Już po wyborach, PiS wycofuje się z obietnic. Maski opadły wyjątkowo szybko

Prawo i Sprawiedliwość zafundowało Polakom bardzo szybki powrót do szarej normalności po serii wyborów - jesiennych parlamentarnych i prezydenckich w tym roku. Nie minęły nawet trzy tygodnie od drugiej tury wyborów prezydenckich, a rząd już przekłuł kilka napompowanych w kampanii baloników - m.in. o płacy minimalnej, świetnej sytuacji na rynku pracy czy niewprowadzaniu nowych podatków.

Szybko okazuje się, że obraz rzeczywistości wykreowany w tegorocznej kampanii prezydenckiej przez rząd i prezydenta Dudę mocno różni się od tego, jak jest naprawdę. Przykładów takich humbugów, które PiS właściwie sam demaskuje dopiero w ostatnich dniach - gdy na horyzoncie pierwszy raz od ponad roku nie ma żadnych wyborów - jest mnóstwo.

Płaca minimalna jednak nie 3 tys. zł

Pierwszy z brzegu to wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł w 2021 r. To flagowa obietnica PiS sprzed wyborów parlamentarnych w 2019 r. Gdy eksperci ośmielili się mieć wątpliwości co do tych i dalszych planów (4 tys. zł od 2024 r.), prezydent Andrzej Duda grzmiał do ludzi: "nie słuchajcie tych bzdur".

Zaproponowana kilka dni temu przez rząd płaca minimalna na 2021 r. opiewa na kwotę 2800 zł, skala podwyżki będzie więc dwukrotnie niższa, niż zapowiadali prezes Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki.

Alibi dla PiS okazał się oczywiście koronakryzys. I - żeby nie było wątpliwości - z punktu widzenia biznesu wycofanie się rządu z wyborczej obietnicy to dobra wiadomość (wszak w znacznej mierze to prywatni przedsiębiorcy, a nie "budżetówka", musieliby mocno podnosić najniższe pensje w czasie wychodzenia z recesji). Tyle że nie każdy potencjalny wyborca Andrzeja Dudy mógłby to wytłumaczenie przyjąć. To, że rząd Morawieckiego potrzebował kilku miesięcy, żeby wyrzucić do kosza sztandarową obietnicę wyborczą z 2019 r., z pewnością nie działałoby na korzyść Dudy.

Rząd powołując się więc na sytuację epidemiologiczną (i związane z nią trudności w prognozowaniu wskaźników gospodarczych) przesunął termin oficjalnego przedstawienia Radzie Dialogu Społecznego, tj. pracodawcom i związkowcom, propozycji płacy minimalnej na 2021 r. z 15 czerwca (przed wyborami) na 31 lipca (po wyborach).

Był to też wytrych, żeby unikać jasnych deklaracji o wycofaniu się z obietnicy podwyżki "najniższej krajowej" do 3 tys. zł - bo można było odpowiadać dziennikarzom: "analizujemy", "mamy jeszcze czas" itd. Prezydentowi Dudzie otworzyło to zaś drogę, aby w kampanii nie tłumaczyć się z niezrealizowanej obietnicy rządu, ale przypominać podwyżki płacy minimalnej z poprzednich lat i roztaczać chwytliwe wizje dynamicznie rosnących pensji w kolejnych latach (np. 2 tys. euro za pięć lat).

Bezrobocie? Po wyborach może rosnąć

Z 15 czerwca na po wyborach przesunięto nie tylko propozycję dotyczącą płacy minimalnej, ale także publikację założeń makroekonomicznych na obecny i przyszły rok. I tak w ostatni wtorek okazało się, że rząd oficjalnie zakłada wzrost stopy bezrobocia rejestrowanego do 8 proc. na koniec 2020 r. (z 6,1 proc. w czerwcu). Oznacza to, że według założeń rządu, tylko w drugiej połowie roku w urzędach pracy przybędzie ok. 300 tys. nowych bezrobotnych (wzrost z ok. 1 mln bezrobotnych w czerwcu do ok. 1,3 mln na koniec roku). 

Znów - jeśli ktoś śledzi prognozy rynkowych ekspertów, taki scenariusz nie jest dla niego zaskoczeniem. Ekonomiści nie mają wątpliwości, że wygasanie okresów wypowiedzeń oraz części rządowych działań antykryzysowych, a także obniżony popyt na pracę, podbiją stopę bezrobocia w najbliższych miesiącach. Ba, o groźbie wzrostu bezrobocia mówiły nawet minister rozwoju Jadwiga Emilewicz i minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg.

Problem tylko w tym, że np. Andrzej Duda, na którym koncentrowała się w ostatnich tygodniach uwaga, przekonywał, że "w najgorszym momencie pandemii koronawirusa bezrobocie wzrosło do 6 proc.". Dawał tym samym nadzieję, że teraz na rynku pracy będzie już tylko lepiej. O odsunięciu w czasie fali zwolnień nie zająkiwał się też premier Mateusz Morawiecki. 

Zobacz wideo Premier komentuje poziom bezrobocia i uderza w Rafała Trzaskowskiego

Czytaj też: Rząd straszy falą zwolnień. Jeszcze w tym roku pracę w Polsce może stracić 300 tys. osób

Zasiłek opiekuńczy? Już niepotrzebny

Niespełna dwóch tygodni po drugiej turze wyborów potrzebował też rząd, aby wycofać się z dodatkowego zasiłku opiekuńczego dla rodziców dzieci w wieku do 8 lat - wprowadzonego w marcu i dotychczas regularnie przedłużanego.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przekonuje, że przyczynami tej decyzji była spadająca liczba osób korzystających z zasiłku oraz "okres wakacyjno-urlopowy". To drugie tłumaczenie jest zdumiewające - jesteśmy w połowie okresu wakacyjnego i do tej pory resort pracy widział potrzebę utrzymywania zasiłku.

Utrącenie zasiłku dla rodziców opiekujących się małymi dziećmi akurat teraz jest też zaskakujące z innego powodu. Dane Ministerstwa Zdrowia pokazują, że nigdy wcześniej od początku epidemii nie było w Polsce identyfikowanych tylu nowych zakażeń koronawirusem. To raczej wzmaga obawy rodziców przed posyłaniem dzieci do przedszkoli i żłobków. 

Jakkolwiek dodatkowy zasiłek opiekuńczy był kosztowny dla ZUS, był to też ważny element stabilizujący sytuację na rynku pracy. Po pierwsze, pracownik przechodził de facto z "utrzymania" pracodawcy na "utrzymanie" ZUS. Po drugie, pracownik przebywający na zwolnieniu nie może być obejmowany redukcją zatrudnienia.

Podatki nie będą podnoszone? Będą za to nowe

Jedynym gwarantem tego, że podatki nie będą podnoszone, jest prezydent Andrzej Duda

- mówił przed drugą turą wyborów prezydenckich premier Mateusz Morawiecki. Ale jego partia bardzo szybko chce wystawić Dudę na próbę. Tydzień temu, głosami posłów PiS, Sejm w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach (nowelizując nieistniejącą ustawę) przegłosował wprowadzenie od początku 2021 r. tzw. podatku cukrowego i podatku od małpek. 

Czytaj więcej: PiS zmienia ustawę, która nie istnieje. Chodzi o nowy podatek. "Bandyterka prawna"

Za kilka tygodni - gdy projektem zajmie się Senat i zapewne (w razie poprawek senackich lub wniosku o odrzucenie) znów Sejm, okaże się, czy prezydent podpisze nowe obciążenie obywateli czy nie. No chyba że "gwarancja niepodnoszenia podatków" nie obejmuje powściągliwości we wprowadzaniu nowych danin, zgodnie z krążącym do sieci memem z premierem Morawieckim "Lubicie niskie podatki? To dobrze, bo mam dla was pięć nowych niskich podatków".

Podatki cukrowy i od małpek miały pierwotnie wejść w życie od 1 lipca br. Zamrożono jednak prace nad ich wprowadzeniem - oficjalnie z uwagi na pandemię, nieoficjalnie także dlatego, że nowe daniny w okresie wyborczym to kiepski pomysł.

Pęka bańka świetnej sytuacji w budżecie

Także w kwestii sytuacji finansów państwa dopiero teraz można puścić więcej pary z ust. Na kilka dni przed drugą turą wyborów Ministerstwo Finansów chwaliło się, że w samym czerwcu dochody podatkowe wzrosły o 9 proc. rok do roku, a budżet państwa wypracował wręcz nadwyżkę (dzięki "dobrej współpracy rządu i banku centralnego", "oszczędnemu gospodarowaniu środkami publicznymi" i "dobremu zarządzania gospodarką"). W całym pierwszym półroczu dziura w budżecie wyniosła zaś raptem 17 mld zł.

Dopiero po wyborach minister finansów oświadczył, że na koniec 2020 r. deficyt według wstępnych analiz sięgnie około 100 mld zł. Przed głosowaniem na prezydenta premier Mateusz Morawiecki ani przedstawiciel Ministerstwa Finansów nie zjawili się w Senacie na debacie dotyczącej finansów państwa. Wiceszef resortu finansów Piotr Patkowski tłumaczył, że ministerstwo "nie będzie odpowiadać na każde widzimisię marszałka Grodzkiego".

Niepokój wzmagały m.in. kolejne deklaracje tego, kiedy resort przedstawi projekt nowelizacji tegorocznego budżetu (formalnie wciąż zakładającego brak deficytu na poziomie centralnym). Zapowiadano to najpierw na czerwiec, potem na lipiec, teraz wiadomo, że stanie się to w sierpniu, a być może nawet we wrześniu.

Trochę grozy w ostatnich dniach dodał także sam minister finansów Tadeusz Kościński, który oznajmił, że rząd wycofuje się z planowanego na 2022 r. powrotu stawek VAT z 23 i 8 proc. do 22 i 7 proc., bo "gospodarka tego nie udźwignie". Jeśli miał na myśli, że spowoduje to trudny do załatania ubytek w dochodach podatkowych państwa, to przypadkowo... wykpił program wyborczy PiS z 2014 r. Napisano w nim wówczas, że należy powrócić do niższych stawek VAT "aby zapewnić wzrost dochodów budżetowych". "Ewidentnym błędem koalicji PO-PSL" nazwano w tym dokumencie przekonanie, że wyższe stawki VAT oznaczają dodatkowe wpływy do budżetu i pomagają w zmniejszeniu dziury budżetowej.

Powściągliwość rządu przed szczerą i pełną informacją o sytuacji w finansach państwa jest o tyle zaskakująca, że - owszem - deficyt budżetowy w 2020 r. na poziomie ok. 100 mld zł i deficyt całego sektora finansów publicznych na poziomie nawet ok. 300 mld zł (doliczając pozabudżetowe: Tarczę Finansową Polskiego Funduszu Rozwoju i Fundusz COVID-19 w Banku Gospodarstwa Krajowego) mogą brzmieć dramatycznie, ale ekonomiści raczej chwalą skalę powziętych przez rząd działań antykryzysowych i związany z nią przyrost zadłużenia. Trochę w myśl zasady "nie szkoda róż, gdy płoną lasy". Nieprzejrzystość w prezentowaniu sytuacji finansów państwa sprawiła jednak, że zaczęło powstawać wrażenie, iż rząd chce coś ukryć.

Czytaj też: Dr Dudek: Rozbudziliśmy apetyty. Też dlatego, że nie ma prawdziwej informacji o finansach publicznych