Jak polscy lekarze wyjeżdżali do Szwecji. Adam Ringer: Siedem miesięcy intensywnej nauki, od poniedziałku do piątku

Teraz ma sieć kawiarni Green Caffe Nero, ale biznesowa dzialalność Adama Ringera nie ograniczała się tylko do jednej branży. Pod koniec lat 90. zaczął wysyłać do Szwecji lekarzy z Polski, teraz zajmuje się tym jego firma Paragona. - Na początku kursu, kiedy lekarze słyszą, że za pół roku będą mówić płynnie po szwedzku, najczęściej - choć oczywiście taki jest ich cel - nie wierzą. Twierdzą, że to nierealne, uśmiechają się pod nosem. W trakcie kursu przychodzi jednak chwila, kiedy kursanci z różnych grup i krajów spotykają się na korytarzu czy lunchu i... zaczynają rozmawiać po szwedzku - mówi biznesmen w wywiadzie - rzece, który ukaże się w formie książki w Wydawnictwie Agora.

Adam Ringer to ekonomista i biznesmen, twórca i współwłaściciel kawiarni Green Caffe Nero, a także firmy Paragona, która zajmuje się organizowaniem pracy dla pracowników służby zdrowia za granicą. Wywiad - rzekę, który jest połączeniem historii jego życia prywatnego z brawurową opowieścią o jego licznych biznesach, przeprowadzili Grzegorz Kubicki i Maciej Drzewicki z Trójmiejskiej "Gazety Wyborczej". Publikujemy fragmenty tej rozmowy, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora w formie książki "Na podwójnym espresso. Życie w trzech aktach". 

Jak to się stało, że zaczął pan wysyłać do pracy za granicą polskich lekarzy?

– Była jesień 1998 roku. Mój wspólnik Kent odebrał telefon od kogoś z władz województwa Kalmar w południowo-wschodniej części kraju. Zaproszono go na spotkanie z tamtejszymi urzędnikami, politykami, aby poopowiadał im o Polsce – co w niej można, a czego nie. Kent zadzwonił do mnie zaraz po tym telefonie z Kalmaru i żalił się, że strasznie nie chce mu się tam jechać – spotkanie wypadało w sobotę, a poza tym od kilku dni lało i nie zapowiadało się, żeby miało przestać. A do przejechania miał około 170 kilometrów.

Przekonał go pan?

– Bardzo nie chciał, ale pojechał. Kent świetnie wypadał na takich spotkaniach, dużo i barwnie opowiadał. Połowa to była prawda, połowa niekoniecznie, ale zawsze porywał słuchaczy. W tym Kalmarze opowiadał ogólnie o sytuacji w Polsce, o możliwościach biznesowych, a podczas części nieoficjalnej podszedł do niego przewodniczący odpowiednika naszego sejmiku wojewódzkiego, który w Szwecji odpowiada między innymi za służbę zdrowia. Zapytał, czy w Polsce są dobrzy lekarze. Mój wspólnik odpowiedział, że oczywiście, świetni, a doskonale wie, co mówi, bo sam niedawno spędził kilka dni w polskim szpitalu i rewelacyjnie się nim zajęli.

To była prawda czy niekoniecznie prawda?

– Prawda. Opinie o naszej służbie zdrowia w samej Polsce są podzielone, ale pewnie kiedy zobaczyli zagranicznego pacjenta, chcieli dobrze wypaść i porządnie się nim zaopiekowali.

W województwie Kalmar bardzo brakowało wtedy lekarzy. Kolejki były olbrzymie, a lada moment w życie miał wejść przepis, którego władze województwa bardzo się obawiały. Zgodnie z nim pacjent skierowany na zabieg musi zostać mu poddany najpóźniej w ciągu 60 dni od postawienia diagnozy. Jeśli to nie nastąpi, zyskuje prawo wyjazdu na zabieg za granicę, a rachunek za jego leczenie obciąża władze województwa.

W Szwecji są trzy rodzaje podatków osobistych – gminny, wojewódzki i – dla najbogatszych – państwowy. Władze województwa korzystają więc z pieniędzy podatników, ale w zamian muszą zadbać na przykład właśnie o profesjonalną opiekę medyczną. To dlatego rachunek za zagraniczne leczenie miał być wystawiany na województwo, z którego pochodził pacjent. A co będzie, jeśli pacjenci zaczną masowo korzystać z usług prywatnych szpitali na przykład w Londynie? Władze takiego Kalmaru bardzo się tego obawiały, więc musiały zrobić wszystko, aby przygotować się na nowe reguły. Czyli potrzebowały lekarzy.

Oczywiście wiedza Kenta o polskiej służbie zdrowia kończyła się na tym, co powiedział przewodniczącemu kalmarskiego sejmiku, więc od razu przybiegł do mnie. Zastanawialiśmy się, jak to rozegrać, a ja zacząłem się przyglądać temu, jak działa polska służba zdrowia, jak pracują lekarze.

I co pan zaobserwował?

– Że lekarzy mamy pełno, sporo pracują, ale mało zarabiają – to był jeszcze poprzedni wiek. Zasadniczym problemem w podejmowaniu pracy za granicą była bariera językowa. Bo przecież rozmowa z pacjentem to dla lekarza sprawa podstawowa. Tu nawet znakomity angielski nie wystarczał, wymagana była dobra znajomość szwedzkiego. Jest nawet na to unijny zapis, patient safety, czyli bezpieczeństwo pacjenta. Pacjent musi być pewien, że lekarz doskonale rozumie to, co on mówi, i że działa to też w drugą stronę – pacjent bez problemu musi rozumieć, co mówi do niego lekarz. Wiedzieliśmy, że temu wyzwaniu musimy podołać. Ale wcześniej zaprosiliśmy przedstawicieli sejmiku w Kalmarze i lokalnej służby zdrowia do Polski, żeby sami zobaczyli, jak wyglądają nasze szpitale.

Pewnie nie był to przyjemny obrazek?

– Bardziej niż stan techniczny szpitali interesowali ich sami lekarze – co potrafią, jakie mają wykształcenie, doświadczenie, specjalizacje. Ze Szwecji przyleciało wtedy około 30 osób. Oprócz urzędników i polityków byli szwedzcy lekarze i pielęgniarki. Umożliwiliśmy im spotkanie z lekarzami z Polski, oczywiście wcześniej przez nas wybranymi i przygotowanymi – sympatycznymi, uśmiechniętymi, z dobrym angielskim i wysokimi umiejętnościami.

Wieczorem zaprosiliśmy naszych gości na kolację do eleganckiej restauracji w Gdańsku. Dostałem szału, kiedy zobaczyłem rachunek – blisko 20 tysięcy złotych. Majątek! Okazało się, że personel restauracji, wykorzystując brak naszej kontroli, bo przecież byliśmy zajęci gośćmi, serwował najdroższe alkohole i kubańskie cygara. Byłem wściekły, ale jeszcze nie wiedziałem, że ta kolacja i 20 tysięcy złotych to była najlepsza inwestycja w moim życiu.

Aż tak się im spodobało?

– Dopiero miałem się o tym przekonać. Wtedy rozstaliśmy się z informacją, że są zainteresowani zatrudnianiem lekarzy z Polski i że mamy przygotować koncepcję, jak to wszystko przeprowadzić.

A operacja nie była prosta, bo w Szwecji było to wtedy de facto nielegalne. Cały czas obowiązywał zakaz importu siły roboczej przeforsowany 30 lat wcześniej przez związki zawodowe w myśl zasady Sweden first. A mówimy tu o sytuacji obowiązującej sześć długich lat przed wejściem Polski do UE. Na to, żeby zostać i pracować w Szwecji, były tylko dwa legalne sposoby – łączenie rodzin, czyli małżeństwo, albo status uchodźcy politycznego.

Ani jedno, ani drugie niespecjalnie pasuje do polskich lekarzy w latach 90.

– Zdecydowanie. Ale okazało się, jak to zwykle bywa, że mogą być odstępstwa i wyjątki. Wyjątkiem mógł być na przykład wybitny naukowiec, którego chciało zatrudnić Volvo. W takiej sytuacji Volvo występowało do rządu z prośbą o możliwość zatrudnienia takiego eksperta. Rząd wyrażał zgodę lub jej nie wyrażał. Innym wyjątkiem – jak założyliśmy – mógł być wybitny lekarz z Polski, który przyjeżdża rozwiązać ważny problem całego województwa. Kiedy w rządzie są partyjni koledzy członków władz tego województwa, wyjątek może stanowić nawet cała nasza grupa 60 nieznanych jeszcze z nazwiska i specjalizacji lekarzy.

Złożyliśmy podanie i zgodę dostaliśmy. Jak widać, nie ma rzeczy niemożliwych. To pierwsza ważna nauczka. I druga – im coś jest trudniejsze i pozornie niemożliwe do pokonania, tym lepszy biznes z tego później wychodzi.

Inne wyzwania mieliśmy w Polsce. Po pierwsze, nauka języka. Po drugie, organizacja – jak nauczyć języka całą grupę lekarzy w tym samym czasie, mieć to pod kontrolą, przygotować wszystkich do egzaminu i mieć pewność, że sobie poradzą.

W ile godzin lekarz ma opanować język szwedzki?

– Wyszło jej tysiąc godzin nauki języka. Tyle było nauki w klasach, do tego prace dodatkowe i domowe oraz różne rozrywki po szwedzku. To potrzebne, żeby nauczyć języka na poziomie C1 (według skali ALTE – Association of Language Testers in Europe) lekarza, który wcześniej nie miał z tym językiem kontaktu.

Ten model od 20 lat działa właściwie niezmieniony. Oczywiście dzisiaj ten program jest realizowany z pomocą nowych technik i technologii, spora część jest na przykład online. Generalnie podstawa jest ta sama: żeby przejść kurs z tysiącem godzin nauki języka, trzeba się zamknąć w jednym miejscu na siedem miesięcy – przy założeniu, że ma się i dobrze realizuje świetny program nauczania, znakomitych nauczycieli i zdolnych lekarzy. Tylko tyle.

Siedem miesięcy?

– Inaczej się nie da. Siedem miesięcy intensywnej nauki, od poniedziałku do piątku plus część sobót. Tylko szkoła i internat, życie z dala od rodziny, możliwość spotkania z bliskimi najwyżej w weekendy. A nie mówimy tu o młodych rezydentach, tylko dojrzałych lekarzach, specjalistach czterdziestoletnich lub starszych, którzy na czas kursu muszą się rozstać z rodziną.

Rozumiemy, że to wy utrzymujcie ich podczas takiego kursu?

– Oczywiście, przecież oni wtedy nie pracują. Muszą wypowiedzieć swoje dotychczasowe umowy. To trudna decyzja, płaciliśmy im więc stawki w wysokości półtorej pensji, którą mieli wcześniej. Musieliśmy im też zapewnić pobyt, jedzenie i różne rozrywki, żeby nie zwariowali.

To ogromne koszty!

– Ale i duże zyski. Cena, jaką ustaliliśmy za tamten pierwszy kurs i przygotowanie jednego lekarza, to 180 tysięcy złotych. To daje dobrą marżę. Wymyśliliśmy też, tak na zachętę, zapis w umowie o tym, że to my ponosimy ryzyko związane z przygotowaniem lekarza. Czyli jeśli ktoś się wycofa, niezależnie od przyczyny – lekarka zajdzie w ciążę, lekarz nie zda egzaminu z języka – to Szwedzi, mimo że ponieśliśmy koszty kursu, za takiego lekarza nam nie płacą. Ten zapis funkcjonuje do dziś.

[...]

Szkołę dla lekarzy przygotowujących się do wyjazdu do pracy za granicą odwiedzamy w lipcu 2019 roku. Kampus (szkoła plus kilkadziesiąt wynajętych mieszkań) stworzony przez Paragonę znajduje się przy ulicy Grochowskiego w Piasecznie. To osiedle nowych, jasnych, niewysokich budynków z garażami podziemnymi. Szkoła wynajmuje 500 metrów kwadratowych na parterze jednego z takich domów.

W jadalni mijamy grupę lekarzy z Litwy, Grecji i Hiszpanii, którzy po przerwie na lunch gnają na dalsze zajęcia z języka. Rozmawiamy na małym tarasie, przy „pudełkowym”, typowym dla uczących się tu lekarzy lunchu.

Czy teraz to właśnie lekarze z Litwy, Grecji i Hiszpanii są waszymi głównymi kursantami?

– Litwinów mamy wielu. Greków też, choć kiedyś było ich jeszcze więcej. Greccy lekarze mają u siebie w kraju bardzo niekorzystne formy zatrudnienia. Przeważnie muszą zakładać własne firmy. Jedna z lekarek tłumaczyła mi, że choć kocha życie w Grecji, musiała uciekać, bo kiedy otworzyła działalność, praca przestała jej się opłacać. W zamian za wysokie podatki nie miała żadnej ochrony, ubezpieczenia. To praca bez perspektyw, z lękiem o to, co będzie na starość. Sami lekarze z Grecji nazywają ten system brnięciem w przepaść.

W Hiszpanii z kolei lekarze mają dziś problem ze znalezieniem pracy, więc przyjeżdżają do nas, by potem pracować na przykład w Szwecji.

Na kursach mamy też oczywiście Polaków. Nie tak wielu jak dawniej, ale nadal się zgłaszają. Ginekolodzy, chirurdzy czy radiolodzy zarabiają w Polsce kupę pieniędzy, wyjazd – zwłaszcza poprzedzony kursem i nauką języka – im się zwyczajnie nie opłaca. Ale na przykład młodzi lekarze rodzinni są bardzo chętni do wyjazdu.

Jakie jeszcze narodowości macie na kursach?

– Sporo jest Rumunów, Chorwatów, którzy też narzekają na warunki pracy u siebie, trochę Portugalczyków. Do niedawna mieliśmy wielu Węgrów, ale zaczęła nam ich podbierać europejska konkurencja.

A Ukraińcy?

– Możemy współpracować tylko z lekarzami z krajów Unii Europejskiej.

Lekarze, którzy do nas trafiają, mają różne intencje i motywacje. Część chce po prostu zmienić swoje życie. Przeprowadzają się do Skandynawii, Anglii czy Francji, bo tam jest spokojniej, w pracy mniejsze obciążenie, więcej czasu dla dzieci, większe możliwości rozwoju i oczywiście lepsze zarobki. Takie osoby to około 25 procent naszych kursantów – z nimi pracuje się najfajniej, bo wiedzą, czego chcą, mają wszystko przemyślane, są konkretni i zdeterminowani do wyjazdu.

A inne grupy?

– Mamy sporo osób, które uciekają przed problemami. Czasami politycznymi, bo swoim w kraju nie czują się bezpiecznie, ale głównie indywidualnymi. Trafiają do nas ludzie z trudną sytuacją w domu, także materialną. Zawsze mieliśmy też dużo osób zaraz po rozwodzie, które chcą zmienić swoje życie po bolesnym rozstaniu. Stosunkowo sporo mamy też ludzi LGBT, najwięcej właśnie z Litwy – nie żyje im się łatwo w swoim kraju.

Przez te wszystkie lata trafiali i trafiają do nas różni ludzie, z różnymi historiami i problemami, zdarzają się też sytuacje ekstremalne. Kilka lat temu był u nas lekarz, biegły sądowy. Facet około pięćdziesiątki, wyglądał na bezproblemowego, ale po miesiącu wyszło, że ma poważny problem. Zaczął pić – z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień coraz więcej. Był alkoholikiem. Doszło do sytuacji, to było w weekend, że wpadł w furię, zaczął biegać po kampusie, na korytarzach widział ludzi, których tam nie było. Musieliśmy zdecydowanie zareagować i się z nim pożegnać. Do końca upierał się, że wszystko jest OK, nic się nie dzieje, wszystko ma pod kontrolą.

Mieliśmy też lekarza, który miewał dni, kiedy w szafach widział lisy.

[...] 

Jak dużo osób z własnej woli rezygnuje w trakcie kursu, po prostu się poddaje?

– To sporadyczne przypadki. Najczęściej powodem są kwestie rodzinne, choroba – własna albo kogoś bliskiego. Niektórzy rezygnują, bo po prostu nie dają rady. Ostatnio mieliśmy na kursie dziewczynę z Rumunii, która już po tygodniu powiedziała, że jednak nie chce próbować. Może i chciałaby wyjechać, w jej przypadku do Anglii, ale przeraża ją wizją kilku miesięcy w szkolnej ławce. To się jednak zdarza bardzo rzadko.

Dwa lata temu była u nas Chorwatka, dobra lekarka, bystra i pozytywna kobieta. Przeszła cały kurs, czekała już na egzamin, który w jej przypadku wydawał się formalnością, ale zrezygnowała z wyjazdu. Tydzień później byłaby już w Szwecji: miała wykupione bilety, przygotowane mieszkanie, wszystko było zorganizowane. Tyle że jej czternastoletnia córka uparła się, że nigdzie nie pojedzie. Ta lekarka nie chciała nic robić wbrew dzieciom. To częsty powód rezygnacji – lekarz bardzo chciałby pojechać, ale jego rodzina jest przeciwna.

To właśnie nasze ryzyko. Pokrywamy koszty przygotowania takiej lekarki, wszystkich spraw organizacyjnych, ale jeśli finalnie nie pojedzie do pracy, to klienci nam za nią nie zapłacą.

Wielu naszych lekarzy ma zrozumiałe wątpliwości, bo decyzja o takim wyjeździe musi być trudna. Są tacy, którzy ewidentnie przez cały kurs się wahają. Niby się uczą, szykują, ale czy w ostatniej chwili nie zrezygnują? W takiej sytuacji jest jedna z Greczynek, którą mijaliście w jadalni. Widać, że chciałaby pracować w Szwecji, ma dość swojego kraju, ale jej mąż, wojskowy, jest innego zdania. Ona jest zdeterminowana, ale się boi, że przed końcem kursu nie zdoła przekonać męża.

Problemy i wątpliwości mogą też wynikać z tego, że większość ludzi, którzy do nas trafiają, to osoby z dużym doświadczeniem, wysoką pozycją społeczną i zawodową. To często szefowie oddziałów w szpitalach, uczestnicy licznych konferencji, są przyzwyczajeni do wysokiego standardu intelektualnego. U nas w wieku czterdziestu kilku lat – bo taka jest średnia naszych kursantów – zostają sprowadzeni do poziomu ucznia. Nie zawsze wszystko im wychodzi, ktoś inny wypada lepiej. To powoduje stres.

Co w wolnych chwilach robią kursanci? Wiemy, że tych chwil nie mają dużo, ale kim są, czym się interesują, jakich zajęć pozalekcyjnych szukają?

– Mamy teraz Hiszpankę, która przyjechała do nas prosto z Karaibów, mieszkała i pracowała na malowniczej wyspie Saint-Martin.

Z Saint-Martin do Piaseczna?

– Wszyscy się dziwiliśmy. Na Karaibach mieszkała przez cztery lata, wszystko było OK, dopóki przez wyspę nie przeszedł huragan „Irma”. To było we wrześniu 2017 roku, nasza lekarka akurat wtedy miała dyżur. Zaczęła się panika i chaos, mnóstwo ludzi potrzebowało pomocy, ale nic nie działało, lekarka nie mogła się nawet dodzwonić do rodziny. Dwa dni nie miała kontaktu z mężem i dwiema córkami. Przeżyła coś takiego pierwszy raz w życiu i obiecała sobie, że ostatni. Kiedy tylko sytuacja się uspokoiła, wsadziła rodzinę do samolotu i kazała im wracać do Alicante. Sama uciekła ich śladem, kiedy dobiegł końca jej kontrakt. Bała się kolejnego horroru. Cóż, Szwecja będzie miała świetnego lekarza. Jest nefrologiem, a po zajęciach udziela innym kursantom lekcji salsy i bachaty.

Organizujemy naszym kursantom różne wyjścia i zajęcia, na przykład lekcje gotowania albo ceramiki. Właśnie jesteśmy na etapie wyposażania nowego social roomu, gdzie lekarze mogą się integrować. Mają tam telewizor, dużo filmów i gier, przygotowujemy bibliotekę. Zależy nam, żeby wieczorami wychodzili z mieszkań, spędzali czas razem, złapali chwilę oddechu od podręczników.

[...]

Uczycie kursantów w Paragonie także specjalistycznego języka medycznego czy zostawiacie to szwedzkim lekarzom?

– Zadaniem naszych nauczycieli jest kompleksowe przygotowanie kursantów, także w języku specjalistycznym.

Wyobrażamy sobie, że jest to język pełen zwrotów, które nawet po polsku niekoniecznie byśmy zrozumieli.

– Wszystkiego da się nauczyć. Oczywiście nasi nauczyciele współpracują przy tym z lekarzami, uzupełniają wiedzę, sami uczą się na bieżąco.

Pierwsze zajęcia z języka są ogólne, dotyczą życia codziennego. Później kursanci zaczynają się uczyć języka specjalistycznego. To zawsze trudny moment, także dla nauczycieli: wyzwaniem są nowe specjalizacje, kiedy trzeba na przykład prowadzić zajęcia dla anestezjologów lub lekarzy innej, niezgłębionej jeszcze przez nas specjalizacji. Tu nie ma rutyny, za każdym razem trzeba studiować najnowsze materiały. Lekarzy, którzy mają wyjechać do Anglii, obciążono ostatnio obowiązkiem nauki rozpisywania historii choroby, jej analizy. To bardzo trudne, ale takie nowości i ćwiczenia rozwijają nas i nauczycieli.

Fascynujące jest to, że ktoś przychodzi do was 1 stycznia, a do końca lipca musi płynnie rozmawiać na przykład po szwedzku, także na poziomie lekarza specjalisty.

– Na początku kursu, kiedy lekarze słyszą, że za pół roku będą mówić płynnie po szwedzku, najczęściej – choć oczywiście taki jest ich cel – nie wierzą. Twierdzą, że to nierealne, uśmiechają się pod nosem. W trakcie kursu przychodzi jednak chwila, kiedy kursanci z różnych grup i krajów spotykają się na korytarzu czy lunchu i... zaczynają rozmawiać po szwedzku. Bo tak im łatwiej, prędzej się dogadają, nawet szybciej niż po angielsku.

[...]

Są miejsca i kraje, gdzie aklimatyzacja przebiega najtrudniej?

– Mamy miejscowości na północy Szwecji, do których wysyłamy głównie stomatologów. Po niedługim czasie ci dentyści stamtąd uciekają – bo to malutkie mieściny, w których zawsze jest zimno i ciemno. Ale szpitale czy raczej przychodnie się tym nie przejmują, tylko zwracają się do nas z prośbą o wyszkolenie kolejnego lekarza. Jakby były pogodzone z tym, że ten, kto do nich przyjedzie, długo tam nie wytrwa.

Zawsze jednak dopytujemy lekarzy kursantów o to, czy mają świadomość, gdzie chcą wyjechać, czy sprawdzili, jaki tam panuje klimat, jaka jest pogoda. Niedawno poznałem miłego młodego Włocha z Rzymu, z którym miałem okazję dłużej porozmawiać podczas naszego dnia otwartego. Dzień otwarty polega na tym, że przyjeżdża do nas przyszły pracodawca danej grupy lekarzy, lepiej ich poznaje, opowiada, co ich czeka, jest do ich dyspozycji, mogą mu zadawać pytania. Ten młody Włoch wybierał się na północ Norwegii, do miejscowości, w której żyje około 300 osób. Miał leczyć cały okręg. Dookoła cisza, nic nie ma, wszystko wiecznie zasypane śniegiem. Pacjentom spoza tej miejscowości trudno nawet do niego dotrzeć, a jeśli on ma wizytę w domu pacjenta, to może tam dolecieć tylko helikopterem. Zapytałem go, czy zdaje sobie sprawę, dokąd się wybiera. Stwierdził, że właśnie tego chce, bo kocha przyrodę i lubi jeździć na nartach.

Książka "Na podwójnym espresso. Życie w trzech aktach" ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora7 października. Kupić można ją na stronie kulturalnysklep.pl pod TYM LINKIEM.

'Na podwójnym espresso. Życie w trzech aktach'. Wywiad - rzeka z Adamem Ringerem.'Na podwójnym espresso. Życie w trzech aktach'. Wywiad - rzeka z Adamem Ringerem. Wydawnictwo Agora