Aktywistka: Zarządzamy bezdomnością, zamiast ją kończyć. W 80 proc. problem rozwiązuje mieszkanie

Kacper Kolibabski
- Chcemy spróbować przekonać Polaków, że tak naprawdę rozwiązaniem kryzysu bezdomności jest mieszkanie, a nie schronisko. Wiemy, że to jest skuteczne i działa. Doświadczenia programów "Najpierw mieszkanie" na świecie jest takie, że 80 proc. osób, które miały możliwość pracy nad sobą w takim programie, już nigdy do bezdomności nie wraca - z Julią Wygnańska, wiceprezeską Fundacji Najpierw Mieszkanie Polska i koordynatorką ds. Modelu "Najpierw Mieszkanie" dla Warszawy w projekcie Fundacji Fundusz Współpracy, rozmawia Kacper Kolibabski.

Kacper Kolibabski: Chciałbym na początku zapytać, jak ważny jest język, gdy mówimy o osobach bezdomnych, a raczej o osobach w kryzysie bezdomności? Czy nazwanie kogoś bezdomnym może go urazić? Czy może to dla nas jest ważniejsze używanie odpowiedniego języka, by ten problem oswoić?    

Dla mnie jest bardzo ważne, żebyśmy mieli świadomość, że bezdomność nie jest cechą charakteru, ani osoby. Jest to cecha sytuacji mieszkaniowej, w której ludzie mogą na dłuższy bądź krótszy czas się znaleźć, z różnych przyczyn. I która dzięki różnym działaniom może stać się przeszłością w ich życiu. 

Czy widać jakąś różnicę w liczbie osób popadających w kryzys bezdomności przez trwającą pandemię? Są przepisy, które utrudniają eksmisję, ale nie czynią jej niemożliwą.   

Nie ma oficjalnych danych w tej sprawie. Jednak z relacji ludzi pracujących na ulicy, wydających herbatę, posiłki i ubrania w różnych miasta wynika, że pojawia się grupa nowych osób przychodzących po pomoc. Osób, które deklarują, że do tego momentu miały pracę i były w stanie się utrzymać. Wracają też ludzie, którzy kiedyś doświadczali bezdomności, ale sobie poradzili, znaleźli pracę, wynajmowali pokoje, a teraz te zatrudnienie tracą i wracają na ulicę.

Obserwuję też większą otwartość na pomoc ze strony mieszkańców. Np. w postaci niewyganiania osoby, która w nocy próbuje schronić się piwnicy albo na klatce. W czasie mrozów ludzie już rzadziej oczekują zabierania tych osób. Raczej chcą się dowiedzieć, jak ustalić zasady, żeby człowiek ten miał możliwość spędzenia nocy w bezpiecznych warunkach, a jednocześnie zrobił to w sposób, który nie będzie przeszkadzał mieszkańcom.  

Jak pomóc osobom, które nie chcą udać się do schroniska lub zabrakło dla nich miejsca?  

Rzeczywiście, nie dla każdej osoby zdecydowanej na pobyt w schronisku znajduje się miejsce, choć zazwyczaj w noclegowniach te miejsca są. W Warszawie jest duża grupa ludzi, która pozostaje poza placówkami. Z badań Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej sprzed dwóch lat wynikało, że jest ich ponad 400. Ale warszawscy streetworkerzy mówią, że ta liczba jest zaniżona.

Podczas mrozów najważniejsze są wiedza, gdzie oni są i przekazanie im narzędzi do zabezpieczenia się przed zamarznięciem w miejscu, w którym przebywają, jak suchy materac, kołdra, ciepła odzież, czy buty.    

Czyli te osoby same znajdują dla siebie pustostany, wy musicie wiedzieć po prostu, gdzie są takie miejsca, by móc dodatkowo im pomóc?   

Tak, na tym polega streetworking. Zimą takie miejsca regularnie monituje warszawska Straż Miejska. Ponadto od grudnia zeszłego roku we wszystkich warszawskich dzielnicach prowadzone są programy streetworkingu. I to właśnie streetworkerzy mają najlepszą wiedzę o miejscach przebywania ludzi w kryzysie bezdomności na danym terenie. Ich praca nie ogranicza się do zimy, bo tak naprawdę aby uratować człowieka przed zamarznięciem, trzeba nie tylko wiedzieć, gdzie on jest, ale też mieć jego zaufanie. A tego nie buduje się ulotkami z adresami placówek ani fundowaniem noclegu w prywatnym hostelu. Byłam świadkiem sytuacji, w której streetworkerka Stowarzyszenia Pogotowia Interwencji Społecznej we współpracy z pogotowiem, strażą miejską i wolontariackim „Ambulansem z Serca” przez półtorej doby chroniła ledwo żywą osobę przed zamarznięciem, czekając na przełamanie przez nią strachu przed przewiezieniem do szpitala. Udało się tylko dlatego, że pracowali ze sobą od wielu miesięcy.

Jest też instytucja mieszkania treningowego, na czym to polega?  

W Polsce schroniska i pomoc w postaci jedzenia i ubrań to wciąż podstawowa forma wsparcia dla ludzi w kryzysie bezdomności. Niestety pobyt w takich instytucjach bywa długoterminowy. Prowadzący schroniska już dawno zorientowali się, że część mieszkańców to osoby na tyle samodzielne funkcjonalnie i dochodowo, że mogą mieszkać poza placówką w warunkach bardziej zbliżonych do mieszkaniowych. Ponieważ do pełnej samodzielności nie czują się jeszcze gotowe, stworzono mieszkania treningowe, w których w gronie kilku osób mogą korzystać ze wsparcia pracowników socjalnych, jednocześnie podejmując codzienne wyzwania mieszkaniowe, takie jak dbanie o porządek, zakupy, gotowanie, sprzątanie, regulowanie rachunków. Muszą też przestrzegać regulaminu podobnego do tego w placówce. Pobyt w takim mieszkaniu ma ich przygotować do pełnego wyjścia z bezdomności i zamieszkania „na swoim”.

Czy to się sprawdza?

I tak, i nie. Osoby wychodzące z bezdomności i oczekujące na lokale miejskie traktują to jako możliwość przeczekania kolejki w warunkach lepszych niż schroniskowe. Osoby mające za sobą długotrwałą bezdomność, bytujące głównie w przestrzeni publicznej, doświadczające kryzysów zdrowia psychicznego, potrzebują innej formy wsparcia, jak program „Najpierw mieszkanie”, w którym mogą gospodarować samodzielnie, decydować o swoim życiu i korzystać ze wsparcia właściwego dla ich stanu zdrowia. I dlatego powstała nasza fundacja Najpierw Mieszkanie Polska. 

W jednym z wywiadów natrafiłem na wypowiedź osoby w kryzysie bezdomności, która bardzo boi się samotności. I to powstrzymuje ją od zamieszkania samemu i wyjścia z tego kryzysu. Czy to jest częsty problem?  

Na to pytanie mogę odpowiedzieć, przywołując doświadczenia programu "Najpierw mieszkanie" z zagranicy. W Polsce dopiero od półtora roku działają dwa takie większe programy. Jeden z nich współtworzyłam, a nasza Fundacja jest w nim partnerem. Osoby mierzące się z bezdomnością uczestnicząc w programach „Najpierw mieszkanie” uczą się życia sąsiedzkiego, ponieważ mieszkają tam, gdzie wszyscy, a nie w placówkowym gettcie.

Ich programowe lokale są co prawda malutkie, mają te 16-20 mkw., ale rzeczywiście dużym wyzwaniem jest wyjście z tych czterech ścian. Jednak pracownicy programu pomagają, po pierwsze przez to, że są ciągle obecni, po drugie starają się pokazać, jak można poznać sąsiadów i jakie są możliwości życia towarzyskiego w okolicy. Samo namówienie do spędzania czasu na podwórkowej ławeczce jest formą takiej pracy. Obawa przed samotnością jest realna, tak jak przed całą przeprowadzką do mieszkania po latach życia na ulicy. Ludzie boją się, że nie będą w stanie płacić za to mieszkanie, że zawiodą zaufanie i nie poradzą sobie z dawnymi znajomymi. Tak jak każdy człowiek przeprowadzający się w nowe miejsce.

Jak przebiega uczestnictwo w tych programach? Domyślam się, że takie mieszkanie prędzej, czy później trzeba opuścić. 

Uczestnictwo w programie "Najpierw mieszkanie" wiąże się z czterema kardynalnymi warunkami. Uczestnicy muszą przeznaczać jedną trzecią swoich dochodów na poczet czynszu i opłat za mieszkanie. Muszą przestrzegać porządku domowego i społecznego, nie mogą zakłócać spokoju innych mieszkańców. Nie mogą przyjmować na stałe gości na waleta, jeśli według umowy są jedynymi najemcami. Nie można udostępniać mieszkania gościom na nocowanie w dłuższym okresie. Muszą też przyjąć minimum raz w tygodniu zapowiedzianą wizytę członka zespołu wspierającego. Jeżeli te warunki łamią, muszą opuścić mieszkanie.   

Paweł IleckiOd ponad 20 lat jest bezdomny. Dziś pisze pracę doktorską

Mniej więcej po dwóch latach wspólnej pracy, 70 proc. uczestników programu ma wszystkie umiejętności potrzebne do tego, żeby samodzielnie się utrzymać w mieszkaniu. Jeżeli nie są akurat w stanie podjąć się pracy zawodowej, to potrafią umiejętne korzystać z zasiłków z pomocy społecznej, które pozwalają - choć z trudem, ponieważ w Polsce są one bardzo niskie - na zabezpieczenie podstawowych potrzeb. Są też w stanie pokrywać koszty mieszkaniowe, jeśli zostanie im przyznany lokal miejski, tzw. socjalny. Na tej podstawie zakładamy, że mniej więcej po dwóch latach uczestnicy po prostu powiedzą: słuchajcie, my już sobie poradzimy sami, wiemy, co mamy robić, gdzie znaleźć pomoc w systemie. Fajnie by było, gdybyśmy byli w kontakcie od czasu do czasu, ale przestajemy już być uczestnikami programu.   

A jeśli ktoś po tych dwóch latach nie zrezygnuje z udziału w programie? 

Teoretyczne jeśli uczestnik po dwóch latach nie będzie gotowy do pełnej samodzielności, to powinniśmy mieć możliwość przedłużenia jego uczestnictwa w programie. Nasze projekty są pilotażowe i póki co w całości finansowane ze środków UE w ramach trzyletniego grantu. Pozyskiwanie mieszkań dla takich programów jak nasz, to nowy obszar współpracy dla samorządów. Większość mieszkań, które nam udostępniono, wymaga porządnych remontów, na które sami musimy zebrać środki. Mamy nadzieję, że dzięki partnerstwu z warszawskim samorządem nasi uczestnicy po zakończeniu projektu płynnie przeprowadzą się do lokali socjalnych i uzyskają wsparcie od ośrodków pomocy społecznej, czy rozwijanych intensywnie centrów zdrowia psychicznego, tak jak inni mieszkańcy. 

Zobaczymy jednak, na ile to się uda, bo jest to nowy obszar współpracy z dzielnicami, które udostępniają mieszkania. Próbujemy też pozyskiwać mieszkania, korzystając z modelu społecznej agencji najmu. To jest pomysł pośredniczenia między właścicielami mieszkań, a ludźmi, którzy przez właścicieli są postrzegani jako trudni lokatorzy. Wtedy do tej relacji między dwójką aktorów wchodzi organizacja pozarządowa, która rozmawia z właścicielem mieszkania i wynajmuje od niego lokal, gwarantując płatność czynszu oraz utrzymania jego standardu fizycznego. Zatem to organizacja dysponuje tym mieszkaniem i to ona podpisuje umowę pobytu z ludźmi, którzy są postrzegani jako trudni lokatorzy i z którymi właściciel nie chciał bezpośrednio zawrzeć umowy. Organizacja udziela tym lokatorom także wsparcia, którego potrzebują, czy to naukę gospodarowania budżetem domowym, czy pomoc terapeutyczną. Taką społeczną agencję najmu prowadzi w Warszawie Habitat for Humanity.   

Jak ocenia pani futurystyczne kapsuły dla bezdomnych, które postawiło niemieckie Ulm? 

Z jednej strony, zwłaszcza zimą, takie miejsca są moim zdaniem bardzo pożądane, bo jednak można tam się ogrzać. I to są miejsca jedno albo dwuosobowe, więc zapewniają prywatność, inaczej niż w noclegowni. I z tego względu wydaje mi się, że to jest bardzo ciekawe rozwiązanie. Nie jest to jednak nowy pomysł. Dwa lata temu pojawił się projekt namiotu z pianki. To jest coś znacznie tańszego i prostszego niż kapsuły z Ulm. Choć nie ma w nim możliwości ładowania telefonu, to jest to zabezpieczenie przed zimnem i namiastka prywatności. 

Kapsuły dla bezdomnych Ulmer NestNiemcy. W Ulm stanęły kapsuły dla bezdomnych jak z Cyberpunka 2077

Odwiedzając tak zwane "miejsca niemieszkalne" z warszawskimi streetworkerami, widzę, że ludzie sami potrafią zbudować konstrukcje, które spełniają te same funkcje. Pytanie więc, czy warto inwestować w takie rozwiązania, które redukują szkody wynikające z bezdomności, ale problemu nie rozwiązują? 

Jeśli naprawdę chcemy pomóc, to konieczne jest mieszkanie i porządne wsparcie terapeutyczne, które pozwoli ludziom przezwyciężyć problemy, latami trzymające ich na ulicy i zmuszające do korzystania z wymyślnych schronów.

Czy taki innowacyjny i nowatorski pomysł gdzieś się przyjął?  Czy może jednak te klasyczne rozwiązania w postaci schronisk i monitorowania pustostanów, to jednak na dłuższą metę zdecydowanie bardziej opłacalne rozwiązania?  

Schroniska i noclegownie to bardzo popularne podejście, ale czy jest opłacalne? To jest bardzo dyskusyjne, ponieważ ludzie tkwią w schroniskach bardzo długo, a jeśli z niego wychodzą, to często szybko trafiają do następnego lub na ulicę. Podejście "Najpierw mieszkanie", w którym jasno mówimy, że realnym sposobem porzucania bezdomności jest stworzenie ludziom możliwości pobytu w mieszkaniu ze wsparciem terapeutów, powoli się popularyzuje. Sztandarowym przykładem jest Finlandia, gdzie właściwie zlikwidowano schroniska, w Helsinkach jest tylko jedna taka placówka z 53 miejscami. Zamiast tego są  cztery tysiące miejsc w programach zapewniających nieduże, ale samodzielne mieszkania. W Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, we Francji, w Czechach, we Włoszech i w całej Skandynawii jest coraz więcej takich programów. W tej chwili takie podejście jest rekomendowane przez badaczy, również ekonomistów, jako rozwiązania wymagające co prawda jakiejś inwestycji na początku, ale na dłuższą metę rzeczywiście trwale kończące problem bezdomności.   

Zobacz wideo Fiński sposób na bezdomność: mieszkania zamiast schronisk

Pojawił się bardzo radykalny pomysł w USA. Inicjatywa Citizens Again zakłada powstanie w Kaliforni miasta dla osób bezdomnych. Miałoby liczyć 150 tysięcy mieszkańców. Byłyby tam mieszkania bardziej przypominające akademiki i cytując artykuł National Geographic, nie każdy mógłby zostać mieszkańcem. “Chętni musieliby spełnić określone warunki jak między innymi wywiązywać się z obowiązku pracy, czy przestrzegać ustalonych zasad. Każdy mieszkaniec zostanie wyposażony w specjalną opaskę pozwalającą na dostanie się do danego budynku mieszkalnego, rejestrującą czas pracy, zakup towarów, leków czy posiłków". Założyciel tej inicjatywy zakłada, że większość osób w końcu to miejsce opuści, kiedy już będą się czuli na tyle pewnie, choć zakłada, że niektórzy mogliby zostać tam na zawsze. Jak pani ocenia cały ten pomysł?   

Brzmi to dość kosmicznie. W Kalifornii problem bezdomności jest bardzo widoczny.   

W samym tym stanie 150 tys. osób doświadcza kryzysu bezdomności. 

Rozumiem, że pomysł takiego miasteczka to pomysł, który ma odpowiedzieć też trochę na skalę gentryfikacji, stąd pomysłodawca mówi o miasteczku. Ale takie tworzenie miasta dla osób w kryzysie bezdomności mnie niepokoi.   

Wydaje się to kontrowersyjny pomysł. Osoba, która to zaproponowała, zdaje się nie rozumieć problemów kryzysu bezdomności. Tej samotności, tej stagnacji wynikającej z przesiadywania z innymi osobami w tej samej sytuacji. A te osoby potrzebują chyba przede wszystkim znów trafić do społeczeństwa. Czy nie to jest najważniejszym zadaniem, jeśli chcemy rozwiązać problem bezdomności? 

Myślę, że ludzie potrzebują mieć swoje miejsce na ziemi, w którym czują się u siebie, w którym jest ciepło, mogą przyjąć tam gości, budować swoje relacje, mogą się przygotowywać do pracy. Potrzebują właśnie takiego miejsca i jakiekolwiek rozwiązania zastępcze, jak miasteczko "dla bezdomnych", z obowiązkiem pracy, takim miejscem nie jest. Myślę, że to rodzaj getta. Nie wiem, czy bezdomność jest pożądaną grupową tożsamością. Nie jest to tożsamość, którą chcemy mieć, to jest kryzys, w którym się znaleźliśmy i który jednak mamy nadzieję porzucić. Raczej nie chcemy, żeby nas to do końca życia określało. A jeśli chcemy, to mając możliwość bycia w samodzielnym mieszkaniu, dobrze jest móc budować swoje relacje z kim chcemy - z osobami, które były lub nadal są bezdomne, ale także z tymi, które nigdy tego problemu nie doświadczyły. Stworzenie takiego miasteczka, to budowanie zamkniętego środowiska. 

Na czym powinna się więc skupić działalność w obszarze pomocy osobom w kryzysie bezdomności?   

Chcemy spróbować przekonać Polaków, że tak naprawdę ludzkim i ekonomicznym rozwiązaniem kryzysu bezdomności jest mieszkanie i profesjonalne wsparcie. Wiemy, że to jest skuteczne i działa. Doświadczenia programów "Najpierw mieszkanie" na świecie jest takie, że 80 proc. osób, które miały możliwość pracy nad sobą w takim programie już nigdy do bezdomności nie wróciło. Kapsuły, schroniska, a nawet mieszkania treningowe, to taki kołowrotek. Sinusoida, w której po okresie jakiejś stabilności wraca kryzys psychiczny, uzależnienie i ludzie lądują z powrotem na ulicy, potem znowu są w schronisku, ale opuszczają je na lato, po to żeby wrócić przy pierwszy przymrozku. I tak to się kręci, to jest raczej zarządzanie bezdomnością niż jej trwałe kończenie. Do tego potrzebne są mieszkania. Wiadomo, jak poradzić sobie z problemem, trzeba tylko to zrobić. 

Więcej o: