Czy jesienią przyjdzie druga fala koronawirusa? "To wielce prawdopodobne" [WYKRES DNIA]

W większości krajów Europy, po szczycie zachorowań na początku kwietnia, teraz jest ich znacznie mniej. Następuje luzowanie kolejnych restrykcji, otwierają się granice - wróciliśmy do względnego spokoju. Jak długo utrzyma się ten stan? Czy za kilka miesięcy czeka nas druga fala zachorowań? - Jest to wielce prawdopodobne - nie ukrywa wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

Akurat w przypadku Polski pytania o drugą falę koronawirusa wzbudzają u części osób zaskoczenie, bo u nas przebieg krzywej wygląda inaczej niż w wielu innych krajach. W Polsce z jednej strony trudno mówić o wygaszeniu pierwszej fali, z drugiej - wyraźnego zaznaczenia tej pierwszej fali (ewidentnego szczytu zachorowań, charakterystycznego dla wielu krajów europejskich) nie było w ogóle.

Jesteśmy od dawna w fazie wypłaszczenia - czasem jest nowych zachorowań więcej (ponad 350-400), czasem mniej (poniżej 250), ale nie mieliśmy takiego "piku", a po nim "zjazdu" jak większość krajów Europy. Z drugiej strony, w tym momencie sytuacja Polski na tle innych krajów Europy nie jest już tak imponująca, jak była na początku. 

Na naszej wypłaszczonej fali dotarliśmy w tym momencie do ósmego miejsca w Europie pod względem aktywnych przypadków zakażenia koronawirusem - za Rosją, Francją, Włochami, Belgią, Białorusią, Ukrainą i Portugalią, ale przed m.in. Niemcami. Ta lista oczywiście pokrywa się w sporej mierze z rankingiem najbardziej ludnych państw Europy. W ostatnich przynajmniej kilkunastu dniach nie jesteśmy już w walce z koronawirusem europejskim "prymusem", raczej średniakiem - m.in. biorąc pod uwagę liczbę nowych zakażeń dziennie na milion mieszkańców. Ta obecnie wynosi dla Polski, w zależności od dnia, ok. 6-10 i jest porównywalna, a częstokroć nawet nieco wyższa, niż w wielu innych krajach Europy. Z drugiej strony - nawet jeśli obecnie jesteśmy średniakiem, to wciąż takim, którego system ochrony zdrowia z epidemią sobie względnie radzi.

W Europie pierwsza fala opada

W każdym razie z perspektywy całej Europy pierwsza fala koronawirusa ewidentnie minęła, obecnie notowanych jest zwykle blisko dwukrotnie mniej zakażeń dziennie niż w szczytowych momentach na przełomie marca i kwietnia. Dziś kontynentem szczególnie gnębionym przez COVID-19 jest Ameryka Południowa.

embed

Czy jednak Europa na długo może "odetchnąć"? Wszak kolejne fale czy piki zachorowań widać było także podczas poprzednich pandemii, np. hiszpańskiej grypy sto lat temu czy świńskiej grypy w 2009 r.

Druga fala? "Wielce prawdopodobna"

O to, czy koronawirus powróci, pytamy wirusologa, dra hab. Tomasza Dzieciątkowskiego. 

Jest to wielce prawdopodobne. Koronawirusy są typowymi wirusami oddechowymi, które wykazują sezonowość zachorowań. Myślę, że będziemy musieli zaakceptować obecność SARS-CoV-2 wśród nas. W sezonie jesienno-zimowym, powiedzmy od października do grudnia, najprawdopodobniej wystąpi zwiększona częstość zarażeń SARS-CoV-2, podobnie jak jest z zakażeniami wirusami grypy czy wirusami grypopodobnymi

- komentuje w rozmowie z Gazeta.pl wirusolog. Nie podejmuje się jednak spekulacji, jak wysoka mogłaby być ta druga fala. A to kluczowe pytanie, od niego zależy, jak z napływem chorych poradziłaby sobie ochrona zdrowia oraz czy i jak daleko idące restrykcje dla życia gospodarczo-społecznego byłyby koniecznie.

I tak jesteśmy w daleko bardziej komfortowej sytuacji niż sto lat temu. Mamy tlenoterapię, mamy w ogóle jakieś perspektywy leczenia, mamy płucoserca i respiratory. Wtedy były tylko i wyłącznie duże dawki aspiryny, która czasami akurat bardziej szkodziła niż pomagała

- mówi dr Dzieciątkowski.

Zresztą wiele zależy nie tylko od samego okresu w roku. Kluczowe będą także m.in. nasze zachowania i to, jak będziemy stosować się do reguł higieny i dystansowania społecznego.  

Najgorszą perspektywą, jaka może być, będzie ta, gdy zacznie chorować personel medyczny. Wtedy ludzie nie będą umierali na COVID-19, ale np. na zawał, bo nie będzie się miał ktoś nimi zająć

- ostrzega wirusolog.

Musimy być w gotowości

Władze wszystkich państw muszą być stale w gotowości - regularnie przypomina Światowa Organizacja Zdrowia. O tym, że SARS-CoV-2 może zostać z nami na bardzo długo, a druga fala "może być rzeczywistością dla wielu krajów za kilka miesięcy" ostrzegał w maju dr Mike Ryan, ekspert WHO. Przed kilkoma dniami powtarzał apel o ostrożność, wskazując, koronawirus nie stał się mniej patogenny. 

Co więcej, Ryan wcale nie daje do zrozumienia, że przynajmniej przez okres wakacyjny mamy od pandemii większy spokój i możemy swobodnie przygotowywać się do ewentualnego drugiego uderzenia za kilka miesięcy. Ekspert WHO wskazuje, że m.in. wskutek zbyt szybkiego znoszenia obostrzeń nowa fala zachorowań może pojawić się w każdej chwili. Wtóruje mu inna ekspertka Światowej Organizacji Zdrowia, Maria van Kerkhove. - Jeśli pozwolimy wirusowi działać, będzie infekować kolejne osoby i spowoduje ciężką chorobę u około 20 proc. ludzi - ostrzegała van Kerkhove.

O tym, jak może wyglądać ewentualna druga fala koronawirusa, pisał kilka dni temu w "The Conversation" prof. Adam Kleczkowski, matematyk i statystyk ze szkockiego University of Strathclyde. Wskazywał, że absolutnie kluczowe będzie utrzymanie współczynnika reprodukcji R poniżej albo na poziomie 1. Wskaźnik ten mówi, ile kolejnych osób zakaża jedna osoba z koronawirusem (zanim zostanie wyizolowana). Nawet R na poziomie 1,2 może sprawić, że zachorowań będzie szybko przybywać. Dlatego tak ważne wciąż są i będą masowe testy i mechanizmy śledzenia osób potencjalnie zakażonych. Wszystko po to, by dławić nowe ogniska koronawirusa maksymalnie w zarodku. Dodatkowym problemem może być też to, że narzucenie kolejny raz tak daleko idących ograniczeń jak na wiosnę tego roku, może być trudne - zarówno mając na względzie sytuację gospodarczą krajów, jak i ewentualnie zmęczenie społeczeństwa ponownymi blokadami.

Odporność? "Przez 2-3 lata"

W tym momencie oczywiście oczekujemy między innymi szczepionki przeciw SARS-CoV-2. Możliwe, że doczekamy się jej i w 2021 r., ale nie da się też niestety wykluczyć scenariusza, w którym szczepionki nie będzie jeszcze przez długie lata i przyjdzie nam żyć z kolejnymi falami zachorowań. Stąd i te mało optymistyczne prognozy - może bardziej eksponowane w marcu, ale nadal podkreślane przez naukowców - że koronawirusem może się zakazić nawet 60-70 proc. populacji (to wskazywany minimalny poziom tzw. stadnej odporności).

Tym bardziej, że można się spodziewać, iż nabywana po chorobie odporność nie będzie dożywotnia. 

Należy wyraźnie powiedzieć, że osoby, które chorują skąpoobjawowo, mają niższy poziom przeciwciał niż osoby, które ciężko przechodzą COVID-19. Odporność na pewno trwa miesiącami, to już wiemy na podstawie pierwszych przypadków. Natomiast nie należy liczyć na to, że będzie to odporność dożywotnia. W przypadku zakażeń naturalnych innymi wirusami oddechowymi - tutaj najlepszym przykładem są wirusy grypy - po przechorowaniu grypy odporność na ten konkretny typ wirusa utrzymuje się przez 2-3 lata. Nie należy przypuszczać, aby w przypadku koronawirusa było inaczej

- komentuje dr Dzieciątkowski. Dodaje, że także gdyby szczepionka została wynaleziona, to na pewno wymagałaby "doszczepiania" co roku czy co dwa lata. Dokładnie tak, jak ma to miejsce ze szczepionkami przeciwko grypie. 

Zobacz wideo Co czeka polską gospodarkę w najbliższych miesiącach?