Dramatyczna wyrwa demograficzna w 2020 r. to... wina rządu PO-PSL? Minister Maląg zaskakuje

W 2020 r. zmarło w Polsce o ponad 15 proc. (tj. o ok. 60-70 tys.) więcej osób niż w poprzednich latach. Mimo to minister rodziny i polityki społecznej twierdzi, że "trudno mówić o dodatkowych zgonach". Chwali za to rząd za "skuteczną walkę o zdrowie i życie Polaków". Winnego tego, że w 2020 r. urodziło się w Polsce o ok. 120 tys. osób mniej niż zmarło - to o blisko 3,5 raza więcej niż w 2019 r. - znalazła... w rządzie PO-PSL.
  • W 2020 r. zmarło w Polsce ok. 480 tys. osób. To o ok. 70 tys. więcej niż w 2019 r. i ok. 60 tys. więcej, niż szacowali ekonomiści. Mimo to minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg uważa, że "trudno mówić o dodatkowych zgonach"

  • Gigantyczny skok liczby zgonów widać było od października, czyli od momentu uderzenia jesiennej fali koronawirusa w Polsce. W naszym kraju umierało o 50-100 proc. więcej osób niż w ostatnich latach. Mimo to minister Maląg twierdzi, że "nie powinniśmy łączyć pandemii koronawirusa z wyrwą demograficzną"

  • "Wyrwa demograficzna" - tj. różnica między liczbą zgonów a urodzeń - wyniosła w 2020 r. aż ok. 120 tys. To ponad trzykrotnie więcej niż w 2019 r. - najgorszym dotychczas po wojnie. Minister Maląg przekonuje, że ponury "rekord" z 2020 r. to efekt zaniechań rządu PO-PSL.

***

Dane podsumowujące 2020 r. w Polsce są dramatyczne. W ubiegłym roku zmarło ok. 480 tys. osób. Dla porównania, dotychczas w najgorszym roku pod tym względem po drugiej wojnie - 2018 r. - mieliśmy w Polsce ok. 414 tys. śmierci. W 2019 r. ok. 410 tys.

Nawet zakładając, że trendy dla Polski są niekorzystne - bo "wymiera" powojenny wyż demograficzny - i bez pandemii oraz związanych z nią konsekwencji też mielibyśmy dużą liczbę zgonów, to jednak rzeczywiste dane są fatalne. Przykładowo, Polski Instytut Ekonomiczny wyliczał tzw. oczekiwaną liczbę zgonów na ok. 418,6 tys. w 2020 r. Zmarło o ok. 60-70 tys. więcej osób niż "powinno" (szacując na podstawie danych z poprzednich lat).

Jak pokazywaliśmy na Gazeta.pl, liczba śmierci była w Polsce w 2020 r. wyższa niż w poprzednich latach w każdym miesiącu od kwietnia. Apogeum przyszło jednak wraz z drugą falą koronawirusa, gdy w październiku i grudniu mieliśmy o blisko 50 proc. zgonów więcej niż średnio w poprzednich kilku latach, a w listopadzie o niemal 100 proc. więcej.

embed

Liczby z Polski są nie tylko tragiczne same w sobie, ale także na tle innych krajów Unii Europejskiej. Prawdopodobnie (dane z niektórych krajów jeszcze spływają) tylko w Bułgarii doszło w 2020 r. do większej liczby "nadmiarowych" śmierci w porównaniu do poprzednich lat.

.Nadmierna śmiertelność w Polsce była jesienią najwyższa w całej UE

Siłą rzeczy w 2020 r. mieliśmy także absolutnie najbardziej znaczący ujemny przyrost naturalny. Można szacować, że ubyło nas w Polsce ok. 120 tys. - o tyle mniej urodziło się dzieci, niż zmarło osób. Dla porównania, w 2019 r. - najgorszym dotychczas pod tym względem po drugiej wojnie światowej - przyrost naturalny wyniósł minus 34,8 tys. (ok. 409,7 tys. śmierci i ok. 375 tys. urodzeń). 

W 2020 r. "wyrwa demograficzna" była więc niemal 3,5-krotnie większa niż w 2019 r. Przyczynił się do tego oczywiście przede wszystkim skok zgonów (o ok. 70 tys. więcej), ale swoje dodał także spadek liczby narodzonych dzieci. Szacuje się (pełnych danych od GUS jeszcze nie ma), że na świat przyszło w 2020 r. w Polsce ok. 360 tys. dzieci - o ok. 15 tys. mniej niż rok wcześniej i najmniej od 2004 r.

embed

.Wielka wyrwa demograficzna w 2020 r. w Polsce. Ogrom zgonów, mało dzieci

Maląg: "Trudno mówić o dodatkowych zgonach"

To garść obiektywnych danych z publicznych źródeł - Rejestru Stanu Cywilnego i Głównego Urzędu Statystycznego. O komentarz do tych liczb została poproszona podczas rozmowy w radiowej Trójce minister rodziny i polityki społecznej Marlena Maląg. Jej słowa były, delikatnie rzecz ujmując, dość kontrowersyjne.

W odpowiedzi na informację redaktora Bartłomieja Graczaka, że ubiegły rok był najczarniejszy od drugiej wojny światowej pod względem liczby zgonów, a wyrwa demograficzna się bardzo powiększyła, minister Maląg stwierdziła, że "pomimo wszystko nie powinniśmy łączyć pandemii koronawirusa z wyrwą demograficzną".

To zaskakujące stwierdzenie biorąc pod uwagę, że w miesiącach, w których fala koronawirusa najmocniej uderzyła w Polskę, mieliśmy o 50-100 proc. więcej śmierci niż w poprzednich latach. Ba - nie tylko w danych z całego kraju, ale także z poszczególnych województw, widać, że (szczególnie jesienią) istniał duży związek pomiędzy liczbą notowanych zakażeń koronawirusem a liczbą "nadmiarowych" śmierci.

O przyczynach "nadmiarowych" zgonów z oficjalnych danych wiadomo niewiele - poza tym, że według oficjalnych danych zmarło ok. 28,5 tys. osób zakażonych koronawirusem - ale według ekspertów jest to efekt kilku kwestii. Chodzi m.in. o zmniejszoną wydolność systemu opieki zdrowotnej (spóźniona pomoc medyczna czy diagnostyka wskutek przeciążenia systemu) oraz nastroje społeczne (lekarze alarmowali, że część osób z obawy przed zakażeniem zwleka zbyt długo z wizytą w przychodni, na SOR-ze czy z wezwaniem pogotowia). Szczególnie wiosną dramatycznie spadła m.in. liczba wizyt i zabiegów kardiologicznych czy profilaktycznych badań w kierunku nowotworów.

Działania, które zostały przez polski rząd podjęte od ubiegłego marca to przede wszystkim skuteczna walka o zdrowie i życie Polaków i ratowanie miejsc pracy. Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że zadania zostały wykonane

- przekonywała w Trójce Maląg.

Minister długo rozwodziła się - nadal w odpowiedzi na pytanie o olbrzymi skok liczby zgonów oraz spadek liczby urodzeń - nad uratowanymi dzięki działaniom rządu miejscom pracy. Gdy redaktor przerwał jej i przypomniał, że jesteśmy drugim państwem w UE z największą nadmiarową liczbą zgonów, usłyszał, że... "trudno mówić o dodatkowych zgonach".

Przede wszystkim jesteśmy w pułapce demograficznej - nie od roku, nie od dwóch. To są zaniechania rządu PO-PSL z ich czasów. Nie była prowadzona żadna polityka prorodzinna

- mówiła Maląg dodając, że to rząd PiS podjął działania, abyśmy z pułapki demograficznej wyszli.

A więc po kolei. Po pierwsze, skok liczby zgonów o blisko 70 tys. rok do roku nie jest normalny. Nie trudno, a bardzo łatwo jest mówić o dodatkowych zgonach. Skok liczby zgonów w listopadzie o blisko 100 proc. na terenie całego kraju (i o ponad 110 proc. w najmocniej dotkniętych województwach - podkarpackim, lubelskim, małopolskim czy opolskim) nie wziął się znikąd.

Po drugie - można podejmować różne argumenty. Można przekonywać, że polityka prorodzinna za czasów rządów PO-PSL była dalece niewystarczająca. Można sugerować, że gdyby rząd PO-PSL lepiej prowadził politykę zdrowotną, nie wchodzilibyśmy w pandemię koronawirusa z najmniejszą liczbą lekarzy i jedną z najmniejszych liczb pielęgniarek w UE przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców (a rząd PiS przez pięć lat nie zdążył naprawić wszystkich zaniedbań poprzedników). Można rzucać różnymi argumentami - taki przywilej polityków. Ale sugestia, że ujemny przyrost naturalny na poziomie ok. 120 tys. osób - w sytuacji, gdy jeszcze rok wcześniej wynosił 35 tys. - to wyłączna wina poprzedników poza władzą od ponad pięciu lat, to jednak przekroczenie granic merytorycznej dyskusji i wejście w odmęty dezinformacji i oszczerstw.

Nawet gdyby przypomnieć sobie, że trendy demograficzne w Polsce i bez pandemii były złe - rosła liczba zgonów, spadała liczba urodzeń - w naprawdę kiepskim scenariuszu można byłoby sobie wyobrazić "wyrwę demograficzną" na poziomie być może 50-60 tys. osób. Ale 120 tys.? To już nie tylko efekt pułapki demograficznej. Trudno o bardziej ewidentny dowód na to, że odpowiedzialnym za te szkody w liczbie ludności była pandemia koronawirusa.

Nie chodzi o zrzucanie wyłącznej odpowiedzialności na rząd PiS za ten gigantyczny skok liczby zmarłych. Pandemia była papierkiem lakmusowym dla systemu opieki zdrowotnej, w której kumulowały się zaniedbania wielu ekip rządzących. Rząd stał przed dramatycznymi wyborami dotyczącymi zdrowia i życia ludzi a gospodarki. Na część przyczyn tych nadmiarowych zgonów rząd PiS miał też z pewnością bardzo ograniczony wpływ (np. na indywidualny strach danej osoby przed zakażeniem i wynikające z niego zwlekanie ze zgłoszeniem się do szpitala przy poważnych dolegliwościach).

Aczkolwiek zdecydowanie nie można też powiedzieć, że wszystko zrobiono dobrze. Grupa rządowych doradców (naukowców - epidemiologów i modelarzy z naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego, Uniwersytetu Halle-Wittenberg, Politechniki Wrocławskiej, Politechniki Warszawskiej i Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - PZH) wśród przyczyn jesiennych problemów Polski z epidemią wymieniała tę, że w ich opinii strategia walki z epidemią była niespójna z kondycją służby zdrowia.

Przekroczenie progu wydolności służby zdrowia powoduje skokowe pogorszenie sytuacji w zakresie dostępności opieki medycznej. Skutkuje to lawinowym wzrostem liczby zgonów. Niewielkie zasoby służby zdrowia w Polsce oznaczają, że niewydolność ma miejsce przy proporcjonalnie mniejszej liczbie osób zakażonych (w porównaniu do innych krajów). Dlatego w Polsce powinniśmy stosować restrykcyjną strategię walki z pandemią i utrzymywać liczbę zakażeń na niskim poziomie

- pisali w swoim opracowaniu.

Spada liczba urodzeń

Na wyrwę demograficzną w 2020 r. wpłynął przede wszystkim ogromny skok liczby zmarłych, natomiast - jak pokazaliśmy - spadła także liczba urodzeń. Tu również rząd musi walczyć z nieubłaganą demografią i - obiektywnie rzecz ujmując - potrzebna byłaby naprawdę rewolucja, żebyśmy zobaczyli wyraźną zmianę. 

Żaden program nie spowoduje, że dziesięć kobiet urodzi więcej dzieci niż sto kobiet

- komentowała dosadnie rok temu w Radiu Wnet Barbara Socha, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.

Rzeczywiście - o czym wspomniała w radiowej Trójce minister Maląg - w Polsce w ostatnich latach wzrósł współczynnik dzietności - z 1,28 w 2015 r. do "co najmniej 1,38-1,4" obecnie. Inna sprawa, że jeżeli rzeczywiście wyniesie ok. 1,4, to będzie oznaczało, że delikatnie spada od 2017 r., gdy wyniósł 1,45 (najwięcej od dwudziestu lat). Współczynnik dzietności mówi o tym, ile dzieci przypada przeciętnie na jedną kobietę w wieku rozrodczym.

Minister Marlena Maląg przekonuje, że współczynnik dzietności wzrósł dzięki działaniom rządu. - Gdyby ich nie było, nasza sytuacja byłaby jeszcze gorsza - przekonuje. Choć program 500 plus jest wymieniany przez ekspertów wśród przyczyn nieco większej chęci Polaków do posiadania (większej liczby) dzieci, to dodają, że przyczyn należy szukać także m.in. w ogólnej poprawie komfortu życia (wzrost zarobków, niższe bezrobocie, wyższa pewność zatrudnienia). 

Z drugiej strony, choć 500 plus wpisało się na stałe do polskiego krajobrazu polityczno-społecznego, to jego efekty nie wydają się w samym rządzie imponujące. W 2020 r. po raz drugi z rzędu urodziło się mniej dzieci, niż zakładał rząd, wprowadzając go w 2016 r. (w pierwszej wersji, tj. z limitem dochodów w przypadku świadczenia na pierwsze dziecko). Wówczas szacowano, że w 2020 r. urodzi się w Polsce ok. 380 tys. dzieci. Również w 2019 r. urodziło się mniej dzieci, niż szacował rząd (ok. 375 tys. vs. ok. 380 tys. w założeniach).

embed

O celu demograficznym mówiono jasno, gdy w 2016 r. ruszał program 500 plus. Ówczesna premier Beata Szydło jasno mówiła, że program "ma sprawić, by Polacy decydowali się na liczniejsze potomstwo". Gdy w 2019 r. 500 plus rozszerzano, w uzasadnieniu ustawy nie było już żadnego słowa np. o oczekiwanym wzroście urodzeń czy współczynnika dzietności. Jako cel programu określono m.in. poprawę jakości życia rodzin i kapitału ludzkiego. Ostatnio minister Maląg również mówiła, że 500 plus to "inwestycja w kapitał ludzki i podniesienie godności polskiej rodziny".

Zobacz wideo "Szczepienia dwóch prędkości" konieczne dla uzyskania odporności zbiorowej?