Nie wszystkie dane z polskiej gospodarki są optymistyczne. Rząd widzi problem [WYKRES DNIA]

Pośród bardzo dobrych danych, które w ostatnich dniach spływały z polskiej gospodarki, trafiły się i te, które optymizm każą studzić. Chodzi o obraz z sektora budowlanego, który z miesiąca na miesiąc jest coraz bardziej mizerny. Koronakryzys sparaliżował plany inwestycyjne firm prywatnych, ale i inwestycje publiczne kuleją. Eksperci dają do zrozumienia, że trzeba zacisnąć zęby i przetrwać kilka miesięcy. W 2021 r. powinno być lepiej, między innymi za sprawą nowej "dostawy" pieniędzy z Unii.

Opublikowane w zeszłym tygodniu dane z polskiej gospodarki, dotyczące lipcowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, były lepsze od prognoz, wskazywały właściwie na V-kształtne odbicie (czyli natychmiastowy szybki wzrost po wcześniejszym gwałtownym spadku). Dały nadzieję na rychłe ozdrowienie polskiej gospodarki w trzecim kwartale, po wiosennym lockdownie.

Oczywiście, to nie tak, że nastroje są hurraoptymistyczne - wciąż są dalekie od "normalnych". Ekonomiści zwracają uwagę, że powrót na ścieżkę wzrostu sprzed wybuchu pandemii to mozolny proces naznaczony dużą niepewności, ale jednak dane z przemysłu i handlu napawają optymizmem. Są dalekie od niektórych kasandrycznych wizji formułowanych po wybuchu koronakryzysu.

Niestety, nie wszystkie ostatnie dane z polskiej gospodarki da się wtłoczyć w szufladkę "pozytywne", "świetne", takie, że "ekonomiści są zaskoczeni".

Produkcja budowlana ostro w dół

Optymizm studzi to, co dzieje się w sektorze budowlanym. W piątek poznaliśmy i dane z tego sektora z lipca i były one - dla odmiany - mocno rozczarowujące. GUS podał, że w lipcu produkcja budowlano-montażowa była o 10,9 proc. gorsza niż rok temu i o 3,6 proc. gorsza niż w czerwcu br. W zestawieniu ze stanem na koniec lutego (tj. sprzed wybuchu epidemii), skala spadku przekracza 15 proc.

Spadek w porównaniu z lipcem 2019 r. aż o 10,9 proc. to najwięcej od listopada 2016 r. 

embed

Okazuje się, że segment budowy obiektów inżynierii lądowej i wodnej (tj. m.in. drogi, drogi kolejowe, mosty, wiadukty, budowle wodne, rurociągi, linie telekomunikacyjne, linie elektroenergetyczne, rurociągi) skurczył się przez rok o jedną szóstą. Dział budowy budynków jest na ponad 7-procentowym minusie zarówno w ujęciu rok do roku, jak i miesiąc do miesiąca.

Co oznaczają te dane? Z jednej strony, część ekonomistów nie przywiązuje do nich szczególnej uwagi, przekonując, że spadek rok do roku niemal o 11 proc. to głównie efekt wysokiej bazy (lipiec 2019 r. był wyjątkowo dobry, więc porównanie z nim wypada szczególnie kiepsko). 

Ale inni - tak jak ekonomiści Pekao - wskazują, iż dane te są sygnałem, że mamy w Polsce problem z inwestycjami. Budowlankę z opóźnieniem, ale jednak dopadł koronakryzys. Opóźnienie to wynikało m.in. z charakteru wielu prac - w poprzednich miesiącach kończone były kontrakty zawarte przed wybuchem pandemii, nowych jest mniej.

Można powiedzieć obrazowo, że o ile lipcowe dane pokazały, że po lockdownie polska gospodarka ma dosyć silną jedną nogę w postaci konsumpcji i przemysłu, o tyle teraz kuleje na drugą, tę inwestycyjną (a także - to na marginesie - na tę związaną z niektórymi usługami, m.in. turystyką zagraniczną, kulturą itd.). 

W strachu i w oczekiwaniu na pieniądze z Unii

Z oczywistych względów mocno ucierpiały inwestycje prywatne. Firmy w ostatnich miesiącach wstrzymały inwestycje i zdecydowanie bardziej niż na rozwoju skupiały się na przetrwaniu i utrzymaniu zatrudnienia. Negatywny wpływ może mieć także utrudniony dostęp firm do finansowania - banki zaostrzyły warunki i kryteria udzielania kredytów, szczególnie dla przedsiębiorstw z sektorów najbardziej narażonych na negatywne efekty koronakryzysu (wszystko mimo redukcji stóp procentowych niemal do zera, co obniżyło koszty kredytów).

Środki z Tarczy Finansowej PFR, które mogłyby przez część firm zostać wykorzystane na cele inwestycyjne, na razie leżą na ich kontach. Dalsza niepewność co do rozwoju epidemii i kryzysu nie sprzyja kreowaniu planów rozwojowych.

Taka sytuacja potrwa na pewno wiele miesięcy, gdyż niepewność dotycząca przyszłości jest wciąż ogromna. Spadek inwestycji będzie niestety mocno ciążył dynamice PKB, która w mojej ocenie pozostanie ujemna do końca br. Jedynie skala spadku PKB, ze względu na konsumpcję i eksport, będzie się zmniejszać

- komentuje Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. Podobnie sytuację w polskiej gospodarkę podsumowują analitycy ING Banku Śląskiego, którzy co prawda mówią o szybszym od spodziewanego odbiciu koniunktury, ale jednocześnie są rozczarowani jej strukturą, tj. wzroście wydatków konsumpcyjnych przy bardzo słabych inwestycjach.

Nie tylko prywatnych, ale też publicznych, bo one również mocno zahamowały. Po części to efekt kończącej się perspektywy środków unijnych, po części także zakończenia cyklu wyborczego, który motywował m.in. do wzmożonych inwestycji infrastrukturalnych. 

Na razie dane wyglądają niepokojąco, ale wszystko wskazuje na to, że za kilka miesięcy czeka nas inwestycyjne wzmożenie, przede wszystkim ze strony państwa. Inwestycje publiczne to jeden z powszechniejszych sposobów na wspieranie wychodzenia gospodarki z kryzysu. Zapowiada je także i polski rząd - w kampanii przed wyborami prezydenckimi sporo mówiło się m.in. o "Planie Dudy" (Rafał Trzaskowski także promował ideę lokalnych inwestycji).

"Plan Dudy" oparty jest na czterech dużych segmentach - inwestycjach strategicznych, inwestycjach lokalnych, inwestycjach w zdrowie i inwestycjach w środowisko naturalne. Wśród inwestycji strategicznych wymienia się m.in. Centralny Port Komunikacyjny (nie tylko jako samo lotnisko, ale także towarzyszące mu potężne inwestycje m.in. w infrastrukturę kolejową) czy przekop Mierzei Wiślanej. Ale - o czym wspomina w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Damian Kaźmierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa - inwestycji w kolejnych latach można spodziewać się także m.in. w zakresie dróg (finalizacja projektów z Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014-2023 z perspektywą do 2025 r., wzmożone inwestycje w drogi lokalne) czy np. elektroenergetyki, gazownictwa i OZE.

Środki na realizację wielu planów Zjednoczonej Prawicy mają oczywiście pochodzić z Unii Europejskiej, w tym z unijnego Funduszu Odbudowy. Według ustaleń z lipcowego "budżetowego" szczytu Unii Polska ma z niego otrzymać 64 mld euro - 30 mld w formie dotacji, 34 mld w formie tanich pożyczek. Łącznie w unijnym budżecie w perspektywie 2021-2027 zarezerwowano dla Polski ok. 159 mld euro.

To jednak melodia przyszłości, przynajmniej 2021 r. Na razie inwestycje w Polsce hamują, o czym boleśnie przekonuje się sektor budowlany.

Wygląda na to, że zakończenie inwestycji publicznych nakłada się na wstrzymanie prywatnego cyklu inwestycyjnego. W perspektywie nie widzimy możliwości szybkiego odbicia obu kategorii inwestycji, choć inwestycje publiczne będą solidnie wsparte przez "wykańczanie" perspektywy budżetowej, a w dalszej części roku środki z Next Generation EU. To jednak historia na 2021 rok. W międzyczasie obie kategorie inwestycji będą hamulcem dla PKB i jednocześnie przyczyną innej trajektorii PKB niż ta, którą wykazały sprzedaż i produkcja

- komentują analitycy mBanku. 

Budowlanka "trochę martwi" rząd

Najnowsze dane z budowlanki są niepokojące nie tylko dla rynkowych ekonomistów, ale także dla przedstawicieli rządu. 

Wskaźnikiem gospodarczym, który trochę nas martwi jest produkcja budowlana. Dziś inwestycje publiczne są potrzebne po to, aby ona, nawet jeśli nie odbije, to żeby się odbudowała

- mówił wiceminister finansów Piotr Patkowski cytowany przez "Business Insider Polska". Skalę inwestycji publicznych ma wspierać także zaproponowane ostatnio przez rząd wyjęcie ich w 2021 r. spod tzw. stabilizującej reguły wydatkowej (czyli bariery dla zbyt rozdmuchanych wydatków budżetowych) - chociaż Ministerstwo Finansów raczej sugeruje, że to element przezorności na wypadek drugiej fali epidemii i ponownego głębszego lockdownu.

To właśnie inwestycje publiczne mają więc w najbliższych kwartałach mocniej napędzać polską gospodarkę - chociaż oczywiście niewykluczone, że część firm prywatnych również wyzbędzie się z czasem paraliżującym koronakryzysowych obaw i przyłączy się do inwestycyjnego boomu.

Na razie jednak jest wręcz odwrotnie - na horyzoncie widać m.in. możliwe hamowanie sektora budownictwa mieszkaniowego, w którym królują podmioty prywatne. Jak zwracają uwagę ekonomiści Santander Banku, liczba ukończonych mieszkań jest wciąż imponująca - w lipcu było aż o 28,7 proc. wyższa niż do wcześniej - ale jednocześnie niemal nie rośnie liczba nowych pozwoleń na budowę (w górę o 1,2 proc. rok do roku), a liczba nowych budów wręcz spada (o 1,2 proc.).

Jak widać, inwestorzy intensywnie pracują nad dokończeniem bieżących projektów, ale już nie są tacy chętni, by rozpoczynać nowe. Będzie to miało wpływ na produkcję sektora w kolejnych kwartałach (12 miesięcy opóźnienia to wygodne przybliżenie). Skutek jest taki, że wskaźnik projektów w toku spadł do najniższego poziomu od 2016 r.

- konkludują Marcin Luziński i Grzegorz Ogonek z Santander Bank Polska.

Zobacz wideo Borys: W trzecim kwartale powinno nastąpić odbicie PKB