Izrael był najmocniej dotkniętym epidemią krajem na świecie. Lockdown podziałał, ale wielkim kosztem

Izrael bardzo powoli otwiera się po miesięcznym lockdownie. Gdy był wprowadzany we wrześniu, kraj był w światowej czołówce w dobowym przyroście nowych zakażeń i osób zmarłych w przeliczeniu na milion mieszkańców. Teraz statystyki bardzo mocno spadły, ale bardzo restrykcyjna izolacja społeczna wywołała rozruchy w kraju.

Dzienny przyrost zakażonych w Polsce dobija do 10 tys., minister zdrowia Adam Niedzielski nie wyklucza, że jeszcze w tym tygodniu na "liczniku" będziemy widzieć po 15-20 tys. nowych przypadków dziennie. Szpitale pękają w szwach, planowe zabiegi i badania są odwoływane, rząd szykuje "szpitale polowe". Już dziś Polska znajduje się w czołówce krajów Europy pod względem liczby zmarłych osób z COVID-19 w ostatnich tygodniach, w przeliczeniu na milion mieszkańców.

Wraz z pogarszającą się szybko sytuacją epidemiczną w Polsce, powracają obawy o ponowny lockdown. Wydaje się wręcz, że zasadniczym pytaniem jest nie to, czy będą wprowadzane i zaostrzane kolejne restrykcje, ale raczej - jak daleko pójdą.

Izrael wychodzi z dramatycznego położenia

W momencie, gdy Polacy boją się o lockdown, swoje restrykcje zaczyna delikatnie luzować Izrael. W przykładzie tego kraju znaleźć kilka punktów wspólnych z tym, co dzieje się lub może się dziać w Polsce, dlatego warto śledzić zmagania Izraela z pandemią.

Ponowne poważne restrykcje funkcjonowały tam od lipca, ale w ścisły lockdown Izrael wszedł 18 września. Decyzja zapadła pięć dni wcześniej, gdy średni siedmiodniowy przyrost nowych zakażeń wynosił ok. 3,5 tys. dziennie. Jako że Izrael to około 9-milionowy kraj, dawało to ok. 400 zakażeń na dobę na milion mieszkańców. Dla porównania obecnie w Polsce średnia z ostatnich siedmiu dni to ok. 200 zakażeń na milion mieszkańców, chociaż gdy weźmiemy pod uwagę najwyższy na razie dzienny wynik - 9622 nowych przypadków 17 października (ten rekord niestety wkrótce zostanie pobity) - daje to już ok. 250 nowych zakażeń na milion mieszkańców. 

>>>Drugi lockdown w Irlandii, częściowy w Belgii i Holandii, lokalny w Niemczech. Europa walczy z pandemią

Od momentu decyzji izraelskich władz o lockdownie do jego wprowadzenia średnia liczba zakażeń wzrosła już do ok. 500 na milion mieszkańców na dobę, a w najgorszym momencie - na przełomie września i października - dotarła do poziomu ponad 700 przypadków. Przekładając to na polskie realia, to tak, jakby u nas codziennie przybywało ponad 26 tys. nowych zakażonych.

Dzienna liczba nowych zakażeń w Izraelu i w Polsce (na milion mieszkańców)

embed

Jednak wygląda na to, że od początku października lockdown zaczął przynosić skutki. Liczba nowych zakażeń zaczęła bardzo mocno spadać. Dziś sytuacja wciąż jest trudna - dość zauważyć, że przyrost nowych przypadków w przeliczeniu na liczbę ludności jest porównywalny do obecnego w Polsce. To wciąż poziom, przy którym Izrael wprowadzał pierwsze obostrzenia, a jednocześnie to także oznaka, że liczba dziennych nowych przypadków spadła w ciągu ostatnich 2-2,5 tygodnia o ponad 70 proc. Krzywa zachorowań zaczęła się wypłaszczać, nie wskazuje już wykładniczego wzrostu jak we wrześniu (oraz jak, niestety, wygląda obecna krzywa aktywnych przypadków dla Polski).

Łączna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce i Izraelu

embed

Lockdown w Izraelu bardzo restrykcyjny

Pierwsze restrykcje rząd Izraela zaczął wprowadzać już na początku lipca, wobec bardzo niepokojącego wzrostu nowych zakażeń. Przyczyn było kilka - jako jedną z głównych wymienia się błędy przy organizacji zajęć po powrocie uczniów do nauki stacjonarnej. W szkołach dystans pomiędzy uczniami był fikcją. "Roznosili" oni wirusa swoim bliskim. Izraelski rząd widząc w maju bardzo optymistyczne statystyki nowych zakażeń, zbyt szybko uwierzył, że epidemia jest "w odwrocie", problem roznieciła też niesubordynacja części społeczeństwa w przestrzeganiu reguł ostrożności. Słowem - da się znaleźć kilka podobieństw do wydarzeń w Polsce.

W lipcu wprowadzono w Izraelu m.in. ograniczenie liczebności zgromadzeń (i pasażerów w komunikacji publicznej) do 20 osób, zamknięto siłownie, kluby nocne, miejsca kultury, plaże, a na weekendy także wiele sklepów (poza spożywczymi i aptekami). Po protestach przedsiębiorców część restrykcji jednak poluzowano - ponownie otwarto galerie handlowe, restauracje, czy plaże. W obliczu wciąż rosnącej liczby zakażeń na początku września rząd próbował jeszcze ratować się dodatkowymi obostrzeniami wyłącznie w części kraju, wydzielając - podobnie jak zrobiła to Polska - czerwone strefy.

Ostatecznie jednak w połowie września Izrael wszedł w bardzo daleko posunięty lockdown. Obywatele mogli poruszać się wyłącznie w promieniu kilometra od domu (za wyjątkiem dojazdu do pracy czy ważnych życiowych aktywności - np. zakupów spożywczych czy lekarstw). Zamknięto niemal wszystkie szkoły, przedszkola, żłóbki, galerie handlowe, większość sklepów, hotele, baseny, kluby fitness, bary czy restauracje (jedzenie sprzedawano wyłącznie na dowóz, nie było możliwości samodzielnych odbiorów zamówień). Wprowadzono zakaz zgromadzeń powyżej 10-20 osób (10 w pomieszczeniu, 20 na zewnątrz). Ustalono zasadę, że biznes może działać tylko w zakresie, w którym pracownicy nie mają bezpośredniego kontaktu z klientami. Po kilku dniach niemal całkowicie zamknięto synagogi oraz bardzo mocno ograniczono działalność międzynarodowego lotniska Ben Gurion.

Początkowo lockdown miał trwać do 10 października, ale został przedłużony jeszcze o tydzień. Od 18 października reguły są poluzowane, ale tylko nieznacznie i wyłącznie poza czerwonymi strefami. Zniesiono ograniczenie co do maksymalnego dystansu od domu, restauracjom pozwolono wydawać jedzenie na wynos, otwarto żłobki, przedszkola, część miejsc kultu, plaże czy parki. Wciąż zamknięte są m.in. szkoły, siłownie, hotele czy lokale gastronomiczne w zakresie wydawania posiłków na miejscu.

Zresztą wystarczy spojrzeć na liczby zakażeń - w przeliczeniu na milion mieszkańców nie są one już tak dramatyczne jak miesiąc temu, ale wciąż Izrael ma z COVID-19 bardzo poważny problem.

Premier Izraela: "Tak dla lockdownu"

Premier kraju Benjamin Netanjahu sygnalizuje, że tym razem odmrażanie gospodarki i życia społecznego będzie znacznie ostrożniejsze i wolniejsze niż wiosną. Stwierdził, że wychodzenie z lockdownu może potrwać nawet od pół roku do roku. Cytowany przez BBC ma też dla Europy przesłanie - "tak dla lockdownu".

Na razie osiągnęliśmy sukces, który już zaczyna być zauważany m.in. w Europie, gdzie zachorowalność jest już wyższa niż u nas. Obecnie deliberują nad tym, o czym mu już decydowaliśmy - tak dla blokady, tak dla szybkiego obniżania liczb zakażeń

- mówił kilka dni temu Netanjahu.

Oczywistym problemem jest jednak głęboki kryzys, w który wepchnęły izraelską gospodarkę już dwa lockdowny. Stopa bezrobocia potroiła się tam od pierwszego kwartału, dochodząc do poziomu ponad 11 proc. - najwyższego od 15 lat. Główna ekonomistka resortu finansów szacuje koszty lockdownu na blisko 25 mld szekli, czyli blisko 30 mld zł. Cytowana przez agencję Reutera firma analityczna Dun&Bradstreet ocenia, że w tym roku w Izraelu upadnie ok. 7-8 proc. biznesów, czyli 80-85 tys. firm.

Ponowny lockdown okupiony został nie tylko poważnymi kosztami finansowymi dla gospodarki i budżetu państwa (w postaci m.in. wsparcia dla firm czy zasiłków dla rodziców i bezrobotnych), ale także polityczno-społecznymi. Przez kraj przetaczają się demonstracje obywateli i przedsiębiorców przeciwko restrykcjom. Tu także więc można znaleźć punkt wspólny z sytuacją w Polsce, gdzie odbywają się już protesty przedstawicieli części branż biznesu (ostatnio np. klubów fitness) oraz osób negujących pandemię.

W Izraelu sprawy poszły znacznie dalej niż w Polsce - szacuje się, że po przyjęciu przepisów ograniczających możliwość organizowania demonstracji w trakcie lockdownu, na ulice w całym kraju w ramach antyrządowych protestów wyszły - według różnych źródeł - od kilku do kilkudziesięciu tysięcy osób. Demonstracje odbywają się także pod domem premiera Netanjahu. 

Takie wydarzenia oraz protesty "antycovidowców" w innych krajach (w tym m.in. ostatnie zamieszki w czeskiej Pradze) z pewnością zapadają w pamięć i polskim politykom.

Zobacz wideo Prof. Matyja: Zdrowie zawsze traktowano po macoszemu