Niezwykły zjazd liczby nowych zakażeń. Cud, "przezorność" Polaków czy "żenada" z danymi?

Zaskakująco dobrze prezentuje się wtorkowy raport Ministerstwa Zdrowia o liczbie nowych potwierdzonych przypadków koronawirusa w Polsce. 10 139 nowych zakażeń to najmniej od ponad miesiąca. Jeszcze kilka dni temu mieliśmy po 22-24 tys. nowych zakażeń.

10 139 nowych wykrytych zakażeń koronawirusem w Polsce to najmniej od 21 października. Potem przez ponad miesiąc codziennie liczby były wyższe, w tym maksymalnie nawet 27 875 nowych przypadków, o których Ministerstwo Zdrowia poinformowało w raporcie z 7 listopada. W rzeczywistości liczba ta była nawet wyższa, ale część zakażeń "zgubiło" się w drodze z Powiatowych Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych do resortu zdrowia.

Mniej chorych, nieodpowiedzialność czy efekt weekendu?

Wiadomo, że liczba nowych przypadków nie będzie szybowała do góry w nieskończoność. Bardzo poważne ograniczenia wprowadzane regularnie od ponad miesiąca w końcu musiały dać efekt. 

Jednocześnie liczba "tylko" nieco ponad 10 tys. nowych zakażeń, podana we wtorek przez Ministerstwo Zdrowia, wywołała u obserwatorów mieszane uczucia. Z jednej strony - ulgę. Z drugiej - niedowierzanie. Jeszcze trzy dni wcześniej, w sobotę 21 listopada, resort poinformował o ponad 24 tys. nowych przypadków. Liczba nowych zakażeń wykazywała wprawdzie tendencję spadkową, ale dane z wtorku pokazują olbrzymi spadek. Przykłady z innych krajów i wiedza naukowa wskazują, że epidemia powinna wygasać stopniowo. U nas wygląda to trochę tak, jakby ktoś zrobił "pstryk" i epidemia uciekała z Polski gdzie pieprz rośnie. 

embed

Skąd taki zjazd w liczbie nowych przypadków? Jednej i pewnej odpowiedzi nie ma, ale na pewne rzeczy warto zwrócić uwagę.

Po pierwsze, wykonuje się w Polsce znacznie mniej testów niż jeszcze niedawno. Średnia z ostatnich siedmiu dni to (według raportów Ministerstwa Zdrowia) około 45 tys. testów na dzień, najmniej od miesiąca. Na początku listopada średnia wynosiła ok. 65-68 tys.

Ministerstwo Zdrowia tłumaczy to mniejszą liczbą pacjentów, którzy zgłaszają się do lekarzy POZ z objawami. Ci to potwierdzają. Problem tylko w tym, że nie wiadomo, w jakiej mierze spadek liczby testów, a na skutek tego spadek liczby potwierdzanych zakażeń, oddaje sytuację w rzeczywistości. Zewsząd docierają bardzo niepokojące sygnały, że Polacy nie chcą się testować w kierunku koronawirusa w obawie przed wielogodzinnym oczekiwaniem na wykonanie testu oraz zwykle przynajmniej kilkudniową kwarantanną dla danej osoby i jej domowników (od momentu zlecenia testu do momentu otrzymania negatywnego wyniku). Co więcej, gdy wynik okaże się dodatni, kwarantanna przeradza się w izolację, a dla domowników kwarantanna trwa jeszcze dłużej (cały okres izolacji chorego plus siedem dni). Wygląda na to, że w przypadku wystąpienia mało dolegliwych objawów sporo osób podejrzewających u siebie zakażenie koronawirusem woli przeczekać je bez testu.

Liczba infekcji mogła nieco spaść odkąd dzieci przestały chodzić do szkoły. Jednocześnie jednak niemal do każdego z nas lekarzy docierają niepokojące sygnały o nieodpowiedzialnych zachowaniach pacjentów. Ktoś z kaszlem i gorączką idzie do pracy wśród ludzi, ktoś inny nie zgłasza się do lekarza mimo ewidentnych objawów zakażenia koronawirusem, w obawie przed testem. I nie tyle boi się dodatniego wyniku, ile przymusowego zamknięcia w domu na 10 dni. Niestety, tego rodzaju przykłady można mnożyć, zjawisko przybiera na sile i jest niebezpieczne

- alarmuje ekspert Porozumienia Zielonogórskiego Joanna Szeląg.

Ale to niejedyna przyczyna zaskakująco niskiej - na tle danych z ostatnich tygodni - liczby nowych zakażeń zaraportowanych we wtorek. Warto pamiętać, że nie należy wyciągać bardzo daleko idących wniosków na podstawie jednej liczby. Zwykle w danych podawanych we wtorki jest jeszcze widoczny "efekt weekendu" i są one nieco niższe niż w środy, czwartki, piątki i soboty. 

Po trzecie - wiadomo, że od 24 listopada następuje też "ujednolicanie narzędzi rejestracji danych epidemiologicznych" - jak pisze Główny Urząd Statystyczny. Możliwe, że wtorkowy zjazd liczby nowych przypadków to przejściowy efekt dostosowywanie się lokalnych stacji sanitarno-epidemicznych w systemie raportowania.

Mobilne laboratorium do pobierania próbek do testów na koronawirusaNagły spadek przypadków koronawirusa. "Kompletne niszczenie wiarygodności"

"Żenada" z danymi 

W końcu po czwarte - dane o epidemii w Polsce są tak kiepskiej jakości m.in. ze względu na błędy czy opóźnienia w raportowaniu (a być może teraz także zmianę systemu raportowania), że zupełnie nie da się wykluczyć sytuacji, że w środę Ministerstwo Zdrowia poinformuje o np. 25 tys. nowych przypadków. Albo o 5 tys. 

W ostatnich tygodniach mamy do czynienia z natłokiem absurdów, wskutek których wiarygodność oficjalnych danych została w zasadzie zdemolowana. Zakażenia wykazane w powiatach dziwnym trafem giną w statystykach wojewódzkich i ogólnopolskich. Potem - gdy zwraca na to uwagę 19-letni hobbysta Michał Rogalski, po ponadtygodniowym "śledztwie" na najwyższym poziomie rzeczywiście brakujące dane się odnajdują. Jednak zamiast stosownych wyjaśnień kiedy, gdzie i ilu zakażeń nie zaraportowano, słyszymy, że brakujących ponad 22,5 tys. zakażeń po prostu zostanie gdzieś tam dopisanych do ogólnej liczby przypadków, a w ogóle to osoby analizujące oficjalne liczby "są może metodycznie, metodologicznie niegotowe do interpretacji danych" (autentyczne słowa wiceszefowej Głównego Inspektoratu Sanitarnego z poniedziałkowej konferencji). 

Zresztą to nie pierwsza tego typu wypowiedź ze strony administracji publicznej. Tydzień wcześniej minister zdrowia Adam Niedzielski mówił o "absurdalnych zarzutach, który wynikają z nieznajomości systemu". Zamiast jednak próbować ten system opinii publicznej solidnie wyjaśnić, wciąż brnie się w niejasności. 

Premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam NiedzielskiPodejście rządu do danych o epidemii w Polsce to jakiś ponury żart [OPINIA]

To niejedyna żenująca sytuacja, z którą mamy do czynienia w ostatnich tygodniach w danych o epidemii. Także pokazywana codziennie przez Ministerstwo Zdrowia liczba wykonanych testów w kierunku koronawirusa jest informacją dalece niepełną. Okazuje się, o czym oficjalnie poinformowało nas biuro prasowe resortu, że w systemie raportowane są wyłącznie testy komercyjne (tj. niefinansowane ze środków publicznych, ale wykonywane prywatnie czy np. na koszt pracodawcy), które dały wynik pozytywny. Ministerstwo Zdrowia dopiero prowadzi prace legislacyjne, które zobligują laboratoria do wpisywania również wyników negatywnych. Także szybkie testy antygenowe są raportowane tylko wówczas, gdy zostały realizowane w szpitalach.

To w pewnej mierze odpowiedź na pytanie, dlaczego mamy tak absurdalnie wysoki, na tle innych krajów świata, odsetek pozytywnych wyników testów (ostatnio na poziomie ok. 40-50 proc.). Nie jest to wyłącznie kwestia strategii testowania wyłącznie osób objawowych. To także kwestia zwykłej matematyki - w liczniku odsetka pozytywnych wyników mamy (w miarę) pełną liczbę osób z dodatnimi testami, ale w mianowniku tylko część wykonanych testów. Nieoficjalnie wiem, że zdarza się i tak, że raportowany jest pozytywny wynik testu, ale nie jest raportowane... że dany test został w ogóle wykonany. Wówczas może się zdarzyć, że odsetek pozytywnych wyników testów może nawet przekroczyć 100 proc.

Zobacz wideo Niemal połowa testów na COVID-19 z wynikiem pozytywnym. „Zupełnie mnie to nie dziwi”