospodarki - oby jeszcze w tym roku, wreszcie na politykę wspierania popytu w roku przyszłym, wtedy musimy wysyłać pieniądze już nie do firm, tylko do ludzi. I trzeba jasno powiedzieć, jakie są etapy tego planu. U nas nie ma nawet tego pierwszego etapu, nikt nie powiedział obywatelom, jak długo będziemy w stanie utrzymać gospodarkę w hibernacji.

I dlaczego nikt nam tego nie mówi?

Bo wszyscy rozmawiają o zbyt małych kwotach. A może 40 mld damy firmom? A może jeszcze uszczkniemy gdzieś 10 mld? A może obciąć 500 plus - słyszałem taki pomysł, bardzo szkodliwy - to znajdziemy 20 mld i wpompujmy do gospodarki? To wszystko wygląda jak przelewanie morza chochelką. Jeśli klasa polityczna ma takie ograniczenia wyobraźni, no to nie jest w stanie kolejnych etapów działań zaplanować, bo wciąż rozmawia o nieadekwatnych kwotach i wszyscy wiedzą, że za te pieniądze można tylko markować działania, a nie robić coś na poważnie. Wtedy lepiej bić się o wybory i odwracać uwagę ludzi od tej mizerii. A potem się zobaczy, może coś gdzieś jeszcze uskrobiemy. Wyobraźnia ekonomiczna polskiej klasy politycznej jest tak wąska, że oni tych 200-250 mld zł potrzebnych od zaraz nie są w stanie nawet pomyśleć. Nie mówiąc o pożyczeniu tych kwot na rynkach.

No dobrze, powiedzmy, że pożyczamy w tym roku 250 mld zł. I co dalej?

Pompować do firm. Ale - jeszcze raz podkreślam - chodzi o żywą gotówkę, nie o żadne gwarancje kredytowe. Jeśli jesteś kinem, restauracją, przedsiębiorstwem transportowym i nagle znika ci cały dochód, masz zero, to co ci da gwarancja kredytowa albo odłożenie ZUS? Przecież nawet nie wiesz, ile czasu nie będziesz mieć dochodów. Miesiąc? Rok? To, co państwo powinno zrobić - i kraje takie jak Wielka Brytania, Dania, Francja po to zaciągają teraz nowe długi - to wziąć na siebie część kosztów stałych i obowiązek płacenia pensji pracownikom przez cały okres zamrożenia gospodarki. Wynika to z prostej zasady: firmy, które teraz gryzą glebę i nie mają dochodów, nie znalazły się w tej sytuacji z własnej winy, niskiej produktywności, własnych błędów. To jest szok całkowicie niezawiniony, który nie ma nic wspólnego z tzw. kreatywną destrukcją Schumpetera, czy z cyklami koniunkturalnymi. To nie są żadne prawa rynku, że najsłabsi wylatują. Teraz najbardziej zaradni mogą być w totalnej kropce, na przykład dlatego, że ciągle inwestowali, mają duże koszty stałe. Firmy gryzą glebę, bo państwo zamknęło działalność tych firm w celu ratowania zdrowia i życia ludzi. Więc jeśli rząd powiedział A, to musi powiedzieć B: tak, zamykamy firmy, ale bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za ich przetrwanie. Nie można zamknąć gospodarki i powiedzieć: a teraz sobie radźcie.

Czy w Wielkiej Brytanii też jest taka złość? Przedsiębiorcy też są tak wściekli i bezradni?

Nie ma. Tutaj jest zupełnie inna atmosfera.

Firmy nie padają?

Narracja rządu jest taka: będzie ciężko, nie da się uniknąć strat, ale zrobimy wszystko, co trzeba. Nie komunikują ludziom: a, zobaczymy, co się wydarzy, a teraz zajmujemy się wyborami. To była pierwsze decyzja zanim zamrożono gospodarkę, że wybory samorządowe zostały odwołane, dopiero potem zamknięto szkoły. Po to, żeby nie zajmować się wyborami, tylko kryzysem.

I rząd wziął na siebie płacenie pensji w firmach?

Tak. Płaci 80 procent. Pozostałe 20 proc. pensji przedsiębiorca nadal może opłacać, jeśli go stać, ale może też zrobić czasową obniżkę pensji i wtedy wszystko wypłaca państwo. Państwo wypłaca też rekompensaty samozatrudnionym. W Polsce w tzw. tarczy antykryzysowej podobny mechanizm został jedynie zamarkowany, nie był żadną poważną ofertą: 40 proc. pensji miało opłacać państwo, a 40 proc. przedsiębiorca, ale jeżeli on ma zerowy dochód - wiele branż przecież zamknięto na głucho - to skąd ma te 40 proc. wytrzasnąć?

Podstawowa zasada działania kroplówki - i na to musi iść większość żywej gotówki w okresie hibernacji - to opłacanie przez państwo pensji w zamrożonych firmach, bo płace stanowią największą część ich kosztów. W dodatku to ma podwójny sens, zdejmuje fałszywy dylemat: wpierać firmy czy pracowników. W ten sposób wspierasz jedno, i drugie, nie szczujesz na siebie ludzi w środku pandemii i ograniczasz konflikty. I jeszcze jedna ważna zaleta tego mechanizmu: utrzymujesz relację pracownik-firma. To jest w tej chwili absolutnie kluczowe.

Dlaczego?

Każda firma - no, prawie każda, bo są też biznesy głupie i całkiem zbędne - ma unikalną wiedzę, jak robić to, co robi. Jeśli upada, to ta wiedza znika. Jeśli w okresie hibernacji pozwolimy na upadłości firm i zwolnienia pracowników, to dopuścimy do gigantycznego marnotrawstwa tej wiedzy, po prostu nie jest tak, że jak zniknie kilkaset tysięcy firm, to za parę miesięcy powstaną w ich miejsce nowe i błyskawicznie zaczną robić to samo. Zanim nauczą się tego, co wiedziały tamte, zanim odtworzy się ten specyficzny kapitał ludzki i kapitał wiedzy - miną lata.

Na pewno są firmy, których nie warto ratować. Ale obecne zamrożenie gospodarki to nie jest moment na taką weryfikację.

Czyli wypłacać pieniądze natychmiast i bez żadnego sprawdzania?

Bez. Na podstawie samych deklaracji firm. To nie jest czas na to, żeby weryfikować, komu się wsparcie należy, bo jest cacy, a komu nie, bo źle prowadzi biznes. Zahibernować wszystko tak, jak wyglądało na początku marca 2020 roku, utrzymać, jak długo się da, a potem odmrozić.

I co dalej?

No właśnie, jak prawidłowo odmrozić gospodarkę? Nikt tego wcześniej nie robił. Przecież nie będzie tak, że jednego dnia wszystkie drzwi się otworzą, wszyscy wrócą do pracy. To będzie zależało do tego, kto okaże się zdrowy, a kto chory, kto będzie miał nabytą odporność, a kto nie. I musimy to wiedzieć, a żeby wiedzieć, musimy testować. Tych testów jest ciągle za mało i zawsze będzie za mało. Będziemy musieli ustawić kolejkę do testów, co oznacza ogromne wyzwanie dla polityki gospodarczej, niektóre firmy będą się mogły otworzyć wcześniej, inne później.

Nieograniczony dostęp do testów musimy zapewnić pracownikom służby zdrowia i kilku branż kluczowych dla gospodarki. Ale kto w drugiej kolejności? Supermarkety? Sklepy? I kogo testować: młodych, starych? W jaki sposób ułożyć tą hierarchię? O tym nikt nie mówi, a to jest bardzo ważne. Bo w momencie odmrażania gospodarki pojawią się bardzo nierynkowe mechanizmy. Jeśli ludzie zechcą wrócić na przykład do restauracji i kin, no to pójdą do tych, które już mogą być otwarte, czyli mają dostęp do testów, a inne kina nie będą miały przetestowanych pracowników i pozostaną zamknięte. Możemy mieć wtedy do czynienia z ogromnym przepływem przychodów i zysków, który nie będzie wynikał z przewagi konkurencyjnej, tylko z miejsca w kolejce do testowania. To się będzie działo już w tym roku i w zasadzie nikt o tym nie rozmawia.

Nikt też nie rozmawia o sprawie zasadniczej, czyli o celu tego wszystkiego.

O celu? Czyli o czym?

Jaki jest koniec końców cel naszego siedzenia w domu? Pan to wie? Rząd to powiedział? Moim zdaniem cześć pulsującej złości w Polakach bierze się stąd, że ludzie nie mają pojęcia, po co siedzą w domach. Co będzie zwiastowało koniec kwarantanny? Nie jest przecież celem to, że wirus zniknie, bo nie zniknie. Tak naprawdę po to siedzimy w domach, żeby państwo zwiększyło moce testowania, potrafiło odróżniać zdrowych od chorych oraz przygotowało służbę zdrowia do działania na wypadek drugiej fali pandemii na jesieni. I powinna być jasna komunikacja, że obecny etap skończy się w momencie, kiedy takie i takie moce testowania zostaną osiągnięte, tak i tak będzie wyglądała sytuacja w służbie zdrowia. Tego nie wiemy.

A w Wielkiej Brytanii to wiecie?

Tak. Sto tysięcy testów dziennie pod koniec miesiąca. Taki jest cel. Wielu ekspertów wątpi, czy to się uda, ale przynajmniej został nakreślony jakiś horyzont.

Jeśli uda się rozruch gospodarki, to jaki jest następny etap? Czekanie aż wróci wzrost PKB?

Sam raczej nie wróci.

To bardzo istotne, żebyśmy sobie zdawali sprawę, że przy obecnym kryzysie nie ma jednego zestawu zasad, wystarczy wcisnąć guzik i jechać na automacie. Ten kryzys ma całkiem różne etapy. W stanie hibernacji wpieramy podaż, żeby nie było długotrwałego zniszczenia mocy wytwórczych w gospodarce – spadki PKB i tak będą. A po odmrożeniu gospodarki wspieramy popyt, żeby uzyskać możliwie szybkie odbicie. Tylko to wymaga innych działań na kolejnych etapach, całkowicie innego podejścia teraz, a innego za trzy miesiące i pewnie jeszcze innego za kolejne trzy.

Czyli trzeba być równocześnie keynesistą i monetarystą, wolnorynkowcem i socjalistą?

Można tak powiedzieć. Trzeba mieć dobry zespół fachowców, który nie będzie patrzył na łatki ideologiczne. I nie tylko ludzi od makroekonomii, ale ze wszystkich dziedzin – specjalistów od rynku pracy, finansów publicznych, rynków finansowych, statystyków, epidemiologów, lekarzy, psychologów społecznych, pracodawców, związkowców – nawet specjalistów od komunikacji. Nie pojmuję, dlaczego takiego zespołu jeszcze nie ma.

Po odmrożeniu gospodarki pojawi się ogromny problem z popytem, który będzie bardzo osłabiony z kilku powodów. Po pierwsze wszyscy nadszarpną swoje oszczędności, więc nie będą zainteresowani wydawaniem pieniędzy. Po drugie wszyscy będziemy niepewni, czy ta pandemia nie wróci za dwa, trzy miesiące, a poczucie niepewności zawsze obniża wydatki. Po trzecie jeśli hibernacja gospodarki nie w pełni się uda, zaczną się bankructwa i bezrobocie, to ludzie nie będą mieli pieniędzy po prostu dlatego, że stracą pracę. To oznacza, że zaczną działać równocześnie trzy wielkie hamulce popytu i wtedy rolą polityki gospodarczej jest ten popyt wspierać.

Jak?

Podręcznikowe działania to transfery pieniężne do ludzi i niskie podatki - ale z pewnym zastrzeżeniem, zaraz do tego wrócę. Do tego niskie stopy procentowe. Luzowanie ilościowe. Dostępność kredytu. Ogólnie rzecz biorąc: obniżanie niepewności w gospodarce.

Transfery? Jeszcze większe niż 500 plus?

Być może to będzie potrzebne. Zwiększone transfery bezpośrednie nie są poprawnym narzędziem przy hibernowaniu gospodarki, czyli w tej akurat chwili. Ale będą dobrym narzędziem do odbudowywania popytu za chwilę.

A co z podatkami?

No i tu pojawia się problem. Jeśli odmrożenie gospodarki się uda, a potem uda się przywrócić szybki wzrost PKB, to i tak wylądujemy w „nowej normalności”. Czyli będziemy mieli bardzo wysoki dług publiczny i poobijaną ochronę zdrowia. Trzeba będzie z czegoś to sfinansować, czyli trzeba będzie podnieść podatki, ale mądrze.

Czyli jak?

Mocno zwiększyć progresję. Biedniejszym trzeba będzie podatki obniżyć, a wyższa klasa średnia i bogaci będą musieli płacić dużo więcej, niż obecnie. Mówię to z pełną świadomością hejtu, który się na mnie za te wysokie podatki wyleje. Ale nie ma alternatywy. Też dlatego, że pojawi się inflacja i trzeba będzie przed nią chronić biedniejszych.

Inflacja?

To będzie efekt uboczny polityki wspierania popytu.

W ramach komunikacji z obywatelami ta informacja powinna być czytelna już dzisiaj: po odmrożeniu gospodarki będziemy prowadzili politykę popytową, która niestety wywołuje efekt inflacji, ale w ramach rekompensaty obniżymy podatki najsłabiej zarabiającym, a podniesiemy zamożniejszym. Uważam, że w wyniku obecnego kryzysu będą musiały zostać wprowadzone podatki majątkowe dla ludzi naprawdę zamożnych, byłem dotąd przeciwnikiem tego rozwiązania, ale ten kryzys zmienia wiele poglądów.

Rozruch - czyli powrót do jako takiego funkcjonowania - będzie trwał do końca tego roku, a w przyszłym roku będzie potrzebne odbicie, czyli polityka transferów bezpośrednich i wspierania popytu.

I ile na to będzie trzeba? Kolejne 250 mld zł?

Nie wiem, nie sposób tego teraz policzyć. Ale to też będzie poważna kwota.

Czyli musimy teraz zrobić coś, co nas napawało zgrozą od czasów Gierka, i co było głównym lękiem ekonomicznym w III RP: zadłużyć się potężnie i dopuścić inflację?

Tak. Bo jesteśmy w sytuacji, kiedy wszystkie dotychczasowe strachy są nieistotne w porównaniu z tym, co może przynieść brak odwagi i hojności.

A jeśli zrobimy za mało i źle, jeśli zaliczymy spadek PKB o 10 proc., to naprawdę byłby koniec świata?

Już to mówiłem: to byłby spadek standardów i jakości życia większy niż w okresie transformacji po 1989 roku. Spadek PKB o 10 proc. - biorąc pod uwagę bardzo wysoki poziom nierówności dochodowych w Polsce - to naprawdę katastrofa społeczna. Ważne, żeby ludzie to usłyszeli: to jest największy kryzys od czasów transformacji. I skala tego kryzysu jest niedoceniana przez polskich polityków.

***

Dr Wojciech Paczos (1984) jest makroekonomistą, wykładowcą w Cardiff University, członkiem Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. Obronił doktorat w European University Institute we Florencji, założyciel Grupy Eksperckiej „Dobrobyt na Pokolenia”. Jest też członkiem Concilium Civitas.