Białoruski aktywista: Nie chcemy drugiego Majdanu. Chcemy, żeby nasze głosy zostały policzone

Robert Kędzierski
Białoruś pogrąża się w coraz większym chaosie. Uladzimir Kobets, szef sztabu wyborczego jednego z opozycyjnych kandydatów w poprzednich wyborach, w rozmowie z Gazeta.pl mówi, że na ulicach pojawiły się służby wyposażone w ostrą amunicję. Zapewnia jednak, że jedyne czego domaga się naród, to prawidłowe policzenie głosów.

Wybory prezydenckie na Białorusi, które odbyły się w niedzielę, są powodem gwałtownych protestów. Według oficjalnych wyników wyścig o pałac prezydencki ponownie wygrał Aleksandr Łukaszenka. Opozycja i społeczeństwo wyniki głosowania kwestionują. Władze wszelkie protesty duszą w zarodku, stosując przemoc.

Jak sytuacja na Białorusi wygląda obecnie? W rozmowie z Gazeta.pl wyjaśnił to Uladzimir Kobets, dyrektor wykonawczy z International Strategic Action Network for Security, międzynarodowej organizacji ekspertów przeciwdziałających zagrożeniom dla demokracji. W przeszłości był szefem sztabu wyborczego jednego z opozycyjnych kandydatów.

- Trzy dni przemocy sprawiły, że na Białorusi mamy coraz więcej protestujących ludzi. Na ulice wyszli nawet lekarze, doszło do protestów w dużych zakładach. Od pierwszego dnia wiadomo, że to nie jest sprzeciw samej opozycji. Protestuje naród, który wybrał nowego prezydenta, a pan Aleksandr Łukaszenka już nie ma za sobą wyborczej woli narodu. Prezydentem Białorusi jest Swietłana Cichanouska - wyjaśnił

Na ulicach Białorusi wojsko z ostrą amunicją. Opozycjonista: Nie chcemy żadnego Majdanu. Chcemy, żeby nasze głosy zostały policzone. 

Kobets wyjaśnił, że na ulicach pojawia się wojsko i służby specjalne wyposażone w broń z ostrą amunicją.  - Kiedy Łukaszenka zdecyduje się na użycie wojska, to będzie dla niego koniec. To jego decyzja - wyjaśnił aktywista. 

Zapewnił też, że wszystkim po stronie opozycyjnej zależy na pokojowym rozwiązaniu konfliktu. - Nie porównujemy siebie z Ukrainą. Naród, sztab kandydatów opozycyjnych, od początku wszyscy powtarzali: nie chcemy żadnego Majdanu. Chcemy, żeby nasze głosy zostały policzone. Naród protestuje pokojowo, a władze, siły specjalne stosują przemoc, jakiej nigdy nie było, granaty, gumowe kule. Nigdy nie było broni ostrej - wyjaśnia.

Białoruś się budzi. Do głosu doszło pokolenie, które nie pamięta komunizmu

Uladzimir Kobets podkreślił, że protesty odbywają się też w dziesiątkach małych miast, ludzie wychodzą tam na place.

- Białoruś się budzi. Pan Łukaszenka nie zrozumiał, że powstała nowa generacja. Urodzona nie w Związku Radzieckim, która nie pamięta komunistów i dziadka-Lenina. To nowe pokolenie żyje w internecie. Jest dobrze zorientowana w świecie, wie, jak ten świat wygląda, jak żyje się w Polsce.

Zobacz wideo Brutalne starcia białoruskiej policji z protestującymi. Trwają strajki mieszkańców po sfałszowanych wyborach prezydenckich

Zdaniem Kobetsa Łukaszenka próbuje zawrócić Białoruś z europejskiej drogi. - Ludzie czują się Europejczykami i chcą żyć jak w Europie. Protestuje nowe pokolenie, które nie głosowało za związkiem z Rosją, tylko za wolną, niepodległą, ale i europejską Białorusią.

Przedstawiciel organizacji przeciwdziałającej niszczeniu demokracji podkreślił też, że Białoruś i Polskę wiele łączy.

Czytaj też: Czego mają dość Białorusini? Pensja minimalna ledwie przekracza 600 zł, czasem zamiast pieniędzy są towary

- Jesteśmy jednym narodem, tak naprawdę, przez całą historię walczyliśmy razem przeciwko wrogom ze Wschodu i z Zachodu - stwierdził. Wyraził też wdzięczność za postawę polskich władz. 

- Jesteśmy wdzięczni za reakcję rządu polskiego, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pana premiera, który zaproponował unijny szczyt w sprawie Białorusi, deklaracji prezydenta Warszawy. Bardzo za to dziękujemy - stwierdził.