Pobici ochroniarze i grube miliony w tle. Tak wyglądał poranek w spółdzielni mieszkaniowej w Gdańsku

Piątkowy poranek pod budynkiem spółdzielni mieszkaniowej "Ujeścisko" w Gdańsku był bardzo gorący. Ochroniarze zostali pobici przez mężczyzn podających się za policjantów. W tle wściekli nabywcy mieszkań, które od lat nie zostały wybudowane i oskarżenia o wyprowadzenie milionów złotych przez były zarząd spółdzielni.

- Byłam tam od godz. 7, czyli od samego początku. W spółdzielni jest siedem niedokończonych, niewybudowanych inwestycji poprzez sprzeniewierzenie pieniędzy wpłaconych przez wszystkich nabywców. Pieniądze nie trafiały do wykonawców, przez co budowa nie została ukończona. Kiedy jednak podjechaliśmy rano pod spółdzielnię, to znajdowało się tam siedem dużych radiowozów, pełnych policjantów. Funkcjonariusze obstawili cały budynek spółdzielni, na moje oko było ich kilkudziesięciu - mówi nam naoczna świadek zdarzenia, która woli pozostać anonimowa.

W piątek rano stary zarząd (zdaniem części członków spółdzielni miał doprowadzić do kłopotów finansowych spółdzielni) próbował wejść do budynku, gdzie władzę sprawuje wybrany miesiąc temu nowy. Gdańska Spółdzielnia Mieszkaniowa "Ujeścisko" znana jest z tego, że mieszkańcy wpłacili tam duże pieniądze, ale wciąż nie otrzymali obiecanych lokali" - podaje Onet.

Zobacz wideo Mieszkania potanieją przez koronawirusa? "To będą minimalne korekty"

Pobici ochroniarze

Po przejęciu władzy przez nowy zarząd w spółdzielni przebywali ochroniarze - obawiano się, że stary zarząd może siłą wkroczyć do biura. W piątek o szóstej rano na miejscu pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy mieli okazać pilnującym policyjne odznaki. Po wpuszczeniu do środka mężczyźni mieli zaatakować ochroniarzy gazem pieprzowym, a następnie ich pobić. Stróże musieli zostać przewiezieni do szpitala. Nasza rozmówczyni twierdzi, że napastnikami mogli być byli policjanci zatrudnieni w jednej z firm ochroniarskich.

Jeden z przedstawicieli nowego zarządu przesłał nam nagrania, na których widać dwóch rosłych mężczyzn wychodzących z budynku spółdzielni "Ujeścisko". Następnie wsiadają oni do samochodu, którego wyjazd blokują zgromadzeni pod spółdzielnią nabywcy mieszkań. 

Wewnątrz budynku SM "Ujeścisko" przebywał już w tym czasie były prezes spółdzielni, Maciej Skalik. Nasza rozmówczyni utrzymuje, że Skalik to człowiek wcześniejszego, wieloletniego prezesa "Ujeściska", który rzekomo miał wyprowadzić z kasy spółdzielni 30 mln złotych. 

- Naszym zdaniem to wtargnięcie ma na celu doprowadzenie do upadłości spółdzielni. Skalik i jego ludzie poszukiwali dokumentów, które mogłyby do tego doprowadzić - twierdzi informatorka.

"Ludzie czekają pięć lat"

Z jej relacji wynika, że niektórzy nabywcy na mieszkania czekają już od kilku lat. Na konto spółdzielni przelali duże sumy pieniędzy, nie otrzymując nic w zamian. Ta sytuacja wzmaga ich wściekłość.

- My mamy rok opóźnienia, ale są inwestycje, na które ludzie czekają już prawie pięć lat. Chcielibyśmy jak najszybciej odebrać nasze mieszkania, ale przy takich układach - gdzie byli policjanci biją ochroniarzy, a prezes Skalik właściwie jest nietykalny - nie wygramy - mówi.

- Jesteśmy tak zdenerwowani, mamy dosyć tej całej sytuacji. To wpływa na nasze prywatne życie. Wybierając się do pracy, usłyszałem, że spółdzielnia znowu została przejęta przez grupę ludzi, którzy weszli do środka, obezwładniając ochroniarza. W tym momencie nie wytrzymałem. Uważam, że są jakieś granice - mówi mężczyzna, którego słowa cytuje Onet. Czeka na mieszkanie od 2016 r. Do tej pory wydał na ten cel już 460 tys. złotych.

Skalik: Nie choruję na prezesurę 

Skalik pełnił funkcję prezesa SM "Ujeścisko" przez trzy miesiące. Został odwołany, gdy władzę w spółdzielni przejął nowy zarząd. - Nie choruję na prezesurę. Podjąłem się bardzo trudnej pracy, nawet udało mi się zmniejszyć dług spółdzielni o parę milionów złotych. Ale ludzie są rozwścieczeni. Myślą, że jestem jakimś słupem, a tak nie jest - tłumaczył w rozmowie z Onetem. 

Tłumaczy też, że wraz ze swoimi ludźmi chciał wejść do budynku, bo ma wyrok ws. zawieszenia uchwał nowego zarządu spółdzielni, które m.in. odwołują go z funkcji prezesa. Problem polega jednak na tym, że nie mają one natychmiastowej wykonalności. 

Postępowanie w sprawie zamieszania wokół spółdzielni prowadzi prokuratura.