Szczyt unijny w Brukseli. Kto z kim i o co walczy? "Mister No No No" torpeduje negocjacje

Przywódcy krajów unijnych już czwarty dzień debatują nad kwestią funduszy odbudowy gospodarki po pandemii oraz budżetu wspólnoty na lata 2021-2027. Z jednej strony, to pokazuje, jak trudne są to negocjacje - pierwotnie szczyt był zaplanowany na dwa dni. Z drugiej - że jest determinacja, aby wypracował konsensus. Kto z kim i o co walczy? Tłumaczymy.

Na unijnym szczycie ściera się ze sobą wiele skrajnych opinii na kilka różnych tematów. Od początku negocjacji, czyli od piątku, wciąż nie udało się wypracować kompromisu ws. przyszłych finansów Unii Europejskiej, czyli budżetu na lata 2021-2027 oraz (a właściwie przede wszystkim) szczegółów funduszu odbudowy.

Łącznie chodzi o ponad 1,8 mld euro - blisko 1,1 mld w ramach budżetu UE i dodatkowo 750 mld euro w ramach funduszu odbudowy po pandemii. Pierwotnie dla Polski przewidziane było ok. 160 mld euro - prawie 64 mld euro z funduszu (blisko 38 mld w ramach dotacji i 26 mld w ramach pożyczek) oraz 94 mld euro z budżetu Unii. Ile i na jakich warunkach jednak otrzymamy - to będzie wynikało z rezultatów negocjacji w Brukseli, które trwają już czwarty dzień. 

Jak przebiegają linie sporów?

1. Ile grantów, ile pożyczek w funduszu odbudowy?

Pierwszą z kości niezgody jest wysokość funduszu odbudowy unijnych gospodarek po epidemii oraz podział tej kwoty na zwrotne pożyczki i bezzwrotne granty.

Podział wytworzył się na linii grupy państw "oszczędnych", nazywanych też "Północą", a symbolicznym "Południem", które oczekuje uruchomienia jak najszybciej jak największych kwot bezzwrotnego wsparcia. Fundusz odbudowy miałby być finansowany z emisji obligacji przez Komisję Europejską.

W "grupie skąpców", jak określił ją premier Mateusz Morawiecki, są Holandia, Austria, Finlandia, Szwecja i Dania. Po drugiej strony unijnej barykady znajdują się m.in. Niemcy, Hiszpania, Portugalia i Włochy, a także Polska.

Według pierwotnej propozycji szefa Rady Europejskiej Charlesa Michela, fundusz odbudowy miał opiewać na 750 mld euro, z czego 500 mld euro miały stanowić bezzwrotne granty, a 250 mld euro pożyczki. Grupa "oszczędnych" wymusiła jednak zmiany. W weekend padła oferta, aby dotacje wynosiły 450 mld euro. To jednak wciąż za dużo dla "grupy skąpców", która oczekuje ścięcia tej kwoty do 350 mld euro. Najnowsza propozycja Charlesa Michela z poniedziałkowego poranka to 390 mld euro.

2. "Mr. No, No, No" torpeduje szczyt

Szczególnie mocno racje oszczędnej piątki prezentuje Mark Rutte, premier Holandii. Zaczyna być już nazywany "Mr. No, No, No" z racji swojej niezwykle asertywnej postawy podczas szczytu. Oczekuje on nie tylko, aby wsparcie w jak największej kwocie było zwrotne, ale też aby inne państwa członkowskie miały jak największą kontrolę nad tym, jak wydawane są pieniądze w poszczególnych krajach. Premier Włoch Antonio Conte mówił wręcz w sobotę o szantażu ze strony premiera Holandii na całej Unii.

Jesteśmy tu, bo każdy dba o interesy swojego kraju. Nie chcemy chodzić do końca życia na cudze urodziny

- tłumaczył w poniedziałek w "Politico" swoją nieugiętą postawę Rutte. 

Pojawiają się też obserwacje, że po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, to właśnie Holandia przejmuje rolę kraju najmocniej stawiającego się oczekiwaniom Niemiec i Francji. 

Ale oszczędność "grupy skąpców" nie ogranicza się tylko do kwestii proporcji pomiędzy dotacjami a pożyczkami w funduszu odbudowy. Wymuszono już także na Charlesie Michelu m.in. cięcia w unijnym budżecie, m.in. na kwestie naukowe i zdrowotne.

Jak zwraca uwagę część obserwatorów, zaciętość Marka Rutte w kwestii oszczędności w Unii jest egoistyczna. Dlaczego? Holandia korzysta z przywilejów wynikających z członkostwie w Unii, jednocześnie będąc jednym z największych na świecie rajów podatkowych. Straty dla krajów Unii wynikające z tego idą w miliardy euro rocznie. Dr Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym, tłumaczy na Twitterze całą politykę Holandii i określa jej blokadę dla unijnego funduszu odbudowy jako kuriozalną.

2. Wsparcie zależne od praworządności czy nie?

Drugą kwestią sporów - w której również pierwsze skrzypce gra grupa "oszczędnych" (powiększona m.in. o Belgię) z premierem Holandii na czele - jest uzależnienie wypłaty środków unijnych od oceny praworządności w danym kraju. Tutaj linia podziału jest taka, że przeciwko takiej konstrukcji są przede wszystkim Węgry i Polska, ale wspierają nas także delegacje z Czech, Słowenii i Łotwy. 

Z perspektywy polskiego rządu problemem jest m.in. niedookreślenie kwestii praworządności w unijnym prawie. Pojawiają się obawy, że będzie to arbitralnie stosowany przez unijne kraje "bat". Premier Morawiecki nazywa procedurę praworządności "straszakiem". Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz przekonuje z kolei, że uważamy, że "nie można stworzyć obiektywnych kryteriów praworządności i to może być instrument nacisku na państwa".

Dodatkową kością niezgody jest określenie, czy na wstrzymanie unijnego wsparcia musiałaby zgodzić się większość krajów wspólnoty, czy wszystkie.

W weekend premier Węgier Viktor Orban dawał wręcz do zrozumienia, że nie będzie jego zgody na zapisy praworządnościowe w porozumieniu. Później pojawiały się natomiast sygnały, że Węgry i Polska być może przystaną na takie reguły, o ile będą mocno osłabione i w praktyce nie będą im zagrażać (choć oczywiście rządy obu krajów przekonują, że nie mają problemów z praworządnością). 

Na polu praworządności szczególnie podczas szczytu wybrzmiał konflikt pomiędzy premierem Holandii Markiem Rutte a Viktorem Orbanem. Rutte uważa, że Węgry powinny być ukarane finansowo za nierespektowanie reguł praworządności. "Nie wiem, jakie osobiste powody ma premier Holandii Mark Rutte, aby nienawidzić mnie i Węgier. Holender jest człowiekiem odpowiedzialnym za ten cały bałagan, który mamy" - kontrował Orban.

3. Co z pieniędzmi na transformację energetyczną?

Najmocniej wybrzmiewają na razie na unijnym szczycie problemy z porozumieniem co do kwestii wysokości grantów w ramach funduszu odbudowy oraz uzależnienia wypłaty unijnych dotacji od respektowania reguł praworządności.

Ale za rogiem szczególnie na Polskę czyha kolejny kłopot, tj. dostęp do ok. 8 mld euro z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji na transformację energetyczną. Szef Rady Europejskiej Charles Michel chciałby, aby środki z FST były dostępnie wyłącznie dla krajów, które zadeklarują dążenie do osiągnięcia neutralności klimatycznej (tj. że obniżą produkcję dwutlenku węgla do tak niskiego poziomu, że będzie on w całości pochłaniany). 

Polski rząd nie wyznaczył sobie takiego celu. Prawdopodobnie premier Mateusz Morawiecki będzie zabiegał, aby ścisły zapis uzależniający dostęp do środków na transformację energetyczną od deklaracji co do neutralności klimatycznej nie znalazł się w unijnym porozumieniu.

Zobacz wideo Kowal o reakcjach elektoratu Trzaskowskiego na wynik wyborów