Małopolska z największą liczbą nowych zakażeń. Wirusolog: Pandemia ma charakter toczącej się kuli

Robert Kędzierski
Epidemia koronawirusa przybiera na sile, w środę na pierwsze miejsce pod względem nowych zakażeń wysunęło się województwo małopolskie, wyprzedzając Śląsk. Co może być powodem wzrostu zachorowań i czy służba zdrowia jest gotowa na ewentualny kryzys? W rozmowie z Gazeta.pl wyjaśnia to dr. hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Ministerstwo Zdrowia podało nowe informacje dotyczące liczby nowych zakażeń i ofiar śmiertelnych epidemii koronawirusa w Polsce. Służby odnotowały 715 infekcji COVID-19 i dziewięć zgonów.

Najwięcej nowych przypadków choroby stwierdzono w województwie małopolskim -173. Województwo śląskie ze 145 przypadkami jest drugie pod względem ilości zachorowań, choć oczywiście łączna liczba zakażeń jest tam najwyższa w kraju. Na trzecim znalazło się mazowieckie z 76 zakażeniami, tylko nieznacznie - o jeden przypadek - wyprzedzając pomorskie. 

Koronawirus w Małopolsce - skąd nagły przyrost zachorowań?

To Małopolska wzbudziła szczególne zainteresowanie. Możliwe powody nasilenia się epidemii w tym województwie podał w rozmowie z Next.gazeta.pl dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

- Czy wzrost zachorowań w Małopolsce może mieć coś wspólnego z turystyką? Moim zdaniem nie jest to kwestia turystyki; to raczej konsekwencja "korona-wesel", które miały miejsce w województwie małopolskim - na przykład w powiecie nowosądeckim, gdzie wiele osób było w kwarantannie - stwierdził.

Wirusolog zaskoczony rozwojem epidemii. "Nie spodziewałem się"

Dr. hab. Dzieciątkowski stwierdził też, że rozwój epidemii koronawirusa nieco go zaskoczył. - Nie spodziewałem się wzrostu zachorowań. Przyznaję się do błędu. Wydawało mi się, że SARS-CoV-2 będzie wykazywał, jak każdy wirus oddechowy, sezonowość zachorowań. Sądziłem, że w miesiącach letnich będziemy odnotowywali spadek liczby zakażonych - stwierdził.

Wyjaśnił też, że sytuację najlepiej obrazuje komunikat Światowej Organizacji Zdrowia, który jasno mówi, że COVID-19 nie jest chorobą sezonową. - Pandemia ma charakter toczącej się kuli, ponieważ obserwujemy na całym świecie wzrost zachorowań - stwierdził ekspert.

Wirusolog nie kryje, że zwiększenie się przypadków infekcji może mieć związek z zachowaniem Polaków. - Myślę, że ten wzrost zachorowań, który możemy zaobserwować, jest spowodowany tym, że troszeczkę sobie w Polsce pofolgowaliśmy. Na przełomie maja i czerwca wiele osób przestało traktować zagrożenie COVID-19 poważnie, zapomniało o maseczkach i dystansie społecznym. A, jak widać, przewidywania ekspertów nie zawsze się sprawdzają - wyjaśnił.

Wzrost zachorowań na koronawirusa może zaszkodzić służbie zdrowia

Marcin Jędrychowski, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, jedynego jednoimiennego w Małopolsce, jeszcze przed środowymi danymi Ministerstwa Zdrowia ostrzegał, że regionowi grozi  "załamanie systemu opieki zdrowotnej nad pacjentami z COVID-19 i nad pacjentami w ogóle". Jego zdaniem "system jest na skraju wytrzymałości". Czy czarny scenariusz może się sprawdzić?

- Najgorsze konsekwencje przyniósłby wzrost zachorowań wśród pracowników sektora medycznego. Jeżeli to się zacznie rozprzestrzeniać trudno będzie komukolwiek leczyć - będzie problem z dostaniem się do np. stomatologa - stwierdził Dzieciątkowski.

Czytaj też: Czerwone i żółte strefy. Kolejne powiaty powinny szykować się na ograniczenia?

Wyjaśnił też, że w niektórych placówkach mogą pojawić się problemy proceduralne, czego dowodem jest ostatni przypadek z Wielkopolski, gdzie kobieta w ciąży była odsyłana pomiędzy szpitalami i ostatecznie zmarła. - Dobro pacjenta powinno zawsze być dobrem najwyższym, a w każdym szpitalu są procedury, gdyby pacjent miał COVID-19 i był przyjęty w stanie zagrożenia życiem - wyjaśnił ekspert.