Niemieckie lotnisko testowało podróżnych na koronawirusa. Polacy z jednym z najgorszych wyników

Mieszkańcy Polski, Maroka i Kosowa znaleźli się w grupie osób, u których współczynnik infekcji koronawirusem był największy spośród podróżnych przybywających na lotnisko we Frankfurcie nad Menem.

Port - największy w Niemczech i trzeci w Europie - testował podróżnych na obecność koronawirusa przez pół roku. Wyniki badań przeprowadzonych pomiędzy 15 lipca a 1 grudnia wskazują, że jedną z grup z najwyższym współczynnikiem potwierdzonych infekcji są Polacy.

Na 2864 przebadanych próbek wynik pozytywny dało 113, czyli ponad 4 proc. Gorsze wyniki - na poziomie blisko 5 proc., potwierdzono jedynie u przybywających z Maroka i Kosowa, a nieco lepsze rezultaty od polskich osiągnęły Bośnia i Hercegowina oraz Albania - donosi TVN24.pl.

Najniższy współczynnik wykrywalności wykazali podróżujący z Hiszpanii - na 60 tys. próbek pozytywny wynik przyniosło zaledwie 224, czyli niespełna 0,4 proc.

Podkarpacie. Pacjent wezwał karetkę i zaatakował ratowników pogrzebaczem kuchennym.Jak nie leczy się w Polsce? Epidemia to nie jest dobry czas na chorowanie

Czytaj też: Epidemia koronawirusa. Bill Gates: Powrót do normalności możliwy dopiero pod koniec przyszłego roku

Coraz mniej testów, coraz mniej chorych

Centrogene nie podaje informacji o tym, w jaki sposób liczba chorych rozkładała się na poszczególne miesiące - trudno zatem ocenić, czy w danych z niemieckiego lotniska znajdziemy odzwierciedlenie danych Ministerstwa Zdrowia. A te wskazują, że epidemia słabnie. Według danych z piątku koronawirusa potwierdzono u nieco ponad 9 tys. osób, a liczba przeprowadzonych testów wyniosła 23,8 tys. Jeszcze w połowie listopada dobowa liczba testów sięgała 60 tys. W poniedziałek resort poinformował o zaledwie 4423 nowych przypadkach. 

Jak te dane mają się do rzeczywistego obrazu epidemii? Michał Rogalski, współtwórca niezależnej bazy danej dotyczącej COVID-19 i autor cyklu "Epidemia w liczbach" publikowanego w Gazeta.pl przyznaje, że wiele zmieniło się z początkiem miesiąca, kiedy to zaczęła funkcjonować scentralizowana bazę danych. "W tym momencie już tak naprawdę nie wiemy, czy prezentowane dane będą zgodne ze stanem faktycznym. Jeżeli nieprawidłowości w danych znajdują wolontariusze, a nie urzędnicy państwowi, to można mieć uzasadnione obawy, że taka baza danych bez obywatelskiej kontroli stwarza pole do manipulacji" - napisał.

Zobacz wideo
Więcej o: