Puchnie dług publiczny Polski. To koszt walki z koronakryzysem. Bolesne dane Eurostatu

Deficyt sektora rządowego i samorządowego Polski na koniec pierwszego kwartału 2020 wyniósł 4,1 proc. PKB - podał Eurostat. To największa dziura od ponad sześciu lat. A te dane to dopiero wstęp do tego, co dzieje się w finansach kraju.

W marcu lockdown i koronakryzys dopiero się rozpoczynały. Dlatego dane o długu publicznym i deficycie sektora finansów publicznych za pierwszy kwartał są wyłącznie początkowym sygnałem tego, co działo się w finansach Polski i innych krajów Unii wskutek lockdownu oraz wprowadzania kosztownych programów ratowania gospodarki.

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że deficyt general government (tj. sektora instytucji rządowych i samorządowych) Polski wyniósł na koniec marca br. 4,1 proc. PKB. Dla porównania, na koniec 2019 r. było to tylko 1,3 proc. PKB, a poprzednio Polska wyższy deficyt do PKB miała na koniec 2013 r. (4,8 proc.). Ale oczywiście Polska nie była tu wyjątkiem - pogorszenie sytuacji odnotowano we wszystkich krajach Unii. Średnio dla całej Unii deficyt general government wzrósł z 0,7 proc. na koniec 2019 r. do 2,3 proc. na koniec marca br.

Mocno pogorszył się też wskaźnik długu publicznego Polski do PKB. Na koniec 2019 r. nasz dług wynosił 46 proc. PK, na koniec pierwszego kwartału 2020 już 47,9 proc. Po pierwsze jednak - wskaźnik długu do PKB rósł w całej Unii. Po drugie - wyniósł na koniec marca aż 79,5 proc. (wobec 77,7 proc. na koniec 2019 r.), czyli jest znacznie wyższy od polskiego.

Deficyt w 2020 r. 100 mld zł, a to nie wszystko

Tak jak wspomnieliśmy, dane na koniec marca 2020 to już jednak pewien obraz przeszłości z samego początku koronakryzysu. Już wiadomo, że sytuacja sektora finansów publicznych Polski wygląda i będzie wyglądała znacznie słabiej.

Ministerstwo Finansów poinformowało w środę, że deficyt budżetowy wyniesie w 2020 r. ok. 100 mld zł. Wiceszef resortu Piotr Patkowski przekonywał w czwartek w Telewizji Republika, że deficyt nie będzie wynikał z drastycznego spadku dochodów budżetowych i wzrostu wydatków związanych bezpośrednio z COVID-19, ale z przygotowaniem gospodarki na zastrzyk pieniędzy z Unii i z budżetu na pobudzanie inwestycji.

Wiadomo jednak też, że deficyt w kasie centralnej państwa to tylko wierzchołek góry lodowej puchnącego zadłużenia Polski. Do tej kwoty należy także doliczyć programy pomocowe innych instytucji publicznych - tj. Tarczę Finansową Polskiego Funduszu Rozwoju oraz Fundusz COVID-19 w Banku Gospodarstwa Krajowego. Obie te instytucje pozyskują miliardy złotych na swoje zadania, emitując obligacje gwarantowane przez Skarb Państwa (skupywane potem pośrednio przez Narodowy Bank Polski).

Łącznie PFR i BGK zadłużą się zapewne na blisko 200 mld zł. Ta kwota powiększy zadłużenie całego sektora finansów publicznych, przynajmniej według metodologii Eurostatu. A to oznacza, że polski dług publiczny prawdopodobnie przekroczy w tym roku 60 proc. PKB (przypominamy - na koniec marca br. wynosiło niespełna 48 proc.).

Czeka nas więc znaczny wzrost długu publicznego, część ekonomistów obawia się także m.in. podwyższonej inflacji, a wręcz kryzysu finansów publicznych. Czy te obawy są uzasadnione?

Ja tych ostrzeżeń nie bagatelizuję. Ale sądzę, że dziś jesteśmy w sytuacji, w której każdy wybór w polityce gospodarczej niesie ryzyko. Gdyby nie impuls fiskalny, setki tysięcy pracowników – a może nawet miliony – mogłoby utracić na długie lata zatrudnienie. Koszty naprawy takiego błędu byłyby dużo (duuuuuużo) wyższe niż koszty poradzenia sobie z rosnącym długiem publicznym

- komentuje w swoim newsletterze Ignacy Morawski, analityk i twórca Spotdata.pl.

Zobacz wideo "Puknij się w czoło". Wicemarszałek Terlecki skomentował wystąpienie posła Zalewskiego