Błyskawicznie rośnie liczba zajętych respiratorów i łóżek. Sytuacja jest bardzo poważna [WYKRES DNIA]

W Polsce w górę poszybowała nie tylko liczba nowych zakażeń. Co gorsza, w szybkim tempie rośnie też liczba osób hospitalizowanych oraz zajętych respiratorów. Ta druga - raptem w kilka dni - wzrosła o ponad 60 proc.

Jeszcze 22 września, gdy pierwszy raz dochodziliśmy do liczby około tysiąca nowych przypadków koronawirusa w Polsce w ciągu doby, minister zdrowia Adam Niedzielski dawał do zrozumienia, że znaczny wzrost zakażeń nie świadczy o zaostrzeniu się pandemii.

Najważniejszym wskaźnikiem mówiącym o rozwoju pandemii jest liczba zajętych łóżek, czyli hospitalizacji i liczba osób korzystających z respiratora. Te liczby są stabilne. Cały czas mamy ok. 2 tys. hospitalizacji i 80-85 osób pod respiratorami

- mówił Niedzielski. We wtorek mówił już w innym tonie - nie, że liczby są stabilne, ale że jego resort "stara się działać proaktywnie" i pilnuje, aby liczba dostępnych łóżek i respiratorów "odpowiadała potencjalnemu zapotrzebowaniu". 

Rośnie liczba zajętych łóżek i respiratorów

Stabilność tych wskaźników wzięła bowiem przez tydzień w łeb. Dane Ministerstwa Zdrowia z 29 września wskazują, że mamy obecnie 141 zajętych respiratorów w całej Polsce. To o połowę więcej niż jeszcze pięć dni temu. Najwięcej, od kiedy resort publikuje codzienne dane - tj. od pierwszej połowy czerwca. Przez cały ten czas w użyciu było ok. 60-90 maszyn. Teraz w błyskawicznym tempie odnotowaliśmy kilkudziesięcioprocentowy wzrost. 

embed

Można też podejrzewać, że zbliżamy się do maksymalnych poziomów użycia respiratorów w ogóle w okresie całej epidemii - w kwietniu, w najgorszym momencie wiosennej fali, przedstawiciele resortu zdrowia mówili w mediach o ok. 130-140 zajętych maszynach. 

Rośnie nie tylko liczba zajętych respiratorów, ale także zakażonych osób w szpitalach. Według wtorkowych danych Ministerstwa Zdrowia mamy w Polsce zajętych 2399 łóżek dla osób z COVID-19. To najwięcej od 19 maja. 

embed

To pokazuje, że nawet jeśli przyjmiemy argumentację Ministerstwa Zdrowia, iż zdecydowana większość zakażeń przebiega łagodnie czy bezobjawowo, to jednak siłą rzeczy wraz ze wzrostem ogólnej liczby nowych przypadków rośnie też liczba osób, które chorobę przechodzą bardzo poważnie, a czasem niestety umierają. 

We wtorek resort zdrowia poinformował o śmierci aż 36 osób zakażonych koronawirusem. To drugi najwyższy dobowy wynik od początku epidemii, najwyższy od ponad pięciu miesięcy (24 kwietnia ministerstwo oznajmiło o śmierci 40 osób). Co więcej, średnia śmierci z ostatnich siedmiu dni przekracza już 20 na dzień - pierwszy raz od początku maja.

Będzie nam pewnie niestety rosła liczba osób, które przegrają walkę z koronawirusem. To jest prawidłowość, która dotyczy nie tylko Polski - więcej osób zakażonych, to więcej hospitalizacji, to więcej osób pod respiratorami i to jest niestety więcej tej tragicznej statystyki i zgonów

- nie pozostawiał wątpliwości już na poniedziałkowym briefingu prasowym rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

Czy łóżek i respiratorów mamy wystarczająco?

Jeszcze w poniedziałek Andrusiewicz studził emocje, mówiąc, że w Polsce "na pewno łóżek w Polsce nie zabraknie i ich nie brakuje". Wyliczał, że obecnie łóżek w szpitalach specjalistycznych jest ponad 6,3 tys., a oddziały zajmujące się pacjentami zakażonymi koronawirusem mają do dyspozycji ponad 800 respiratorów. 

We wtorek minister Niedzielski powtarzał, że "nie spodziewa się, by łóżek zabrakło", niemniej podjął decyzję o zwiększeniu dostępności bazy łóżek dla pacjentów z COVID- 19 do ponad 8 tys. To sygnał, że sytuacja jest jednak poważna.

Resort zdrowia przekonuje też, że w razie potrzeby liczbę łóżek można dalej zwiększyć, do nawet ponad 10 tys. Także respiratorów w całym kraju jest łącznie znacznie więcej - ponad 11 tys. 

Tyle że mimo wszystko nasuwa się kilka pytań i obaw - oby na wyrost - o wydolność systemu opieki zdrowotnej. Po pierwsze - ktoś respiratory musi obsługiwać, a pacjentów w szpitalach pielęgnować i leczyć. Jeśli epidemia (nie tylko zakażenia, ale i kwarantanny czy wypowiedzenia) zdziesiątkuje personel medyczny, możemy mieć problem.

Po drugie - czy jeśli epidemia w Polsce nadal będzie się rozwijać w takim tempie jak ostatnio, to czy respiratorów i łóżek w szpitalach wystarczy dla wszystkich potrzebujących, nie tylko tych z COVID-19?

Po trzecie - nawet jeśli wolnych łóżek i respiratorów w całej Polsce będzie sporo, to czy nie będą występowały lokalne problemy. To, że "pojawiać się mogą przejściowe sytuacje, że łóżek w pojedynczych szpitalach zabraknie", przyznał we wtorek też sam minister Niedzielski. Tłumaczył, że wówczas rolą koordynatora ratownictwa medycznego jest "wskazanie szpitala, gdzie łóżko się znajduje". 

O tym, że w praktyce zdarzają się już sytuacje, gdy pacjenci nie są przyjmowani na oddziały zakaźne, pisał m.in. portal "Bezprawnik".

Odsyłamy pacjentów do placówek 100 km dalej. Często muszę wykonać 3-4 telefony, by znaleźć miejsce w jakimś szpitalu dla chorego 

- mówił "Bezprawnikowi" jeden z lekarzy pracujących na Śląsku. Podobnych historii jest więcej. Inny przykład z ostatnich dni - 77-latka z Włocławka karetka przez dwa dni woziła pomiędzy kilkoma szpitalami. Wszystkie odmawiały jego przyjęcia ze względu na brak miejsc na oddziale dla osób zakażonych koronawirusem. 

Kolejna historia z ostatnich dni - parafia św. Katarzyny w Radzikach Dużych (województwo kujawsko-pomorskie) poinformowała w niedzielę o śmierci mieszkającego na plebanii pana Wojciecha. Jak czytamy na profilu parafii, dla mężczyzny w ostatnich dniach zabrakło respiratora. "Miejsce w sali covidowej na Bielanach zostało przyznane 35-letniej zakażonej kobiecie. Pani doktor, łamiącym się głosem, informowała nas o tak podjętej przez lekarzy decyzji" - można przeczytać na profilu.

Minister zmienia zasady wysyłania do szpitali

Lekarze sygnalizowali także w ostatnich dniach inny poważny problem, a mianowicie, że... izby przyjęć i szpitalne łóżka mogą być "blokowane" przez osoby, które mogłyby przechodzić chorobę w domu lub w izolatorium. Za ten stan rzeczy winili obowiązujące od kilku dni rozporządzenie ministra zdrowia.

Prof. dr hab. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, przekonywał w liście do ministra Niedzielskiego, że dokument nakłada na lekarzy POZ obowiązek kierowania "praktycznie każdego" pacjenta z dodatnim wynikiem genetycznym w kierunku SARS-CoV-2 do oddziału chorób zakaźnych.

Tylko pierwszy dzień funkcjonowania tego zarządzenia spowodował zatkanie Izb Przyjęć, a w kolejnych dniach sparaliżuje oddziały zakaźne

- ostrzegał prof. Flisiak. 

Minister zdrowia przychylił się do apelu zakaźników i we wtorek poinformował o zmianie strategii wysyłania chorych do szpitali zakaźnych. Teraz pacjent z niewielkimi objawami będzie mógł trafić pod opiekę lekarza rodzinnego i to on będzie mógł decydować o izolacji domowej.

Ile jest wolnych łóżek?

Osobną kwestią jest to, na ile dane Ministerstwa Zdrowia o liczbie zajętych łóżek odpowiadają rzeczywistej sytuacji. Nie chodzi absolutnie o to, że resort coś "kręci". Natomiast porównanie zajętych ok. 2,4 tys. łóżek do (już) ponad 8 tysięcy wszystkich dla chorych na COVID-19 - wskazujące, że wolnych jest aż 70 proc. łóżek - może sugerować, że punkt krytyczny znajduje się znacznie dalej, niż jest w rzeczywistości. 

Wątpliwości może wzbudzać choćby to, że coraz więcej szpitali melduje brak lub niemal brak wolnych łóżek. Nawet jeśli uznać, że do przestrzeni publicznej i medialnej przebijają się te najbardziej dramatyczne historie, to pytanie, czy przy zajętości miejsc na poziomie ok. 30 proc. w ogóle powinno dochodzić do sytuacji, gdy dla pacjenta nie ma miejsca w wielu szpitalach.

Jak tłumaczy na Twitterze Jakub Kosikowski, obecnie rezydent w szpitalu w Puławach, łóżka dla chorych dzielą się na cztery grupy i "nie da się dowolnie między nimi przerzucać" pacjentów.

Niepokojące wyglądają także dane o zajętości łóżek na oddziałach zakaźnych w systemie informacji o szpitalach. Wskazują one bardzo często zero wolnych miejsc. Z drugiej strony - należy wziąć poprawkę na to, że jak przyznał "Bezprawnikowi" łódzki oddział NFZ, system jest nieprzystosowany do obecnej sytuacji i czasem "nie widzi" wolnych łóżek.

To w zasadzie dopełnia obrazu chaosu, o którym coraz częściej mówią lekarze czy urzędnicy. Kilka dni temu wojewoda lubelski Lech Sprawka mówił, że przez dwa dni "robił za archeologa i odkrywał, gdzie są wolne łóżka zakaźne i gdzie są te z respiratorami". Ujawnił 36 wolnych łóżek. Na marginesie - mówił także o tym, że jeden ze szpitali nie przyjmował pacjentów, bo zachorował jeden z anestezjologów. - Łóżka mogą być więc niedostępne, bo może brakować kadry - komentował Sprawka.

Na jeszcze jedną "pułapkę" związaną z liczbą wolnych łóżek zwracała uwagę "Polityka". Chodzi o to, że czasem łóżka - choć wolne - muszą stać puste.

W pokojach chorych, w których powinna przebywać tylko jedna osoba z zakażeniem, są zazwyczaj co najmniej dwa miejsca (a najczęściej trzy łóżka). Są one automatycznie wyłączone z obsługi. Jeden chory blokuje więc całą salę, ale gdy nagle w nocy jego stan się pogarsza i wymaga przeniesienia na intensywną terapię, natychmiast w raportach szpitalnych zwalniają się trzy łóżka

- pisze Paweł Walewski. Dodatkowo może się zdarzyć, że łóżka mogą czekać na pacjentów np. tylko na żeńskim oddziale. Takie miejsce nie jest więc wolne dla mężczyzny.

Zobacz wideo "Liczba osób zakażonych w Polsce na dobę może być czterokrotnie większa"