Polska wśród krajów o najwyższym poziomie niepokoju wywołanego pandemią. Niemcy po drugiej stronie skali

Gwałtowne przyspieszenie pandemii koronawirusa podnosi poziom lęku obywateli - ale nie wszędzie. Firma Deloitte opublikowała wyniki ankiety, z której wynika, że wśród mieszkańców 19 państw, Polacy znajdują się blisko czołówki tych z największym niepokojem. W dodatku ten wskaźnik w naszym przypadku wzrósł o 12 punktów procentowych od sierpnia. 65 proc. badanych obawia się o stan swoich oszczędności.

Silny wzrost przypadków zakażeń, obawy o wydolność systemu ochrony zdrowia, wracające restrykcje - koronawirus nie odpuścił i wrócił do wielu państw świata drugą, intensywniejszą niż wiosenna, falą. To może wywoływać zrozumiałe obawy konsumentów i w konsekwencji przekładać się na ich decyzje gospodarcze. Pewne wskazówki, że niepewność i obawy rosną, pojawiają się już od niedawna w danych dotyczących płatności kartami, o czym sygnalizują największe banki komercyjne (więcej na ten temat za chwilę). Są też wyniki badania, które potwierdza te podejrzenia. Tyle, że nie wszędzie na świecie ludzie reagują tak samo. 

Polacy wśród liderów pod względem poziomu lęku wywołanego pandemią

Badanie ankietowe przeprowadziła firma Deloitte. Przepytała po tysiąc osób z 19 państw: Australii, Belgii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA, a także Polski - mieszkańcy naszego kraju wzięli w nim udział ósmy raz. W wyniku badania powstaje tzw. indeks niepokoju - to wyrażona w procentach różnica netto między badanymi, którzy zgodzili się ze stwierdzeniem "jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu" i tymi, którzy z takim zdaniem się nie zgadzają. Im wyższy wskaźnik, tym poziom lęku większy. 

Z ankiety wynika, że ów indeks w Polsce wzrósł w ciągu miesiąca aż o 12 punktów procentowych i sięgnął poziomu 4 proc. Jesteśmy też w czołówce, na czwartym miejscu razem z Hiszpanią i Chile. Na drugim jest Irlandia z 6 proc., a niekwestionowanie najbardziej zaniepokojeni są mieszkańcy Indii (choć tam indeks spadł z 43 proc. do 27 proc.).

embed

Po drugiej stronie znajdują się przede wszystkim Niemcy, gdzie indeks niepokoju jest ujemny na poziomie -42 proc. Jak wskazuje Deloitte, od maja, od kiedy prowadzone jest to regularne badanie, Niemcy za każdym razem mają ten wskaźnik najniższy. Od poprzedniego badania poprawił się on o 10 punktów procentowych. Spada też (od lipca) poziom lęku wywołanego pandemią wśród Chińczyków, w ciągu miesiąca ten spadek wyniósł aż 15 punktów procentowych. 

Dlaczego i czego konsumenci się boją?

Można domniemywać, z czego wynikają te różnice - w Niemczech, mimo, że liczba zakażeń znowu rośnie, nie idzie za nią proporcjonalnie gwałtowny wzrost zgonów, podobnie było w pierwszej fali pandemii, kiedy Niemcy były chwalone za m.in. sprawne testowanie. Chiny z kolei zdusiły pandemię przed latem, teraz oficjalnie informują o kilkunastu przypadkach dziennie, a gospodarka wróciła do wyraźnych wzrostów. 

>>>Chiny otrząsnęły się z koronawirusa. PKB w górę o 4,9 proc. W G20 mogą być jedyne ze wzrostem w tym roku

Cała Europa, nie tylko Polska, ugina się pod ciężarem pandemii. Niemniej gwałtowny wzrost liczby zachorowań, obawy o wydolność służb medycznych, a także poważne ograniczenia jakie zaczynają wprowadzać inne kraje, sprawiają, że Polacy po prostu nie wiedzą, czego mogą się spodziewać po nadchodzących tygodniach. A mówiąc najprościej, boimy się tego, czego nie znamy

- mówi, cytowany w komunikacie, Michał Tokarski, partner Deloitte, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce.

Zobacz wideo Prof. Matyja o szpitalu na Narodowym: Krok w dobrym kierunku

Warto tutaj dodać, że ankietę przeprowadzono na przełomie września i października - a gwałtowne przyrosty dziennych zakażeń zaczęliśmy obserwować później, później też weszły w życie nowe restrykcje, a do czerwonych stref trafiły obszary, w których żyje ponad 50 proc. mieszkańców kraju. W ostatnich kilkunastu dniach docierają do nas coraz bardziej dramatyczne sygnały ze szpitali, a od mniej niż doby wiemy, że rząd zdecydował się na budowę szpitala polowego na Stadionie Narodowym w Warszawie (oraz kolejnych w pozostałych dużych miastach). Nie jest wykluczone, że ten poziom niepokoju mamy już większy, niż około trzy tygodnie temu. 

>>>O roli strachu w przełożeniu pandemii na gospodarkę pisaliśmy m.in. tutaj: Będzie "mini dobrowolny lockdown"? Strach jest kluczowy. A co z PKB? "Miało być lepiej, a nie jest"

Deloitte zaznacza, że wyższy poziom lęku "w większości nie przełożył się na obawy związane z aktywnościami społecznymi". Jednak na pewne zachowania nas jako konsumentów się przekłada - i to jest główne przełożenie strachu na gospodarkę, choć nie w każdej aktywności wygląda to tak samo. Tak w każdym razie wynika z omawianej ankiety. Konsumentów, którzy w sklepach czują się bezpiecznie, jest nieco więcej - 51 proc. Za to mniej jest osób, które bezpiecznie czują się w restauracjach - ich odsetek spadł do 41 proc. z 44 proc. w poprzedniej edycji badania. O 3 punkty procentowe spadł też odsetek tych, którzy nie mają obaw z związku z wizytą u dentysty czy fryzjera.

Więcej jest Polaków bojących się utraty pracy (wzrost o 5 pkt proc.) - to już połowa. 65 proc. badanych z naszego kraju obawia się o stan swoich oszczędności, a 62 proc. o to, że nie może nie być w stanie spłacić zadłużenia kredytowego. 

To być może przekłada się na zakupy. Mniej (w porównaniu z poprzednią edycją badania, z końca sierpnia) jest polskich konsumentów, którzy twierdzą, że kupują na zapas. 45 proc. Polaków twierdzi, że poluje na okazje. 36 proc. mówi, że większe zakupy odkłada na później. 

Co rzuca się w oczy to mniejsza o 5 pkt proc. liczba polskich konsumentów, którzy są w stanie zapłacić więcej za wygodę. Od najwyższego wyniku w pierwszej połowie czerwca to spadek o 8 pkt proc. Polacy ewidentnie przechodzą na tryb oszczędności i niechętnie wydają pieniądze. Niepewność związana z tym, że nie wiemy, jakie dalsze ograniczenia przyniesie nam rozwój pandemii, z pewnością ma na to duży wpływ 

- komentuje Michał Tokarski.

Poza tym, 77 proc. ankietowanych z naszego kraju boi się o zdrowie swojej rodziny (i to bardziej niż o swoje własne, różnica wynosi 15 pkt proc.) - najwięcej od początku badania, jest to też najwyższy odsetek w Europie. 

Konsumenci się boją, co z PKB?

To, co wynika z ankiety Deloitte, od pewnego czasu widzą ekonomiści polskich dużych banków, którzy mają szybki dostęp do danych o transakcjach kartowych swoich klientów. Na przykład z informacji opublikowanych przez Pekao SA wynika, że wprawdzie sprzedaż artykułów RTV, AGD i mebli trzyma się dobrze, ale wyraźny spadek widać w restauracjach i hotelach, nie rośnie sprzedaż odzieży i obuwia (co jesienią zwykle miało miejsce), spada sprzedaż paliw, co wskazuje na mniejszą mobilność Polaków. 

"W Polsce w IV kw. koniunktura pogorszy się z uwagi na wysoki poziom zakażeń i przywrócenie restrykcji" - piszą eksperci w swoim najnowszym raporcie ekonomicznym. Ich zdaniem, kształt odbicia w polskiej gospodarce w drugiej fali koronawirusa będzie wyglądem przypominać bardziej literę "U" (czyli razem z pierwszym dnem stworzy zbitkę liter "V" i "U" - to pierwsze, letnie odbicie było dynamiczniejsze, ale też zaczynało się od głębszego dna).

Ich zdaniem restrykcje teraz będą mniej dotkliwe dla konsumentów i gospodarki, niż te z wiosny, ale zapewne utrzymają się dłużej. Do tego państwo będzie wspierać przedsiębiorców inaczej niż podczas pierwszej fali - kierując pomoc do konkretnych branż (przypomnijmy, że te dotknięte nowymi restrykcjami tak naprawdę nie zdążyły się jeszcze odrodzić po wiosennym lockdownie). W ich scenariuszu polska gospodarka wróci do poziomu sprzed pandemii do końca przyszłego roku, w którym wzrost PKB ma wynieść około 4 proc.