Decyzje Sasina będą tragiczne dla Rudy Śląskiej? "Nikt z nami nie rozmawia. Od 9 lat szykujemy się na zamykanie kopalń"

Trwa wyścig z czasem o przetrwanie Polskiej Grupy Górniczej. Choć rząd upaść jej raczej nie da, restrukturyzacja jest niezbędna, i to jak najszybciej. Po fiasku pierwszej próby rozmów z górniczymi związkowcami, wicepremier Jacek Sasin zapowiedział kolejne negocjacje. Tyle że w rozmowach brakuje tych, którzy miastem bez kopalń będą musieli zarządzać. - Ten rząd nie ma zwyczaju rozmawiać z prezydentami miast. Te dobre praktyki z przeszłości już nie istnieją - mówi Grażyna Dziedzic, prezydent Rudy Śląskiej.

Plan restrukturyzacji Polskiej Grupy Górniczej, który pod koniec lipca minister aktywów państwowych Jacek Sasin miał przedstawić górnikom, zakładał m.in. zamknięcie kopalń Ruda i Wujek. Przy czym KWK Ruda to tak naprawdę trzy kopalnie: Bielszowice, Halemba i Pokój. Założenia planu pojawiły się wcześniej w mediach, strona społeczna, czyli związkowcy, była mu tak przeciwna, że w końcu nawet go im oficjalnie nie zaprezentowano. Nowe negocjacje mają ruszyć w przyszłym tygodniu i doprowadzić do wypracowania planu akceptowalnego przez przedstawicieli górników. Wicepremier Sasin zapowiedział, że powstanie on do końca września. W tej układance jest jeszcze jedna strona, która czuje się mocno pominięta. To władze miast, w których kopalnie działają. Rozmawiamy z Grażyną Dziedzic, która zarządza Rudą Śląską drugą kadencję. 

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: W ubiegłym tygodniu napisała Pani, że czuje się oszukana przez władze w związku z zapowiedziami planów zamykania kopalń, w tym tych zrzeszonych w KWK Ruda. Przede wszystkim chodziło o to, że dowiedziała się pani o tych planach z mediów. Czy coś się w tej sprawie zmieniło? Przedstawiciele rządu z samorządowcami porozmawiali?

Grażyna Dziedzic, prezydent Rudy Śląskiej: Nikt z nami nie rozmawiał i nie rozmawia nadal. Oczywiście, dowiedzieliśmy się z mediów, choć niektórzy związkowcy, akurat ci, którzy nie zostali zaproszeni na spotkanie z wicepremierem Sasinem, dzień czy dwa wcześniej sygnalizowali nam, że jest pomysł zamknięcia kopalni Ruda. Nie jest do końca tak, że to zupełna nowość. Tyle że wcześniej pojawiały się głosy, że najpierw będzie zamykany Ruch Pokój, a potem odbędzie się restrukturyzacja Ruchów Bielszowice i Halemba. Rozumiemy to, że trzeba restrukturyzować górnictwo, zmniejszyć wydobycie, bo na zwałach węgiel praktycznie leży, ale trzeba z samorządem rozmawiać, bo musimy się na to przygotować.

To nie jest też tak, że nic nie robimy. Wiedząc, że przechodzi się na ekologiczne źródła ciepła, od lat staramy się zabezpieczyć miasto, powstają nowe zakłady pracy, które także zwiększają nam dochody. Ale w połowie ubiegłego roku rząd wprowadził zmiany dotyczące podatku PIT, przez które do gminnej kasy wpływa mniej pieniędzy. Cieszę się, że mieszkańcom wzrosły dochody, ale rząd, wprowadzając takie zmiany, powinien też zabezpieczyć samorządy. My w tym roku stracimy około 27 milionów złotych, to są olbrzymie pieniądze, przez co musimy zmniejszać wydatki. Jeśli do tego dojdzie odjęcie 15 milionów złotych, które do budżetu miasta daje górnictwo, to w Rudzie Śląskiej będzie bardzo ciężko.

Jaką część dochodów straciłoby zatem miasto, gdyby kopalnie zlikwidowano?

Niemal 2 procent dochodów bieżących. Do tego dochodzą też inne obciążenia. Coraz więcej musimy dokładać się do oświaty. Różne tego typu działania powodują, że miasta, nie tylko my, są w bardzo trudnej sytuacji.

Ile osób w Rudzie Śląskiej zatrudnionych jest w górnictwie?

Nie jesteśmy w stanie tego dokładnie policzyć. Około 7 tys. osób pracuje w rudzkich kopalniach, około 2 tys. to mieszkańcy Rudy Śląskiej. Ale rudzianie pracują również w innych miastach. Natomiast uznaje się, że jedno miejsce pracy w górnictwie przekłada się na trzy okołogórnicze miejsca pracy, w tym nie tylko w przemyśle, ale też na przykład w handlu. Kiedy zamknięto kopalnię "Polska - Wirek" w Kochłowicach, natychmiast zniknęły tam też mniejsze sklepy.

Grażyna Dziedzic, prezydent Rudy ŚląskiejGrażyna Dziedzic, prezydent Rudy Śląskiej Fot. materiały prasowe

Będą kolejne rozmowy, na przykład w przyszłym tygodniu. Czy samorząd na jakieś spotkanie został zaproszony? 

Ten rząd nie ma zwyczaju rozmawiać z prezydentami miast. Te dobre praktyki z przeszłości już nie istnieją.

Największy żal ma pani właśnie o ten brak rozmów?

Tak. Ale tych rozmów brakuje nie tylko w przypadku górnictwa. Nas się po prostu zaskakuje, czasem, tak jak w zeszłym roku, zmianą w podatkach w połowie roku budżetowego. Potem musimy robić czasem bardzo niepopularne ruchy, by nie zadłużyć nadmiernie miasta. Wszyscy w samorządach mamy teraz bardzo ciężko.

Są jeszcze sami górnicy. Dla rządu też z pewnością nie najłatwiejsi partnerzy do rozmów.

Wszyscy doskonale wiedzą, że najtrudniej przekształcającą się grupą społeczną pod względem zawodowym są właśnie górnicy. To są rodziny, które będą musiały z czegoś żyć. Byłam dyrektorką MOPSu, kiedy likwidowano w Rudzie kopalnię "Polska - Wirek". Wydawano odprawy i w ciągu miesiąca bardzo wiele osób już ich nie miało, a nie mogli korzystać z usług pomocy społecznej, bo ustawa na to nie pozwalała. Trzeba bardzo uważać, by takiej sytuacji nie powtórzyć. Już raz to przeżyliśmy, chodzi o rodziny, które będą musiały z czegoś żyć. Na pewno byśmy tutaj pomogli, mamy instrumenty, ale należy z nami rozmawiać.

Jeśli kopalnie trzeba będzie zamknąć i tak - a pewnie kiedyś to się stanie - to co w zamian? Czy miasto zastanawiało się nad tym, jak i czym można by zastąpić górnictwo? Jak ten proces zamykania powinien wyglądać?

Nie ma przyszłości dla tak dużego górnictwa. Natomiast zamykanie kopalń powinno wiązać się też z przygotowaniem programu dla Śląska, dla miasta, a nie tylko dla PGG. Powinien pojawić się jakiś program osłonowy, przynajmniej na jakiś czas powinniśmy mieć na przykład więcej udziałów z podatku PIT i CIT. Poza tym po górnictwie należy jeszcze "posprzątać". Do usunięcia pozostaje ogromna ilość szkód górniczych: wychylone budynki mieszkalne, szkoły, przedszkola, uszkodzone drogi, wodociągi, kanalizacja. Do tego dochodzi rekultywacja terenów pogórniczych i fizyczna likwidacja samych kopalń. Jest jeszcze jeden poważny problem, a mianowicie regulacja Potoku Bielszowickiego na całym odcinku przebiegającym przez miasto. Stwarza on realne zagrożenie powodziowe po wystąpieniu nawalnych opadów deszczu.

Od dziewięciu lat przygotowujemy się do tego, że kopalnie być może będą zamknięte i będzie trzeba górników w inny sposób zabezpieczyć. Teraz miejsc pracy jest w Rudzie dużo, mamy tylko 3,1 proc. bezrobocia. Powstało wiele zakładów pracy. Spółki górnicze mają u nas bardzo dużo terenów, które my, jako samorząd, moglibyśmy przejąć, znaleźlibyśmy inwestorów i przedsiębiorców. Dajcie nam teren, osłonę finansową przynajmniej na jakiś czas, a my sobie poradzimy. Pomożemy również górnikom.

Zobacz wideo Jak może wyglądać pomoc PFR dla górnictwa? Ujawnia Paweł Borys, prezes Funduszu